"Było źle, ale już sobie poradziłem. Właściwie nie ma problemu". O męskiej depresji i ukrywaniu jej przed sobą samym

- Mężczyźni boją się przyznać, że coś jest nie tak. Z mojego doświadczenia z gabinetów wynika, że mówią o tym często w czasie przeszłym: "Miałem depresję, ale już sobie z nią poradziłem" - mówił Marcin Grudzień, socjolog i psychoterapeuta w trakcie szkolenia. Zuzanna Piechowicz rozmawiała z nim o męskiej depresji w kontekście książki "Nie chcę o tym rozmawiać" Terrence'a Reala.
Zobacz wideo

Mężczyźni znacznie rzadziej zgłaszają się na terapie, a jednocześnie statystyki samobójstw są wśród nich wielokrotnie wyższe niż wśród kobiet. Wiele wspólnego ma to z kulturowym przekonaniem, że "chłopaki nie płaczą", tylko radzą sobie z trudnościami. 

- Mężczyźni mierzą się z depresją w samotności i trudniej im szukać pomocy - mówił Marcin Grudzień, który był gościem audycji "Dobrostan". Nawiązywał do książki Terrence'a Reala, który pisał o technikach obrony przed depresją, np. przemocą czy uzależnieniem. - To wszystko służy temu, by nie do końca przyznać się przed samym sobą, że ktoś sobie nie radzi - wskazywał gość Zuzanny Piechowicz

Wysłuchaj całej rozmowy o męskiej depresji, problemach z rozmową na jej temat i z szukaniem pomocy.

Publikujemy fragment książki Terrence'a Reala "Nie chcę o tym mówić. Jak poradzić sobie z męską depresją". 

Rozdział drugi
Synowie Narcyza: godność, wstyd i depresja

Psychiatria nie przyczyniła się zbytnio do zgłębienia natury ukrytej depresji, natomiast sztuka, poezja i dramat zawsze czerpały całymi garściami z tej ludzkiej kondycji. Archetypem tej choroby jest mit Narcyza, dorastającego syna rzecznej nimfy, który spędzał burzliwą młodość na samotnych gonitwach i polowaniach w lesie - aż do dnia, w którym sam został upolowany.

"Wiele kobiet kochało się w Narcyzie - rozpoczyna opowieść Owidiusz. - Pragnęły go dziewczęta i młode kobiety. Lecz w jego kształtnym ciele kryła się zimna duma: żadna kobieta, żadna dziewczyna nie znalazła przystępu do jego serca". Narcyz był uroczym, dziarskim młodzieńcem i wzbudzał pożądanie nimf, lecz odrzucał ich względy. Jedna ze wzgardzonych wielbicielek w zemście rzuciła na niego klątwę: oby pewnego dnia sam poznał ból niespełnionej miłości. Jej życzenie spełniło się, kiedy Narcyz, spocony i spragniony po polowaniu, dopadł czystego, leśnego stawu. Pochylił się, by się napić, i nagle oczarował go widok pięknej twarzy na powierzchni wody. Przybliżył usta, by złożyć na niej pocałunek, i wyciągnął ramiona, by ją objąć. Lecz obraz, do którego tęsknił, rozpływał się pod jego dotknięciem, by wrócić, gdy odsunął się dalej. Kiedy zrozpaczony Narcyz zapłakał, spadające łzy zmąciły odbicie. Nieszczęśnik wznosił modły do tej istoty, by go nie porzucała. "Pozostań ze mną, błagam! - łkał. - Pozwól mi chociaż patrzeć na ciebie, jeśli nie mogę cię dotknąć". W ten sposób - konkluduje opowieść - podsycał tylko spalający go ogień. Narcyz zapomniał o śnie i jedzeniu. Sparaliżowany tęsknotą, zaczął więdnąć i wkrótce zakończył życie.

Aby zrozumieć tę dziwną historię, musimy uchwycić prawdziwą naturę niedoli tego młodzieńca. Często mówi się o Narcyzie jako symbolu chorobliwej dumy, lecz w rzeczywistości jest wręcz przeciwnie. Jak zauważył w XVI wieku renesansowy filozof Marsilio Ficino, Narcyz nie cierpiał z powodu niepohamowanej miłości do własnej osoby, lecz z powodu jej niedoboru. Mit używa paraliżu jako paraboli. Młody człowiek, dotychczas nieustannie będący w ruchu, nagle wrósł w ziemię, niezdolny oddalić się od ulotnego odbicia. Według Ficina, gdyby Narcyzowi nie brakowało prawdziwej miłości własnej, zdołałby wyswobodzić się z tej fascynacji. Jego nieszczęściem był bezruch wywołany nie zapatrzeniem w siebie, lecz uzależnieniem od własnego obrazu.

Ukryta depresja, podobnie jak nieszczęsna pasja Narcyza, jest w istocie zaburzeniem wiary w siebie. Zdrowa duma to zjawisko fundamentalnie wewnętrzne. To uznanie dla własnej osoby pomimo jej niedoskonałości, niewynikające jedynie z tego, co się posiada lub co się potrafi. Zdrowa duma zakłada, że wszyscy ludzie są stworzeni jako równi sobie, że dziedziczone cechy jednej osoby nie są ani lepsze, ani gorsze niż innej. Taka wizja wrodzonej wartości nie zabrania nam dokonywać szczegółowych rozróżnień. Wciąż możemy dostrzegać własne i cudze talenty i ograniczenia. Ale elementarne poczucie wartości i znaczenia własnego ja nie rośnie ani nie załamuje się pod wpływem czynników zewnętrznych. Taką zdrową dumę demonstrują rodzice mówiący o swoich dzieciach. Mogą zauważyć, że Sally jest bardzo bystra, a jej brat Bill ma tylko przeciętną inteligencję albo że Bill jest wysportowany, podczas gdy Sally rusza się niezgrabnie. Ale rozumni rodzice nie będą z takich powodów wywyższać jednego dziecka, a poniżać drugiego. Teoretycy psychologii rozwojowej nazywają tę kluczową cechę zdrowego rodzicielstwa bezwarunkową akceptacją. "Ciepłe spojrzenie matki", zinternalizowane przez małe dziecko, staje się zarodkiem jego własnej wiary w siebie.

To, co przychodzi nam w sposób naturalny, gdy idzie o dzieci, często uchodzi uwagi w przypadku dorosłych, także nas samych. Życie społeczne pozbawia wielu z nas kontaktu z wrodzonym poczuciem wartości i zmusza nas do wyrównywania tego braku za pomocą zewnętrznych namiastek, takich jak bogactwo, uroda czy pozycja. Im mniej mamy szacunku dla siebie, tym silniejsza potrzeba rekompensaty.

Narcyz, "przepełniony zimną dumą", jawi się jako niewzruszony. Lecz mit ujawnia jego skrywaną słabość. Niezdolny do nawiązania prawdziwych relacji, poddaje się urokowi własnego odbicia i w efekcie staje się jego niewolnikiem. Psychiatra mógłby przypuszczać, że młodzieniec ten nie rozwinął w sobie zdolności do kochania, do głębokiego przyswojenia miłości. Terapeuta spekulowałby, że we wczesnodziecięcej fazie rozwoju nie otrzymywał dowodów uznania i nigdy nie doznał ciepła bezwarunkowej akceptacji. W miejsce wewnętrznego poczucia wartości rozwinął obsesję na punkcie własnego obrazu pochodzącego z zewnątrz. Nie mogło to zaspokoić jego potrzeb, gdyż żadna dawka zewnętrznych pochwał, zaszczytów czy troskliwości nie może zastąpić miłości własnej.

Zakochany we własnym obrazie Narcyz przypomina mężczyznę zakochanego w  swoim koncie bankowym, swojej powierzchowności lub swojej władzy. Jest symbolem wszystkich mężczyzn oczarowanych przez cokolwiek innego niż ich własna, głęboka tożsamość. Ponieważ ukryta depresja u takich ludzi wynika z braku wewnętrznej siły życiowej, rzadko udaje im się obronić odbity obraz. Ilekroć Narcyz próbuje objąć przedmiot swego pożądania, ten odsuwa się od niego. Nie może sobie nawet pozwolić na łzy bólu, gdyż mącą one cudowną wizję. Wszystkie swoje autentyczne emocje i potrzeby składa na ołtarzu uwielbianego odbicia. Musi "podsycać ogień, który go spala". Równie nieuchronnie, jak przy każdym nałogu wpada w błędny krąg, z którego nie może się wyswobodzić nawet za cenę śmierci. Taka jest zasadnicza dynamika ukrytej depresji.

Pięćdziesięciosześcioletni Thomas Watchell, korpulentny, łysy menedżer, zdawał się na pozór tak odległy od stereotypu Narcyza, jak to tylko możliwe. A jednak w czasie, gdy go poznałem, ten najzwyklejszy człowiek był tak zafascynowany zewnętrznym odbiciem swojej wielkości, że zupełnie rozbiło to jego rodzinę i doprowadziło go do stanu desperacji.

Thomas skontaktował się ze mną dopiero wtedy, gdy kilka koszmarnych miesięcy jawnej depresji pozbawiło go snu, spokoju, nawet zdolności koncentracji. Miał poczucie beznadziejności, wydawało mu się, że jest nic niewart i pełen wad. Nie zdawał sobie sprawy, że ten bieżący kryzys, ostra jawna depresja, to niewiele więcej niż końcowa erupcja długotrwałej, chronicznej depresji ukrytej. Kiedy po raz pierwszy zjawił się w moim gabinecie, twierdził, że nie ma pojęcia, dlaczego doznaje tak intensywnego cierpienia. Był szefem działu finansowego w wielkiej, międzynarodowej firmie handlu detalicznego i zarabiał "coś koło 400 tysięcy plus premia". Pochodził z ubogiej rodziny pracownika fizycznego i pragnął zapewnić swoim trzem córkom to wszystko, czego sam w młodości nigdy nie miał. Pracował na to ciężko i jego opływającej w dostatki rodzinie nie brakowało niczego z wyjątkiem obecności ojca. Kiedy przebywał w domu - a rzadko można go tam było zastać - był odległy i apodyktyczny. Błyskawiczna kariera miała swoje wymagania: podczas dzieciństwa córek jedenaście razy z rzędu porzucał wraz z rodziną dotychczasowe miejsce zamieszkania, by wykorzystać nadarzającą się okazję awansu. Nigdy nie zastanawiał się poważniej, jak te ciągłe zmiany mogą wpływać na żonę i dzieci, i nie podejmował z nimi dyskusji na ten temat. Zakładał po prostu, że co dobre dla Thomasa Watchella, jest dobre także dla całej rodziny Watchellów.

Przez ponad trzydzieści lat Thomas tkwił w pracy średnio przez osiemdziesiąt godzin na tydzień, nie wyłączając wieczorów i weekendów. W ciągu tych lat on i jego żona stopniowo oddalali się od siebie. Kiedy po pięćdziesiątce jego małżeństwo się rozpadło, nie było to dla niego ani wielkim zaskoczeniem, ani poważnym powodem do niepokoju. Wkrótce znalazł młodszą, ładniejszą i bardziej uczuciową partnerkę. Martwiło go i nie dawało mu spokoju coś innego: niemal całkowita alienacja córek, które miały już po dwadzieścia kilka lat i wszystkie trzy "trzymały z matką". Jak twierdził, żadna z nich, jeśli nie potrzebowała akurat pieniędzy, nie okazywała mu większego zainteresowania.

Wielu ludzi sukcesu w rodzaju Thomasa nie potrafi dostrzec niszczących skutków kompulsywnej pracy, dopóki życie osobiste nie wystawi im za to rachunku. Świadomość, że córki się od niego odwróciły, uderzyła go z zaskakującą siłą i pogrążyła w skrajnej rozpaczy. Niczym współczesny Król Lear miał poczucie, że go haniebnie zdradziły, zapomniały o nim, wzgardziły jego staraniami i hojnością. A jednak podczas pierwszej sesji z rodziną dorosłe potomstwo Thomasa nie ujawniło szczególnej wrogości wobec ojca. W ogóle niewiele do niego czuły. W trakcie szczęśliwego dzieciństwa spędzonego w bliskim i ciepłym kontakcie uczuciowym z matką dziewczyny nauczyły się obywać bez niego. Jedna z nich określiła Thomasa jako "wpadającego od czasu do czasu władcę", druga nazwała go "uśmiechniętym czekiem in blanco".

- Co miałeś na myśli, mówiąc "ubogi"? - pytam Thomasa podczas jednej z sesji, kiedy on i jego córki, podobne do niego z twarzy i postawy, rozsiedli się w fotelach.
- Proszę? - Zawsze poprawny Thomas spogląda znad dużych, okrągłych szkieł.
- Pod koniec poprzedniej sesji mówiłeś coś o dorastaniu w robotniczej rodzinie - przypominam. - Pamiętasz to?
Thomas machinalnie przytakuje.
- Zaintrygowało mnie to, co mi powiedziałeś, kiedy cię o to zapytałem. - Bezskutecznie próbuję złapać jego wzrok. - Że wychowałeś się w ubogim robotniczym domu. Pamiętasz to zdanie?
Thomas bębni swoimi krótkimi, grubymi palcami po grubym, wełnianym materiale spodni. Patrzy gdzieś za okno.
- Naprawdę? - mówi z namysłem, unikając moich oczu. - Tak powiedziałem?
Milknie.
Diane, najstarsza córka i główny rzecznik rodziny, porusza się niecierpliwie w fotelu.
- Tato... - zaczyna, ale przerywam jej łagodnie, unosząc dłoń.
- Daj mu minutę - proszę.

Diane i jej siostry podczas wcześniejszych sesji aż nazbyt jasno dały do zrozumienia, co czują w związku z nieuchwytnością ojca. Thomas słuchał ich żalów na pozór nieporuszony, demonstrując taką właśnie niedostępność emocjonalną, jaką mu zarzucały. Uznałem, że córki dosyć już powiedziały. Przyszła pora, by zdarzyło się coś więcej.

DOSTĘP PREMIUM