"Lubię czytać brzydkie rzeczy". Jacek Leociak o rozmontowywaniu kościelnej nowomowy [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Staram się odróżnić kłamstwo od hipokryzji i zakłamania - mówi prof. Jacek Leociak o swojej analizie, przeprowadzonej w książce "Wieczne strapienie. O kłamstwie, historii i Kościele".

Prof. Jacek Leociak, literaturoznawca, historyk literatury z Instytutu Badań Literackich Polskiej Akademii Nauk oraz Centrum Badań nad Zagładą Żydów, przyznał w rozmowie z Anną Wacławik-Orpik, że w swojej książce nie miał zamiaru podejmować dialogu z hierarchami kościelnymi. Postawił się za to w roli odbiorcy ich przekazów, który słucha i postanawia sprawdzić to, co słyszy. - Rozbijam tę bańkę słów, kompromituję tę mowę, takie jest moje zadanie - tłumaczył. Jak dodał, czyta wytrwale wystąpienia zwierzchników polskiego Kościoła, czym budzi zdziwienie znajomych. Ale czuje się w obowiązku poddawać je krytycznej analizie. 

- Obserwacja języka i rozmontowanie kościelnej nowomowy - to robię, (...) mam taką potrzebę, przygotowany do tego przez Michała Głowińskiego [wybitny historyk i teoretyk literatury - red.]. Tak jak on lubię czytać "brzydkie rzeczy" - tłumaczył Leociak. Jak dodawał, jest to konieczne, by pokazać mechanizmy zakłamywania rzeczywistości - bez tego nie da się ich zrozumieć. 

Publikujemy fragment książki Jacka Leociaka "Wieczne strapienie", wydanej przez Wydawnictwo Czarne.

Jestem owocem popaździernikowych nadziei. Dosłownie! Urodziłem się 9 miesięcy po VIII Plenum KC PZPR, urozmaiconym niezapowiedzianą wizytą Chruszczowa. Gomułkę przywrócono z niebytu i wybrano na pierwszego sekretarza, a Chruszczow wrócił do siebie. Nie zdążyłem się jeszcze nauczyć mówić, podnosiłem tylko z wysiłkiem główkę do góry, do słońca, kiedy zlikwidowano tygodnik "Po Prostu". Tyle było nadziei moich rodziców, a przede wszystkim Ojca, jak miałem się dowiedzieć po latach.

Może dlatego przez całe życie mam kłopot z nadzieją. Różne wielkie nadzieje co do świata mi się nie spełniły.

Dobry Pasterz Pan Jezus i jego wierni duszpasterze, którzy tak bardzo chcą, żebym był zbawiony. Pragną tego. Widzę ogień w ich oczach. Staram się nie podchodzić za blisko, żeby się nie sparzyć. Boję się tych, którzy - nieproszeni - chcą mnie zbawić, a do tego wiedzą, jak to zrobić.

Uwierzyłem przez chwilę, że oglądam oto "koniec historii". Miałem nadzieję, że teraz wszystko już będzie dobrze: dawni poddani staną się wolnymi obywatelami wolnego kraju w wolnej Europie. Że razem, że NATO, że Unia, że Schengen, że wielki projekt modernizacyjny. Przyznaję, tę nadzieję pielęgnowałem dość długo. Okazało się jednak, że to Polska, że mieszkam w Polsce. I z kranu zaczęła ciurkać ciepła woda.

Nie byłem już taki głupi, żeby wierzyć politykom na słowo. Ale jest taki jeden, który zawsze mówi to, co myśli i czego chce. I to się urzeczywistnia. Jego marzenie, aby zostać emerytowanym zbawcą narodu - spełniło się. Na emeryturę jednak nie pójdzie. Nie przeminie, tylko zmieni stan skupienia i formę obecności. Istnieć będzie na kartach podręczników do historii, może jeszcze do innych dyscyplin naukowych. Wykuty ze spiżu, z brązu, marmuru czy ulepiony z pomalowanego żółtą farbą gipsu - tkwić będzie na placach i skwerach. Zawsze z nami. Zawsze przy nas. Dzień i noc obejmujący nas spojrzeniem i szeroko rozwartymi ramionami.

Okładka książki 'Wieczne strapienie' Jacka LeociakaOkładka książki 'Wieczne strapienie' Jacka Leociaka materiały prasowe

Jego fenomen polega w dużej mierze na zdolnościach profetycznych. "We mnie jest czyste dobro" - mówił w wywiadzie z Agnieszką Kublik i Moniką Olejnik w lutym 2006 roku. I proszę - dobro było w nim, jest i będzie zawsze, czasami może troszkę przybrudzone. Jak jego buty. "Żadne krzyki i płacze nas nie przekonają, że białe jest białe, a czarne jest czarne" - mówił z kolei w lipcu tego samego roku. No i stało się. Dziś żaden kolor nie może już być pewny swojego koloru. Podczas kongresu Prawa i Sprawiedliwości w lipcu 2016 roku popisał się Jarosław Kaczyński szczerością wyjątkową, która przecież jest istotą każdego prawdziwego prorokowania: "Nasze rządy będą przeciwieństwem rządów prawa" - powiedział z mównicy. Na koniec - Wolska. "Marsz, marsz Dąbrowski z ziemi polskiej do Wolski" - śpiewał na kongresie Prawa i Sprawiedliwości 4 czerwca 2006 roku. I spełniło się - mamy Wolskę. W Wolsce życie stało się lepsze i żyje się weselej. A jak żyje się weselej, to i praca idzie lepiej, i ryż w misce lepiej smakuje.

Powtarzamy do znudzenia, że Jarosław Kaczyński podzielił Polaków. To prawda, ale Polska była podzielona w ten sposób od dawna, tylko nie było tego aż tak bardzo widać. PiS to nie żadna okupacja. PiS to emanacja. Jarosław Kaczyński zrobił to, co robi fotograf w ciemni. Zaczął wywoływać utrwalone na materiale światłoczułym i niewidoczne dla oka obrazy. On wiedział, co się pojawi na papierze fotograficznym, gdy się go włoży do kuwety i potraktuje wywoływaczem. Straszne tam są chemikalia w tym wywoływaczu, siarczany, fenole i inne cholerstwo. Kaczyński bez przerwy leje na nas ten trujący roztwór. Utajony obraz nabiera kształtów i rumieńców. Kto zapali wreszcie w tej ciemni światło?

Pozwoliliśmy jednemu człowiekowi pożerać nasz kraj, nasze pola, łąki, lasy, wsie i miasta, instytucje demokratyczne, sądy, media, edukację, nawet stadninę koni. On to wszystko pochłaniał, a rzesze biły mu brawo, śpiewając: "Jarosław, Polskę zbaw". O tak - to było najważniejsze: zbawienie Polski. Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski arcybiskup Stanisław Gądecki już na początku 2016 roku ogłosił z satysfakcją: "Nastąpił ogromny przełom. Po wojnie nie było jeszcze takiego zjednoczenia państwa i Kościoła". Ta radość Gądeckiego jest radością polskiego Kościoła instytucjonalnego z nadejścia władzy człowieka, który krok po kroku niszczy wszystko, czego się dotknie. Niszczy to znaczy zbawia, a w języku "dobrej zmiany" - odzyskuje.

Po 1989 roku pełno było "okrzyków radości dochodzących z miasta", czyli z Polski. Kto z nas wtedy pamiętał, "że ta radość jest zawsze zagrożona"? Czy był wówczas wśród nas doktor Rieux, który wiedział to, "czego nie wiedział ten radosny tłum, […] że bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika, że może przez dziesiątki lat pozostać uśpiony […] i że nadejdzie być może dzień, kiedy na nieszczęście ludzi i dla ich nauki dżuma obudzi swe szczury i pośle je, by umierały w szczęśliwym mieście"? Wydaje się, że Wielki Architekt "dobrej zmiany" obudził szczury i wypuścił je na ulice polskich miast. I jak mu to gładko poszło! Jak łatwo bakcyl dżumy dał się zbudzić i teraz rozprzestrzenia się coraz bardziej. Jak chętnie aż tylu mieszkańców miasta dało się zadżumić. I jest im z tym dobrze. I uważają to za objaw zdrowia. A Kościół, zamiast bić w dzwony na trwogę, patrzy, jak jego wyznawcom rosną w pachwinach i pod pachami guzy dymienicze. I nic nie mówi, bo sam swoje guzy ukrywa, a swoich zadżumionych przenosi do innych parafii. Okazuje się, że rasizm, ksenofobię, zawiść, mściwość, frustrację zbudzić w ludziach jest stosunkowo łatwo.

*

Mojej edukacji w szkole podstawowej na Esperanto patronował Władysław Gomułka. Na moje lata spędzone w liceum na Smoczej i na polonistyce UW spoglądał gospodarskim okiem Edward Gierek. Zacząłem pracować pod czujnym okiem generała Wojciecha Jaruzelskiego, na dwa i pół miesiąca przed stanem wojennym. Potem pracowałem za najróżniejszych rządów: od Tadeusza Mazowieckiego do Donalda Tuska i pani premier Ewy Kopacz. Więc patrzę na to, co się teraz wyprawia już z pewnej perspektywy. Myślę o tych, którzy dziś nurzają się w serwilizmie i podłości, a jutro, gdy to się wszystko zawali, będą grać rolę ofiar wstrętnej dyktatury i wypinać piersi do orderów. Jarosław Gowin założy pewnie pismo pod tytułem "Byłem Przeciw" (ma doświadczenie, bo kierował miesięcznikiem "Znak"), Piotr Gliński napisze dysertację na temat obywatelskiego sprzeciwu podczas niesprawiedliwych rządów bezprawia Prawa i Sprawiedliwości etc. Co zrobi Beata Szydło? A ci wszyscy beneficjenci dobrej zmiany w spółkach skarbu państwa, na niezliczonych stanowiskach w administracji cywilnej i w wojsku…? Co oni wszyscy będą robić "dzień po"? Nie wiem. Wiem jedno, będziemy mieli wysyp skruszonych albo Wallenrodów. Pierwszy w kolejce po order ustawi się prokurator Piotrowicz.

Siedzę w domu. Za oknem zaraza. Na mojej ulicy pies wyprowadza człowieka na spacer. Drepczą szybko skrajem chodnika, przyczajeni, w barwach ochronnych, utrzymując przepisowy odstęp na długość smyczy. Mam jeszcze zapasy, prąd, internet, wodę w kranie. Policja i wojsko patrolują ulice polskich miast. I - jak ogłaszają ich dowódcy - wszyscy jesteśmy z tego zadowoleni. Szpitale są świetnie przygotowane. Lekarze nie przestrzegają procedur - ratują życie i zarażają się. Sprzętu ochronnego jest mnóstwo, ale gdzieś się rozchodzi, jak głos wśród nocnej ciszy.

Dlaczego nie jestem spokojny? Przecież premier jest uosobieniem wiarygodności i prawdomówności. Mruży oczy. Nie wiem, z czego są zrobione jego oczy, ale nie wyglądają jak prawdziwe. Szlachetne zdrowie, prawda, nikt się nie dowie, prawda… Prawda. Nikt się nie dowie. Człowiek, który uwierzył, że jest prezydentem, ma twarz roześmianą, oczy wesołe, czasem tylko groźnie spojrzy i uniesie podbródek. Łapie w locie hostie, które uciekają masowo z kościołów. A w kościołach zaraza: puste ławki i puste tace. Dobrą Nowinę, że Chrystus zmartwychwstał, przynosi mi Antychryst z Krakowa i biznesmen z Torunia - osiemdziesiąty trzeci na liście stu najbogatszych Polaków.

Nad wszystkim czuwa Prezes. Poddani czekają, co Prezes zarządzi. Prezes zarządza, że tak ma być, i tak będzie. Prezes zarządza, że ma być inaczej, i będzie inaczej. I to jest wszystko zgodne ze wszystkim, a przede wszystkim z konstytucją, która wolę Prezesa wyraża, bo nie może być inaczej. Bo konstytucja została odzyskana. Bo wszystko zostało odzyskane. A co jeszcze nie zostało odzyskane, odzyskane zostanie. Prezes ze swoją świtą i ochroniarzami odprawia magiczny rytuał na opustoszałym placu, w otoczeniu policji w maseczkach. Ale sam Prezes się nie maskuje. On się nigdy nie maskował. Tylko że my nie chcieliśmy tego widzieć.

Dlaczego nie jestem spokojny? Przecież moje zdrowie zostało zawierzone Matce Boskiej, Królowej Polski. Cała Polska jest jej zawierzona. Granice są bezpieczne, otoczone łańcuchem wiernych. Każda głowa to jeden paciorek żywego różańca. To jest Różaniec do Granic. Nikt obcy się nie przeciśnie. Ulice są bezpieczne. W każdą pierwszą sobotę miesiąca przechodzi nimi Męski Różaniec. Cała Polska jest Jedną Wielką Strefą Wolną od Wszelkich Niebezpieczeństw Jakie Niesie Cywilizacja Śmierci. Wielka Strefa Wolności składa się z 10 201 Parafialnych Zon Wolności, które wchodzą w skład 1057 Dekanatów Wolności (w tym 15 wojskowych), które z kolei wchodzą w skład 27 Diecezji Wolności, 14 Archidiecezji Wolności oraz 14 Metropolii Wolności. W żadnym innym kraju świata nie ma tyle wolności.

A nad wszystkim unosi się twarz Marka Suskiego z szeroko otwartymi pustymi oczami. To jest właśnie to Wielkie Nic, które nas dławi. Jedni się duszą, inni niosą w darze plon - swoje serca, głowy i głosy. Wokół pandemia, świat drży w posadach, a u mnie za oknem puste oczy Marka Suskiego i Wojska Obrony Terytorialnej, które mają mnie wiernie strzec i wskazywać drogę w terenie.

Dlaczego nie jestem spokojny? Nie wiem, co będzie dalej. A może już będziemy tak żyć? Strzec się tego, co niewidzialne, unikać tego, co nieuniknione, używać detergentów, nie dotykać nikogo, utrzymywać zawsze bezpieczny dystans. Nie oddychać bez maski. A może trzeba naprawdę zostać w domu, czekać na komunikaty i nikomu nie dowierzać. Wszyscy mogą być nosicielami. A może rzeczywiście nie powinniśmy mieszać się z innymi i gromadzić? Po co stawiać opór? Należy myć ręce, ufać policji, słuchać się policji, legitymować się policji na wezwanie, powierzać ducha swego w ręce policji. A może lepiej tak właśnie żyć? Głosować za życiem, przeciwko zabijaniu, wybierać spokój i bezpieczeństwo zamiast chaosu i anarchii. Cieszyć się, że mogło być gorzej. Myć ręce.

Patrzę przez okno. Widzę ciemność, ale powoli się uspokajam. Mam nadzieję, że po zarazie policjanci pozostaną w maskach. Tylko tam, w tej sekretnej szczelinie między skórą a materiałem zabezpieczającym, ich szlachetność może w pełni rozkwitnąć, a ich umiłowanie prawdy, dobra i piękna może urosnąć w wielkie mocne drzewo. Niech zawsze przy nas stoją, rano, wieczór, we dnie, w nocy, niech nas strzegą, niech będą nam zawsze ku pomocy, niech bronią nas przed pokuszeniem i wybawiają ode złego. Niech czuwają w bawełnianych maskach i lateksowych rękawiczkach. Nie musimy widzieć ich nosów i ust podczas interwencji, przecież wiemy, że patrzą na nas z uśmiechem życzliwości i zatroskania.

Cokolwiek robią, czynią to dla naszego dobra. W maskach stają się opiekunami profesjonalnymi i uniwersalnymi. Bez uczuć niepotrzebnie malujących się na twarzy. Bez twarzy.

DOSTĘP PREMIUM