Miasto, w którym żyje nowy gatunek człowieka. Auroville to sekta czy spełnienie marzeń? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Auroville. Miasto z Marzeń" Katarzyny Boni to książka o eksperymentalnym mieście, utopijnej wspólnocie, która od 50 lat istnieje w południowych Indiach. A jednocześnie opowieść o człowieku i uniwersalnych ludzkich doświadczeniach, takich jak szukanie ideałów, głębi duchowej, zagubienie, konflikty.

Czytałam całkiem sporo książek o Indiach, a mimo to o Auroville nie wiedziałam. Już po lekturze "Auroville. Miasto z marzeń" okazało się, że sporo moich znajomych tam było, znają też jego mieszkańców. W Auroville nie ma pieniędzy ani polityki. Dla większości osób, które słyszą o tym miejscu, to po prostu sekta. Czy tak jest faktycznie? 

Uwierzyć w utopię

Niewiele rzeczy budzi moją nieufność w takim stopniu, co wszelkie wspólnoty i uczestnictwo ich. Jako dziecko - nie ze swojego wyboru - uczestniczyłam w życiu wspólnoty religijnej. Już wtedy z tym, co było w niej głoszone, głęboko się nie zgadzałam. Tym bardziej fascynująca była dla mnie historia Auroville. Pod pewnymi względami przypomina mi serial "Bardzo dziki kraj", opowiadający o hinduskim guru Osho, który w latach 80. XX wieku na pustyni w Oregonie założył utopijne miasto. Tak jak produkcja Netflixa, tak książka Katarzyny Boni pokazuje, jak to się dzieje, że tysiące ludzi poddają się jednej idei i zaczynają wierzyć w utopijną wspólnotę, która ma dać im szczęście i rozwój duchowy. Krok po kroku opisuje, jak ludzie z własnej woli podporządkowują się regułom stworzonym przez jedną osobę, nie próbując z nimi dyskutować.

Książkę czyta się świetnie - właściwie jak powieść. Historię miejsca i ludzi poznajemy nie tylko przez wydarzenia, ale również przez emocje, jakie wywołują. Przez emocje założycieli i mieszkańców Auroville, ale też przez emocje autorki, która w pewnym momencie staje się częścią wydarzeń. Soczewką, która w swojej frustracji skupia to, co złości również nas, a w zachwycie - to, co prawdopodobnie i nas by w tej wspólnocie uwiodło. Niesamowicie dobrze przemówiło do mnie to, jak autorka opisała Indie, które są w tej opowieści trochę tłem, ale jednocześnie trudno sobie wyobrazić inne tło. Boni trafnie wychwytuje to, co i mnie uderzało w tym kraju: skrajności. Z jednej strony korzystanie z najgorszych, najbardziej szkodliwych pestycydów, z drugiej - natura tak piękna, bujna i bogata, jak chyba nigdzie na Ziemi.

Wielką bohaterką, obecną nawet w nieobecności, jest Matka, Mira Alfassa. Ale postać przywódczyni wspólnoty nie przekonała mnie do siebie. Może to psychologiczne wykształcenie sprawia, że cały czas mam w głowie pytanie, czy chciała być matką ludzi i nawet nazwała się Matką, bo miała jakieś kompleksy. Trudno, by sympatię czy zaufanie wzbudziła osoba, która chce kontrolować innych i podporządkować ich swoim regułom, głosząc jednocześnie wolność. I to nawet jeśli część z wprowadzonych przez nią zasad było bardzo sensownych i postępowych. Ale jak traktować miejsce, w którym w centrum duchowym kładzie się idealnie biały, ogromny dywan z merynosów? Dla mnie to dowód, że każda wspólnota opiera się na jakiejś hipokryzji. 

Mocną stroną tej książki jest jej uniwersalność. Nie jest to tylko historia szczególnego miejsca, to także opowieść o tym, że ludzkie życie, związane z nim marzenia, przywiązanie, pragnienie wolności są uniwersalne, niezależnie od tego, czy toczy się ono we wspólnocie, czy nie.

I przede wszystkim "Auroville. Miasto z marzeń" to świetny reportaż, z którego dowiemy się, jak powstawało miasto, w którym narodzić się miał nowy gatunek człowieka. Jak było budowane, do jakich konfliktów doszło po drodze, jak wspierał je rząd Indii. Dowiemy się, jak wygląda w nim nauka, praca, co się je. Jest też w niej medytacja, joga, są Indie, jest nawet Mahabharata i Ardźuna.

Publikujemy FRAGMENT KSIĄŻKI "Auroville. Miasto z marzeń" Katarzyny Boni, wydanej przez Wydawnictwo Agora

W 1965 roku Charlotte zostawiła trójkę dzieci pod opieką ojca i nianiek. Jej związek z Rajatem Neogy, ugandyjskim poetą indyjskiego pochodzenia, alkoholikiem i redaktorem czasopisma „Transition”, najbardziej wpływowego literackiego magazynu w całej Afryce, rozpadał się już od kilku lat. Tylko Charlotte nie chciała tego zauważyć. Nawet kiedy coraz częściej spokoju nie dawało jej banalne pytanie: jaki jest sens mojego życia?

Przecież nie cierpienie! To zbyt głupie, to zbyt mało. Z Ugandy wyrwała się na miesiąc do Indii. Jej przyjaciel, z którym od kilku lat wymieniała listy, zaproponował: przyjedź do mnie, do aśramu w Pondicherry, odpoczniesz.

Na spotkanie z Matką czekała w upale. Był koniec marca, a może początek kwietnia – najgorętsze miesiące, na południu Indii temperatura często przekracza czterdzieści stopni. Stała na białych schodach, z których widać było dziedziniec z drzewem płomienistym. Jego drobne liście osłaniały od słońca medytujących wokół Samadhi. W końcu otworzyły się przed nią drzwi. Wystarczyło jedno spojrzenie w oczy starszej kobiety siedzącej na krześle w rogu pokoju. Charlotte poczuła, że ją zna. A ona zna ją. Lepiej niż Charlotte samą siebie. Nie zamieniły ani słowa, ale jeszcze przez kilka tygodni Charlotte czuła się lekka i świetlista.

A potem wróciła do Ugandy. Cała radość zniknęła. Tym razem nie miała wątpliwości. Jej miejsce było w Pondicherry, przy Matce. Rajat nie chciał jechać do Indii, nie chciał też puścić dzieci: przecież one tam zginą! Ale dzięki Matce Charlotte zrozumiała, że jedyny obowiązek ma wobec własnej duszy. Nie wobec męża. Nawet nie wobec dzieci. Była gotowa jechać bez nich. Rajat ustąpił po pół roku. Zostawił jej Hero, Taddy’ego i roczną Lisę. W 1966 roku Charlotte przeniosła się do Pondicherry na stałe. Wynajęła starą francuską willę z ogrodem przy rue Dumas 24, przecznicę od plaży. Coraz dalej od jej rodzinnej Szwecji, coraz bliżej siebie.

Miała dwadzieścia osiem lat, kiedy napisała do Matki: „Czuję się jak sierota. Czy możesz mnie adoptować?”. Matka odpisała jednym słowem: Shyama. Shyama? W sanskrycie to słowo znaczy: ciemna. Jest drugim imieniem Parwati, małżonki Śiwy. Sama Charlotte tłumaczyła to jako: piękna, młoda dziewczyna. Łagodny aspekt straszliwego boga.

Jednego dnia, kiedy przechodziła przez główny dziedziniec aśramu, Shyama zobaczyła przystojnego mężczyznę pogrążonego w medytacji. Miał orli nos i potargane jasne włosy. Otworzył oczy i spojrzał prosto na nią. Uśmiechnęła się.

On miał kasety, ona magnetofon. Była wczesna jesień 1966 roku.

*

Dziewięć miesięcy później Matka otworzyła zwykły szkolny zeszyt z ciemnoszarą okładką w fioletowe paski. Na pierwszej stronie zapisała: „Niedziela, 25 czerwca 1967, o drugiej czternaście nad ranem w domu położniczym Auroville w Promesse urodził się Auroson z Charlotte i Fredericka”. Podpisała się. Charakterystycznym, cienkim, pochylonym pismem, które bardziej przypominało znak niż podpis.

Zeszyt zatytułowała "Narodziny w Auroville".

Posłuchaj podcastu!

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM