"Człowiek męczy się sam, a do lekarza trafia, gdy jego życie to ruina". Dlaczego boimy się psychiatry?

"Psychiatria sobie nagrabiła" - mówi w rozmowie z Zuzanną Piechowicz Ewa Pągowska. I przyznaje, że chyba żadna inna dziedzina medycyny nie ma na koncie tylu błędnych diagnoz. Autorka książki "Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów", której fragment publikujemy, tłumaczy, jak mówienie o psychiatrii wpływa na to, że osoby w kryzysie decydują się - bądź nie - podjąć leczenie.

Psychiatra i szpital psychiatryczny wielu z nas wciąż kojarzy się z obrazami z książki i filmu "Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Kesseya czy znacznie świeższego serialu "Ratched". Jak dziś wygląda pobyt w szpitalu psychiatrycznym? Dlaczego wciąż stosuje się elektrowstrząsy? I czy są skuteczne?

Zuzanna Piechowicz rozmawia z Ewą Pągowską, autorką książki-zbioru rozmów z psychiatrami, m.in. o tym, jak pandemia zmieniła nasze spojrzenie na leczenie psychiatryczne i sam fakt popadnięcia w kryzys zdrowia psychicznego. Właśnie - dlaczego "kryzys"? Dlaczego nie "choroba"? Posłuchaj całej rozmowy:

Publikujemy fragment książki "Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów", autorstwa Ewy Pągowskiej, wydanej przez Wydawnictwo Znak.

Z dr. n. med. Bartoszem Grabskim, rozmawia Ewa Pągowska.

W 1973 roku Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne zdecydowało o usunięciu homoseksualizmu z klasyfikacji zaburzeń psychicznych. Rok później przeprowadzono referendum wśród wszystkich członków towarzystwa, w wyniku którego ten werdykt utrzymano. Zwolennicy poglądu, że homoseksualizm jest chorobą, krytykują to, że tak poważną decyzję podjęto nie na podstawie badań naukowych, ale w drodze głosowania, któremu na dodatek daleko było do jednogłośności, i pod wpływem nacisków środowisk gejowskich. Jak to właściwie było?

Odpowiem pytaniem na pytanie: A jak w ogóle doszło do tego, że homoseksualność - wolę to określenie jako bardziej neutralne niż "homoseksualizm" - znalazła się wcześniej w katalogu zaburzeń? Na podstawie jakich wiarygodnych badań? Odpowiedź brzmi: żadnych. W XIX wieku, kiedy tworzono podwaliny pod systematykę seksuologiczną, arbitralnie uznano homoseksualność za chorobę. Ale to też nie znaczy, że wszyscy się wtedy z tym zgadzali. Na przykład pionierzy seksuologii Havelock Ellis i Magnus Hirschfeld przekonywali, że homoseksualność to rodzaj ukierunkowania popędu, a nie choroba. Ojciec psychoanalizy Zygmunt Freud podzielał ten pogląd, chociaż jednocześnie uważał, że jest to rezultat zatrzymania rozwojowego. Jest więc u niego pewna patologiczna konotacja i ambiwalencja w ocenie, ale jednak w przeciwieństwie do swoich uczniów Freud nie uznawał heteroseksualności za jedyną prawidłową orientację. Nie było więc tak, że w 1973 roku pojawili się w Stanach jacyś dziwni psychiatrzy, którzy wbrew wszystkiemu usunęli homoseksualność z listy chorób tylko dlatego, że byli naciskani przez środowiska gejowskie. Głosowanie, które się potem odbyło, nie zostało przeprowadzone wśród inżynierów, przekupek na targu czy pasjonatów psychiatrii, tylko wśród profesjonalistów, którzy mieli własną refleksję, myśl kliniczną i śledzili dostępne badania. A emancypacyjny ruch gejowski? Oczywiście, że miał wpływ. Homoseksualiści próbowali zwrócić uwagę psychiatrom: "To, co mówicie, wasza klasyfikacja chorób, wasze tezy, bardzo mocno przekładają się na życie innych. Najwyższy czas, byście poznali ludzi, na których temat się wypowiadacie. Bo my nie jesteśmy waszymi pacjentami".

Do czego konkretnie się odnosili?

Między innymi do nierzetelnych, dlatego że przeprowadzanych na niereprezentatywnej próbie, badań. Początkowo, kiedy zakładano, że wszystkie osoby homoseksualne są chore, do badań rekrutowano je spośród pacjentów psychiatrycznych. Jak więc można się domyślać, wyniki nierzadko pokazywały, że geje częściej cierpią na zaburzenia psychiczne. Potem, gdy zaczęto rekrutować mężczyzn homoseksualnych w barach dla gejów, już nie okazywało się, że częściej mają schizofrenię czy ciężkie zaburzenia osobowości, tylko że częściej są alkoholikami.

'Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów' Ewa Pągowska, wyd. Znak.'Psychiatrzy. Sekrety polskich gabinetów' Ewa Pągowska, wyd. Znak. Znak

Co pokazują dzisiejsze badania?

U mężczyzn orientacja homoseksualna jest nierzadko związana z większym natężeniem problemów depresyjno-lękowych. Wynika to prawdopodobnie między innymi ze stresu mniejszościowego - tego, który powstaje u osób dyskryminowanych. Z kolei kobiety, które są w relacjach seksualnych z innymi kobietami, mają się lepiej od tych pozostających w relacjach heteroseksualnych. Na pewno znaczenie ma mniejsza stygmatyzacja związków lesbijskich. Prawdopodobnie jednak jest też coś w jednopłciowych relacjach, co w przypadku kobiet ma działanie ochronne dla psychiki. Nie istnieją natomiast żadne dowody na to, by poważne zaburzenia psychiczne, takie jak schizofrenia czy choroba dwubiegunowa, występowały częściej u osób homoseksualnych.

Zaskakujące jest to, że wciąż prowadzone są terapie, które mają pomóc zmienić orientację seksualną.

Pseudoterapie. Parafrazując znane twierdzenie: "Nie ma takiej najmniejszej rzeczy, z której ludzie nie uczyniliby zbrodni", powiem: "Nie ma takiej okrutnej i przerażającej metody, której by ludzie nie użyli, chcąc przywrócić człowieka do tak zwanej normalności". Wystarczy wspomnieć Alana Turinga - słynnego matematyka, twórcę komputera, jednego z największych geniuszy świata. Kiedy nakryto go na aktywności seksualnej z innym mężczyzną, a w tamtych czasach była ona prawnie zakazana, kazano mu wybierać między więzieniem a kastracją chemiczną. Wybrał to drugie i dwa lata później popełnił samobójstwo. Wybitny psycholog George Weinberg, który na początku lat siedemdziesiątych spopularyzował termin "homofobia", w swojej słynnej książce "Society and the Healthy Homosexual" zamieszcza cały katalog przerażających metod, które miały zmienić mężczyzn homoseksualnych w osoby heteroseksualne. Począwszy od zabiegów psychochirurgicznych, kończąc na metodach awersyjnych, które polegały na przykład na tym, że pokazywano pacjentowi zdjęcia ukochanej osoby, jednocześnie rażąc go prądem lub aplikując mu środki wymiotne. Dziś można się spotkać głównie z pseudoterapiami opartymi na rozmowie mającej wzmacniać rzekomo niewystarczającą identyfikację z męską płcią. Nie ma dowodów na skuteczność żadnej z tych metod. Brak jest sprecyzowanych modeli działania, istnieje pełna dowolność i duża przestrzeń do nadużyć.

Czy mimo to zgłaszają się do pana pacjenci, którzy chcą, by wyleczył ich pan z homoseksualizmu?

Miałem jednego, który wcześniej podejmował próby zmiany swojej orientacji. Chodził na spotkania dla anonimowych seksoholików. Poddawał się metodzie dwunastu kroków. Była więc grupa terapeutyczna, odwoływano się do siły wyższej, był przewodnik duchowy, który pomagał wytrwać w "trzeźwości" i wyzwolić się z tej obsesyjnej seksualności.

Nie rozumiem. Ten pacjent pomylił orientację homoseksualną z nałogiem?

Jeśli nie realizuje się swoich potrzeb erotycznych, one w końcu dają o sobie znać, czasami bardzo intensywnie. Jeśli próbuje się je zwalczać, tłumić, pojawia się efekt "wielkiego różowego słonia".

Im bardziej staram się nie myśleć o wielkim różowym słoniu, tym intensywniej o nim myślę?

Tak. I są koncepcje, które te pojawiające się natarczywie myśli o kontakcie seksualnym z osobą tej samej płci uznają za objaw uzależnienia od seksu. Natomiast jednoczesny brak pociągu do osoby odmiennej płci uważają za dysfunkcję. Osoby prowadzące te pseudoterapie często nawet nie mówią o homoseksualności jako o chorobie, nie wspominają o jej leczeniu. Mówią o "modyfikacji niechcianych potrzeb seksualnych". To taka próba zakłamywania rzeczywistości. A rzeczywistość jest taka, że nasza orientacja jest bardzo głęboką, na wskroś przenikającą osobowość człowieka dyspozycją dotyczącą życia romantycznego i seksualnego. Nie jest więc kaprysem, czymś, co można przykryć hasłem "behawioralnego uzależnienia" czy "deficytu". Nie znam osobiście nikogo, kto powiedział: "Byłem homoseksualistą, a teraz jestem heteroseksualny". Pojawiło się kilka osób w Stanach, które to deklarowały publicznie i były zaangażowane w działanie organizacji mających pomóc osobom homoseksualnym zmienić swoją orientację. Często jednak potem dokonywały coming outu, przyznając, że nigdy nie pozbyły się potrzeb homoseksualnych.

Jaki wpływ na człowieka ma poddawanie się takim próbom zmiany swojej orientacji?

Podejmowanie takich pseudoterapii jest szkodliwe, bo utrudnia samoakceptację, integrację swojej orientacji seksualnej z resztą osobowości. A więc także rozwój, zdobywanie kompetencji seksualnych i romantycznych w związkach. Powoduje, że ta seksualność żyje samopas, jest źródłem wiecznego wewnętrznego konfliktu i niepokoju. Kilka lat temu do mojego gabinetu zgłaszało się wielu pięćdziesięciokilkuletnich mężczyzn, którzy z przyczyn - powiedziałbym - socjokulturowych wybrali heteroseksualność. Mówili: "Myślałem, że mi przejdzie", "Liczyłem na to, że posiadanie żony i dzieci zamknie sprawę, będzie formą leczenia", "Nie sądziłem, że to jest takie ważne". Czasami to były bardzo smutne historie o tym, jak ktoś na pewnym etapie życia zrezygnował z miłości. Ci mężczyźni zgłaszali się do mnie w takim momencie życia, w którym często przeżywa się kryzys związany ze starzeniem się i z domykającym się horyzontem. Oni przychodzili z jakimś takim żalem - dzieci poszły w świat, a oni dożyli czasów, kiedy coś, co kiedyś było wielkim tabu, przestało nim być. Widzieli młodych ludzi, którzy odważnie żyją w zgodzie ze swoją orientacją seksualną, a oni konfrontowali się z niewykorzystaniem swojego erotycznego potencjału.

Po co właściwie do pana przyszli?

W zasadzie chyba zapytać, co dalej robić. W jakimś poczuciu bezradności. Moja pomoc polegała głównie na ich wysłuchaniu. Chodziło o to, by ułatwić im nazwanie tego, co się dzieje, bycie ze sobą szczerym. Czasem kierowałem ich do psychoterapeuty, który mógłby asystować im w procesie dokonywania wyboru.

Powiedział pan, że oni kiedyś "wybrali heteroseksualność". Jak to rozumieć?

Orientacja seksualna to coś, co wymyka się prostym definicjom. Informuje nas o tym, kto jest naszym preferowanym partnerem erotycznym, romantycznym, z kim sypiamy, w kim się zakochujemy, na kogo reagujemy, kto jest adresatem naszych pragnień erotycznych. Często to się pokrywa i w każdym z wymienionych przypadków jest to osoba tej samej, przeciwnej lub - tak jak w przypadku biseksualności - obu płci. Czasami jednak u niektórych osób na jakimś etapie życia się rozchodzi. Większość ludzi jest po prostu heteroseksualna, czyli obiektem, który najpełniej spełnia ich potrzeby seksualne, jest osoba przeciwnej płci.

Wybierają ją i w fantazjach, i w realu?

Tak. W środowiskach naukowych najczęściej przyjmuje się, że od dwóch do pięciu procent społeczeństwa jest homoseksualne. A poza tym istnieje całe spektrum nieheteroseksualności. Dodatkowo jeszcze więcej osób wykazuje pewną seksualną reaktywność w stosunku do mężczyzn i kobiet. Są badania, w których na pytanie: "Czy kiedykolwiek poczułeś pociąg do osoby tej samej płci?", twierdząco odpowiedziało około jedenastu procent badanych.

Heteroseksualność nie wyklucza więc jakiegoś kontaktu erotycznego z osobą tej samej płci?

Nie. Zwłaszcza jeśli mówimy o heteroseksualnych kobietach. Można powiedzieć, że jeśli miewam fantazję z osobą tej samej płci w roli głównej, nawet zdarzyło mi się ją kiedyś zrealizować, ale poczucie, że przeszedł przeze mnie tajfun, daje mi tylko kontakt z płcią przeciwną - on jest tym, co mnie najbardziej ekscytuje, porusza i przenika - to jestem osobą heteroseksualną.

Dr n. med. Bartosz Grabski - psychiatra, seksuolog, psychoterapeuta, FECSM (Fellow of the European Committee of Sexual Medicine), kierownik Pracowni Seksuologii Katedry Psychiatrii Uniwersytetu Jagiellońskiego Collegium Medicum. Współredaktor Wprowadzenia do psychologii LGB oraz Dysforii i niezgodności płciowej.

DOSTĘP PREMIUM