"Poskacze sobie dziewczę w eliminacjach i niech wraca". Niesamowite historie polskich olimpijek [Fragment książki]

Budowały polski sport, zdobywały pierwsze medale dla swoich dyscyplin - nie tylko w wydaniu kobiecym. Dziś, po kilkudziesięciu latach zostały zapomniane, a historia sportu pomija je milczeniem. A bohaterek jest znacznie więcej niż jedna tylko nieżyjąca już Irena Szewińska. Opisała je w swojej książce "Olimpijki" Anna Sulińska.
Zobacz wideo

Brak szkoleniowców, brak pieniędzy, brak wsparcia - właściwie wszystkiego brakowało młodym sportsmenkom, które stawały na progu kariery dziesiątki lat temu w Polsce. Kajakarka Daniela Walkowiak opowiedziała autorce książki pewną historię. - Wyobraźmy sobie utytułowaną zawodniczkę, która ma szansę zdobycia medalu olimpijskiego jako pierwsza w historii polskiego kajakarstwa. I nagle, gdy cała ekipa wyjeżdża z wioski olimpijskiej na tor oddalony o 50 km, nikt nie zauważa, że nie ma jej w autobusie. Nie ma też jej partnerki, z którą ma płynąć w innej konkurencji. Nikt nie zauważył, że nie ma kluczowej zawodniczki. Z dzisiejszego punktu widzenia wydaje się to niemożliwe  - mówiła w rozmowie z Łukaszem Wojtusikiem Anna Sulińska.

Inna smutna historia dotyczy Ewy Kłobukowskiej. - Niesamowita dziewczyna, talent równy Irenie Szewińskiej. Zawodniczka światowego formatu, z genialnym startem - to była dziewczyna-torpeda. Niepokonana. Przepadła, ponieważ zakwestionowano jej kobiecość: wprowadzono test płci opierający się na teście chromosomów. Pod koniec lat 80. ten sposób weryfikacji płci zakwestionowano i stwierdzono, że on niczego nie definiuje - wyjaśniała autorka. 

Posłuchaj całej rozmowy w audycji "Krakowskie Przedmieście":

Publikujemy fragment książki Anny Sulińskiej "Olimpijki" wydanej przez Wydawnictwo Czarne.  

Z mężem Maciejem Biedą zaczęła trenować już po igrzyskach olimpijskich w Rzymie. W Trójmieście, gdzie zaczynała profesjonalnie skakać wzwyż, nie było nawet kobiecej sekcji tej dyscypliny sportowej. Czasami rad udzielał jej tyczkarz i trener Andrzej Krzesiński, innym razem współpracowała z Adamem Bezegiem, szkoleniowcem skaczących mężczyzn. Bezeg mieszkał w Krakowie, Jarka na Wybrzeżu. Samodzielnie wdrażała opracowany przez niego plan treningowy. Nie miała nikogo, kto korygowałby jej skoki, z kim mogłaby pracować nad techniką.

- Może dlatego niektórzy dziennikarze pisali, że miotam się nad poprzeczką jak ryba bez wody, że żadna ze mnie skoczka [tak właśnie mówi o sobie Jarosława Jóźwiakowska - przyp. aut.]. Ale ja skakałam charakterem, nie możliwościami fizycznymi - podkreśla.

A uparta była ogromnie i to już od dziecka. Najmłodsza z trzech sióstr. Urodzona w Poznaniu dwa lata przed wybuchem II wojny światowej. W czasie okupacji tułała się z rodzicami po Polsce. Rodzina najpierw została wysiedlona do Kłodawy, potem na południe kraju. Do domu na poznańskim Łazarzu, w którym obowiązywała wielkopolska kindersztuba, wrócili dopiero po wyzwoleniu. Mieszkanie nie było jeszcze zajęte przez nowych lokatorów, ale już częściowo splądrowane. Mama sztrykowała, czyli robiła na drutach, dzięki czemu z trudem utrzymywała trzy córki i starych rodziców. Ojca nie było, bo cały czas gdzieś "fruwał". Wojna go spaczyła. Jeździł po Polsce, szukał pracy, jakiegoś zaczepienia. Siostry, gdy tylko mogły, zaczęły zarabiać. Najstarsza, Regina, sprzedawała w sklepie, średnia, Basia, zajmowała się repasacją pończoch. Jarka była jeszcze za młoda na pracę. Marzyła o tym, by zostać baletnicą i pójść na studia, jednak strach jej matki przed gruźlicą wygrał z miłością córki do tańca. Co prawda przez rok, w drugiej połowie lat czterdziestych XX wieku, chodziła do szkółki baletowej działającej przy poznańskiej operze, ale od ćwiczeń zaczęła chudnąć i musiała je przerwać. Balet kocha do dziś, ale z mamą się nie dyskutowało.

- Dzieciaki były chowane przyzwoicie - mówi o swoim dzieciństwie.

- Nie było żadnych wyskoków. Do tej pory to czuję. Byłam bardzo ruchliwa, cały czas miałam ochotę rozrabiać, ale wszystko miało swoje granice. Ich się nie przekraczało, broń Boże.

Miała kilka lat, gdy jedną z nich nagięła. Chciała się przejechać motocyklem ojca. Tata nie pozwalał. Powtarzał: "Jarka, ty nie potrafisz jeździć". Ale ona się uparła. Gdy nikt nie patrzył, wsiadła, ruszyła i po chwili walnęła w płot.

- Kawałek pojechałam, czyli pokazałam, że potrafię, a to było najważniejsze - tłumaczy. - Tak samo było w sporcie. Zaciskałam zęby, mówiłam, że muszę skoczyć jakąś wysokość, i ją skakałam. Nie brałam pod uwagę tego, że nie powinno mi się udać.

Do aktywności fizycznej wróciła dopiero w szkole średniej na początku lat pięćdziesiątych. To było V Liceum Ogólnokształcące imienia Klaudyny Potockiej w Poznaniu. Tu też poznała swoją najlepszą przyjaciółkę Barbarę Lerczak, która za kilka lat zostanie jedną z czołowych polskich sprinterek. Talent i uroda Baśki sprawią, że w zawodniczce znanej pod nazwiskiem Janiszewska (po pierwszym mężu) lub Sobotta (po drugim) albo Nowicka (po trzecim) będzie się kochać pół Polski. "Weź się do tego sportu, potrenuj" - zachęcała ją Baśka. Początkowo Jarka chodziła z nią na treningi lekkoatletyczne dla towarzystwa, z czasem zaczęła uprawiać gimnastykę, a nawet strzelectwo, ale najbardziej lubiła siatkówkę. Była szybka, sprawna i zacięta.

Przyjaciółki zostały czołowymi reprezentantkami liceum w zawodach międzyszkolnych. Podczas jednej z imprez wypatrzył je Jan Michalski, poznański działacz sportowy związany z Akademickim Związkiem Sportowym (AZS). "Przyjdźcie do nas trenować, będzie fajnie" - zaproponował. Dorzucił dres i kolce.

- Byłam dumna, że mogę coś dostać, że mnie zauważyli - mówi Jóźwiakowska.

Razem trenowały w AZS-ie. Wspólnie uczyły się do matury, którą zdały szybciej niż reszta licealistów z ich szkoły, bo jechały na spartakiadę szkół ogólnokształcących do Wrocławia. Potem obie zostały przyjęte na studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie, do której zdawały zachęcone przez działaczy z gdańskiego AZS-u, a następnie zamieszkały w jednym pokoju w akademiku. Jarka dostała stypendium, mogła korzystać z darmowej stołówki, nie płaciła za mieszkanie.

- Od tej pory moje życie było już lżejsze - uśmiecha się i dodaje, że na Wybrzeżu jej przygoda ze sportem zaczęła się rozwijać na poważnie. - Mój pierwszy wyjazd zagraniczny to była uniwersjada w Paryżu w 1957 roku - wspomina. - Miałam dwadzieścia lat i byłam niesamowicie szczęśliwa. Okrutnie podniecona. Oszołomiona. U nas nic nie było, a tam pełne sklepy, pięknie ubrane Francuzki. Trudno mi teraz o tym mówić. Dostawaliśmy trzy dolary dziennie kieszonkowego. Miałam dziesięć dolarów swoich. Kupiłam sobie materiał nylonowy na sukienkę za małe pieniądze u polskiego Żyda i piękny kubraczek z białego misia dla syna siostry. Mojego pierwszego chrześniaka. Jak tego misiaczka zawiozłam, rodzina płakała ze szczęścia.

Z poznańskiego domu na Wybrzeże przywiozła, oprócz niezwykle mocnego charakteru, kompleksy i ogromną nieśmiałość. "Skąd matka miała mieć czas, żeby trzy dziewczyny, a każda była inna, nauczyć śmiałości?" - mówiła w wywiadzie prasowym udzielonym kilkadziesiąt lat temu.

Okładka książki Anny Sulińskiej 'Olimpijki'Okładka książki Anny Sulińskiej 'Olimpijki' mat. prasowe / Wydawnictwo Czarne

Na igrzyska olimpijskie do Rzymu wysłano ją w ostatniej chwili, pod naciskiem opinii publicznej i prasy. Mistrzyni Polski w skoku wzwyż, dwukrotna brązowa medalistka akademickich mistrzostw świata (w 1957 roku w Paryżu i dwa lata później w Turynie), która w latach 1958-1960 siedem razy poprawiła rekord Polski, była zawodniczką rezerwową, bo - zdaniem działaczy - nie rokowała, to znaczy niby odnosiła sukcesy, ale przecież nie miała nawet własnego szkoleniowca. Jednak dla Polskiego Związku Lekkiej Atletyki (PZLA) gorsza od braku trenera była jej miłość do efektownych zagrywek i szybkich zbić, czyli do siatkówki, którą trenowała w gdańskim AZS-AWF. Mówiło się, że działacze lekkiej atletyki nie potrafią jej wybaczyć, że zdradza królową sportu dla gry zespołowej. Gdy w ostatniej chwili okazało się, że zwolniło się jedno miejsce na olimpiadę, wysłano Jóźwiakowską. Do Rzymu poleciała dzień przed eliminacjami do swojej konkurencji. Przed odlotem zdążyła jeszcze zapytać o wrażenia Danielę Walkowiak, która tego dnia wróciła już do Polski jako brązowa medalistka w kajakarstwie.

Poskacze sobie dziewczę w eliminacjach i niech wraca. Tak udział Jarki w olimpiadzie widział Polski Komitet Olimpijski (PKOl), który kupił jej bilet powrotny do kraju na dzień po eliminacjach. Jóźwiakowska nie wiedziała, czy jeszcze kiedykolwiek w życiu przyleci do Rzymu. Wieczór przed startem spędziła więc, zwiedzając miasto.

- Zobaczyłam Schody Hiszpańskie i Koloseum. Wszędzie chodziliśmy pieszo. Na więcej nie miałam już siły - wspomina.

Wracając z pieszej wycieczki, zapukała jeszcze do siostry Heleny Warszawskiej, charyzmatycznej pielęgniarki, kobiety bez przeszłości i bez wieku, która od niedawna pracowała w przychodni dla sportowców przy Centralnym Ośrodku Sportu w Zakopanem i która w nagrodę za swoje zaangażowanie poleciała na igrzyska olimpijskie jako członkini personelu medycznego.

- "Nic się nie martw, takie przetarcie dobrze ci zrobi" - wspomina słowa pielęgniarki Jarosława Jóźwiakowska i dodaje, że siostra pełniła także funkcję psychologa. Przekonywała ją, że nie ma powodu do stresu, bo i tak nikt na nią nie liczy.

Podczas eliminacji już w pierwszej próbie zaliczyła wysokość 165 centymetrów i zakwalifikowała się do finału skoku wzwyż kobiet. Tego dnia wygrała. PKOl musiał anulować jej bilet powrotny.

Przed każdymi zawodami chodziła rozdygotana. Miewała rozstrój żołądka. Strasznie wszystko przeżywała. A w Rzymie nic. Zero nerwów. W finale skoku wzwyż rozgrywanym na Stadionie Olimpijskim 8 września 1960 roku trema opuściła ją całkowicie.

Nie wiem, co się ze mną stało […] - mówiła w 1961 roku w wywiadzie, którego udzieliła Jackowi Samulskiemu z "Przeglądu Sportowego". - Walczyłam z pełną świadomością. Gdy zobaczyłam, jak przeciwniczki masowo strącają 165 cm (a mnie wyszedł pierwszy skok), nowa nadzieja wstąpiła w serce. Wiedziałam w tym momencie, że walczę już o miejsce punktowane, a gdy po przejściu 168 cm zostało nas sześć [właśc. pięć - przyp. aut.] - poczułam, że mam szansę na medal. […] Zaciskałam więc zęby i myślałam tylko o tym, by się nie dać wyprzedzić Angielce. […] Byłam w takim nastroju, że nie bałam się już niczego.

Kilka godzin wcześniej, jeszcze w wiosce olimpijskiej, powiedziała swojej najlepszej przyjaciółce Basi Janiszewskiej, która razem z Teresą Wieczorek, Celiną Jesionowską i Haliną Richter wystartuje w sztafecie 4x100 metrów, że gdyby udało jej się trafić do grona sześciu najlepszych skoczek na świecie, oszalałaby z radości.

Zaliczenie wysokości 168 centymetrów wprowadza ją do tej grupy. Ale Jarka nie wariuje z emocji. Jest skoncentrowana. Za chwilę zmierzy się z drążkiem wiszącym na wysokości 171 centymetrów nad ziemią. To o trzy centymetry więcej, niż wynosi jej rekord życiowy. Jest parno, gorąco. Ponad dwadzieścia osiem stopni w cieniu. Rozbieg, odbicie, poprzeczka drży, ale nie spada. Pokonała ją w pierwszej próbie. Ustanowiła nowy rekord życiowy, ale o tym, czy zdobędzie medal, zdecyduje to, jak skoczą pozostałe zawodniczki. Dorothy Shirley zalicza tę wysokość w pierwszym podejściu, Taisija Czenczik strąca drążek w każdej z trzech prób, Galina Dola pokonuje poprzeczkę dopiero za trzecim razem. Jarka już wie, że ma medal, ale nie wie jaki.

Poprzeczka wędruje teraz na wysokość 173 centymetrów. Jóźwiakowska mierzy się z nią trzy razy. Bez sukcesu. Jeśli Dorothy skoczy, Jarka wróci do Polski z brązowym medalem. Brytyjka trzy razy strąca drążek. Tylko długonoga Iolanda Bala? skacze i skacze. Odpuści dopiero przy 187 centymetrach. To o dwa centymetry więcej, niż Bala? mierzy; Jóźwiakowska i Shirley przeskoczyły swój wzrost o cztery centymetry.

Barbara Janiszewska schodzi z bieżni jako brązowa medalistka igrzysk olimpijskich w sztafecie 4x100 metrów i nie wierzy w to, co widzi. Jej przyjaciółka maszeruje uśmiechnięta za Iolandą Bala? w kierunku podium. Rumunka ma złoty medal. Polka i Angielka - ex aequo srebrny. Brązowego nie przyznano. Baśka podbiega pogratulować Jarce. "Szczyp mnie, szczyp mnie, bo nie wierzę!" - powtarza Jóźwiakowska.

DOSTĘP PREMIUM