Dom towarowy jak czterogłowy smok albo wielkie miasto. Tak Jabłkowscy wynaleźli handel na nowo [FRAGMENT KSIĄŻKI]

- Spotkałem dwóch pracowników przedwojennego Domu Braci Jabłkowskich. Kiedy 16-letni wtedy pan Modro przyszedł do pracy, to ten wielki prezes, który chodził i sprawdzał, co się dzieje, nigdy się do niego nie zwrócił na "ty". Zawsze mówił "panie Modro", choć pan Modro wyglądał jak chłopiec - opowiadał w audycji "Kultura Osobista" Cezary Łazarewicz, autor książki "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich".
Zobacz wideo

Cezary Łazarewicz, pytany o moment przełomowy w historii Domu Braci Jabłkowskich, wskazał koniec XIX i początek XX wieku, kiedy Jabłkowscy przenoszą się na Bracką i zaczynają szyć konfekcję. - Zmiany społeczne powodują, że ludzie już nie chodzą do krawców, tylko chcą kupować gotowe ubrania - ale jeszcze tego nie wiedzą. Na to wpadają Jabłkowscy. To jest tańsze w produkcji, można sprzedać więcej towaru i ceny mogą być niższe. I to jest strzał w dziesiątkę - wskazuje. 

Kolejny genialny pomysł to sprzedaż wysyłkowa. - To wymagało ogromnych nakładów i logistyki. Na początku sezonu wydawali katalog i aż do końca sezony musieli utrzymać ceny, jakość towaru i jego powtarzalność. I to się okazuje hitem - mówił w rozmowie z Martą Perchuć-Burzyńską autor książki, Cezary Łazarewicz. Kolejne wielkie plany przerywa wybuch wojny. 

Posłuchaj całej rozmowy:

Podcast jest zablokowany? Za 5 złotych odblokujesz wszystkie!

Publikujemy fragment II wydania książki "Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich" Cezarego Łazarewicza, wydanej przez Wydawnictwo Czarne.

W magazynie

Jak trafić do pracy u Jabłkowskich? Najprościej ze szkoły handlowej. Duża szkoła jest dość blisko magazynu przy ulicy Zagórnej w Warszawie, nad samą Wisłą. Opiekunką klas sprzedawców jest Maria Dulembina. To ona na prośbę dyrektora personalnego Tomasza Jabłkowskiego kieruje uzdolnioną młodzież na Bracką.

Wiosną 1937 roku podchodzi do osiemnastoletniej Gieni Wagińskiej i pyta, czy nie chciałaby się sprawdzić w prawdziwym domu towarowym.

- To była najlepsza praca, jaka się mogła trafić młodej dziewczynie - opowiada po siedemdziesięciu sześciu latach Wagińska. - Jabłkowscy mieli opinię dużej i przyzwoitej firmy, która płaci na czas, wspiera pracowników i pozwala im się rozwijać.

W szkole krążyła opowieść, że Jabłkowski wzywa na rozmowy kwalifikacyjne do pracowniczej stołówki na Chmielnej. Serwuje śniadanie i uważnie obserwuje przyszłego pracownika. Trzeba jeść szybko, bo z tempa spożywania posiłku wnioskuje o sprawności wykonywania przyszłej pracy.

- To chyba jakaś bujda, bo mnie przyjął w swoim biurze na czwartym piętrze - śmieje się Wagińska.

W niewielkim pokoiku pogodny trzydziestolatek z wąsikiem zza swojego biurka wykłada uczennicy filozofię jej przyszłej pracy. 

- Sprzedawca to zastępca właściciela firmy - zaczyna. - Powinien być uprzejmy, ale nie natrętny. Głównym zadaniem sprzedawcy wcale nie jest sprzedaż towaru, ale pozyskanie zaufania, bycie solidnym i rzetelnym. Wielkie obroty są rzeczą ważną, ale ważniejsze jest pomnażanie przyjaciół sklepu. Reszta dokona się sama.

- Od pani zależy, ilu przyjaciół do nas wróci - podkreśla dyrektor.

Potem opowiada o wielkim żywym organizmie, który będzie musiała poznać.

Wnętrze Domu Towarowego Braci Jabłkowskich / Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.plWnętrze Domu Towarowego Braci Jabłkowskich / Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.pl Wnętrze Domu Towarowego Braci Jabłkowskich / Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.pl

Organizm budzi się o dziewiątej. Wybudza się powoli, połyka pojedynczych klientów, którzy włóczą się od góry do dołu, kupując guziki, wstążki, sznurowadła, czasem papier listowy.

O jedenastej pojawiają się modne, upudrowane i umalowane klientki. Oblegają dział bielizny, konfekcji i wyrobów skórzanych. Zaczyna się szturm na obuwie. Pełne ręce roboty mają paczkarnie. Zapełnia się kawiarnia na trzecim piętrze. Winda jest stale zajęta.

Około czternastej eleganckie damy wypłukuje fala młodzieży. Wracając ze szkoły, wstępują na Bracką, by kupić jakiś drobiazg. Zamiast pieniędzy zostawiają śmiech, hałas i chaos. Zwykle kończą na ciastku w kawiarni.

Dla personelu to chwila wytchnienia przed frontalnym zmasowanym atakiem, który nastąpi po szesnastej. Wtedy tłum rozlewa się po magazynie, by wezbrać przy kasach i paczkarniach. Podniesione głosy klientów mieszają się z dziecinnymi krzykami i fortepianową muzyką. Kupujący przepychają się łokciami, a do kawiarni nie da się palca wcisnąć. Zdarzają się omdlenia.

O dwudziestej pierwszej brzęczą dzwonki i przygasa światło. Zamykają się przeszklone drzwi wychodzące na ulicę Bracką, ale potrzebny jest jeszcze kwadrans, by organizm wypluł ostatnich gości. Tych, którzy najdłużej marudzą przy ladach, nie mogą się zdecydować, co wybrać. Sprzedawcy znużeni, ale grzeczni. Gdy wychodzi ostatni klient, składają rozrzucony towar, sprzątają pomieszczenia, froterują posadzki, nakrywają białymi pokrowcami regały. Trwa to co najmniej do dwudziestej drugiej. Wtedy organizm zasypia.

Dyrektor Jabłkowski porównuje też dom towarowy do wielkiego miasta. By je poznać, trzeba wejść w każdą uliczkę, znać każdą ciemną bramę i tajemne przejścia. Dom towarowy to setki twarzy, nazwisk, towarów i stoisk. Dlatego, tak jak istnieją przewodniki po miastach, tak istnieje przewodnik po sklepie braci Jabłkowskich. Dzięki niemu klient może poznać ceny towarów, nowości sezonu, zapowiedzi ciekawych wydarzeń, informacje o najważniejszych stoiskach. Ale i tak zawsze, gdy chce się czegoś dowiedzieć, pyta sprzedawcę. 

- Wychowywali nas od podstaw. Nawet w stołówce pokazywali, jak zachować się przy stole, bo do pracy trafiała młodzież nieoszlifowana - tłumaczy Eugenia Wagińska. - Zanim ktoś został sprzedawcą, musiał poznać cały dom. Od piwnicy po taras z kawiarnią. Każdy z czterdziestu czterech sklepów i każde z trzystu stoisk. Przez dwa miesiące wędrowałam od stoiska do stoiska, ucząc się o pochodzeniu i przeznaczeniu każdego towaru.

Dom smoka

W latach trzydziestych struktura domu towarowego przypomina czterogłowego smoka. Centrum dowodzenia to ojciec Józef z trzema synami: Feliksem - przejmującym zarządzanie firmą, Tomaszem - któremu podlegają pracownicy, i Zbigniewem - od reklamy.

Niżej - kierownicy zakupów odpowiedzialni za dostarczanie towarów z różnych branż. Potem szefowie pięter, kierownicy sklepów, ich zastępcy, a po nich dwustu szeregowych subiektów. Na końcu są kasjerki, paczkarki, konserwatorzy, złote rączki i szoferzy.

Na początku lat trzydziestych XX  wieku zmieniają się zasady rekrutacji. Firma przestaje zatrudniać ludzi z zewnątrz na wyższe stanowiska. Wzorem amerykańskich przedsiębiorstw Jabłkowscy przyjmują do sklepu wyłącznie uczniów w wieku od piętnastu do osiemnastu lat. I to oni mają w przyszłości awansować na stanowiska kierownicze.

Praktykanci z wieczorowych szkół handlowych uczą się tu zawodu przez trzy lata, po czym przechodzą na stanowisko sprzedawcy. Po kolejnych dwóch mogą wspinać się po szczeblach sklepowej kariery.

Gdy na wyższych stanowiskach następują zmiany spowodowane awansem, śmiercią lub przejściem na emeryturę, na drabinie służbowej przesuwa się od razu kilku pracowników. Wolne etaty na samym dole hierarchii znowu zapełniają uczniowie.

"Stanowiło to skuteczniejszą zachętę do wydajniejszej i bardziej starannej pracy niż oczekiwanie podwyżek na skutek wysługi lat" - tłumaczy Feliks Jabłkowski.

Obowiązuje zasada: ludzie dochodzą tak wysoko, na ile zasługują ich zdolności.

Na przykład Edward Kuligowski. Zaczął w 1918 roku jako praktykant w dziale kalkulacji towarów włókienniczych. Stamtąd przechodzi na parter jako ekspedient do materiałów łokciowych, a potem do działu zakupów, gdzie podlega bezpośrednio dyrektorowi Feliksowi Jabłkowskiemu. Cieszy się zaufaniem. Ma dużą swobodę. Poznaje dostawców, ich kolekcje i decyduje, jakie garnitury, garsonki, suknie czy płaszcze będą sprzedawane w najbliższym czasie na Brackiej. Ustala z dostawcami terminy i warunki płatności.

W 1932 roku podchodzi do niego Feliks i proponuje stanowisko szefa Wileńskiego Domu Towarowego, otwartego przez rodzinę po I wojnie światowej. Po czternastu latach pracy Kuligowski jest na szczycie: podlega mu stu dwudziestu pracowników, dział zamówień, administracji, reklama, podatki i sprawy bankowe. 

Przedwojenna kawiarnia na dachu Domu Towarowego Braci JabłkowskichPrzedwojenna kawiarnia na dachu Domu Towarowego Braci Jabłkowskich Fot. archiwum Domu Towarowego Braci Jabłkowskich, https://dtbj.pl

Wycieczki

Eugenia Wagińska ma dziewięćdziesiąt cztery lata. Lubi wspominać. Lata trzydzieste XX wieku to dla niej jakby wczoraj.

Pamięta wycieczki po Wiśle.

Ciepło. Lato albo późna wiosna. Przerwa obiadowa. Na tarasie ekspedientki wystawiają twarze do słońca. Podchodzi pan Zbigniew Jabłkowski i zaprasza na spotkanie sekcji wioślarskiej do przystani na Wiśle następnego dnia o świcie. Wsiadają w kajaki, a motorówki ciągną je aż do Świdra. Stamtąd cały dzień wiosłują do Warszawy. Sekcja tenisa ma zajęcia na Agrykoli, sekcja kolarska wyjeżdża na rowerowe wycieczki po okolicy, a turystyczna - na dłuższe wypady w góry.

W lutym 1939 roku Wagińska jedzie na zorganizowane przez Zbigniewa dwutygodniowe wczasy w Poroninie. Trwają właśnie mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. Po dziesięciu latach znów w Zakopanem. Rok temu Staszek Marusarz zdobył srebro w Lahti w konkursie skoków narciarskich, więc teraz jadą podziwiać go z bliska na Krokwi.

W maju kolejny wyjazd, do Mukacza, w Karpaty, pod samą granicę węgierską.

- Jak po wojnie o tym opowiadałam, nikt nie chciał mi wierzyć. Niemożliwe, mówili. Przecież Jabłkowscy nie musieli tego robić - wspomina Eugenia Wagińska.

Wzorem Forda

Niedoścignionym wzorem dla braci Jabłkowskich jest Henry Ford - konstruktor samochodowy i najbogatszy fabrykant świata. Sprzedaje samochody po najniższych cenach, osiąga najwyższe zyski i najlepiej płaci robotnikom.

Zatrudnieni przy Brackiej mogą o nim przeczytać w biuletynie firmowym: "Jest żywym zaprzeczeniem głupich teorii, że kapitalista może jedynie zarabiać, wyzyskując pracowników".

Czy jego historia nie przypomina trochę historii fortuny Jabłkowskich?

Tak jak oni zaczynał od zera. Gdy zobaczył w gazecie obrazek wozu bez konia, który wymyślił jakiś Francuz, postanowił stworzyć coś podobnego. Osiem lat pracował nad swoim bezkonnym wozem, aż zaczął wygrywać nim wyścigi z prawdziwymi wierzchowcami.

Sprzedał piętnaście milionów samochodów Ford T, dorabiając się niezwykłej fortuny. Ale władza i pieniądze go nie zepsuły.

Biuletyn firmowy DTBJ (styczeń 1930): "W fabrykach Forda więcej jest sympatii i dobroci serca niż w kościele. Henry Ford jest kapitalistą, który wskazał drogę wszystkim. Wierzy swym ludziom, a ludzie wierzą jemu".

Drogą wskazaną przez Forda próbuje podążać kierownictwo z Brackiej. Organizuje dla pracowników kursy językowe, bale, wycieczki, zawody sportowe, stację opieki nad matką z dzieckiem. Dopłaca do wczasów, daje upusty i pożyczki.

W 1937 roku firma powołuje fundację, która ma wybudować dom wypoczynkowy dla swoich pracowników. Przez dwa lata trwa dyskusja wśród pracowników, gdzie powinien stanąć. Nad morzem czy w górach. W biuletynach pojawiają się kolejne projekty i lokalizacje. Ostatnia informacja na ten temat pochodzi z lipca 1939 roku: fundacja szuka budynku pod Warszawą, otoczonego lasem, blisko wody, od siedmiu do dziesięciu pokoi. Poszukiwania przerywa wybuch wojny.

DOSTĘP PREMIUM