Fragment książki "Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu"

W książce "Kobiety bez diety. Rozmowy bez retuszu" dietetyczki i psycholożki rozmawiają o swoich doświadczeniach, swoich żywieniowych sympatiach i antypatiach. Każda z nich ma indywidualny pogląd na dietę, podbudowany wieloletnią praktyką z pacjentami. Książka ukaże się nakładem Burda: Książki już 17 czerwca .

 ROZDZIAŁ "JEDZENIE" [FRAGMENT]

Czy temat jedzenia jest kluczowy w tym, co robicie jako Kobiety bez diety?

Kach_Mam wrażenie, że poprzez edukację i wsparcie psychodietetyczne działamy znacznie szerzej.

Hania_Tak, zdecydowanie. Jedzenie jest tylko jednym z obszarów naszej pracy. Jest też swego rodzaju narzędziem, dzięki któremu możemy – jak wspomniała Kach – edukować.

Daria_Możemy pokazywać, jak przy użyciu jedzenia dążyć do ogólnego dobrostanu, bo mam poczucie, że to właśnie o to chodzi. O to, by koniec końców kobiety – ale mężczyźni jak najbardziej też – były po prostu szczęśliwe i miały spokój ducha, a mogą to osiągnąć także właśnie poprzez zdrowe odżywianie.

Wam jedzenie właśnie to daje – spokój ducha?

Kach_Tak, dla mnie jest ono prezentem, troską i miłością, którą mogę dać sobie i bliskim. Wiem jednak, że nie jest to podejście oczywiste. Niekiedy, chcąc siebie ukarać lub nie doceniając swojej wartości, zaniedbujemy tę sferę życia, a przecież każdy zasługuje na jak najlepsze odżywianie.

Hania_Zgadzam się z Kachą, jedzenie jest jednym z ważniejszych obszarów – gdyby go nie było, nie moglibyśmy żyć. Nie od dziś mówi się przecież, że jesteśmy tym, co jemy. Jedzenie daje nam siłę, odpowiada za odporność, stan zdrowia, ma wpływ absolutnie na wszystko.

Od zawsze miałyście taki zdrowy stosunek do jedzenia?

Daria_U mnie nie jest to aż tak jednoznaczne. Z jednej strony obserwuję i dostrzegam, jak jedzenie wpływa na moje zdrowie, samopoczucie, nastrój, i staram się działać tak, by było to dla mnie jak najlepsze, z drugiej jednak muszę przyznać, że dość sporo frustracji funduje mi samo gotowanie. Nie lubię gotować, po prostu. Mam naprawdę duży problem z tym, żeby wymyślać różnego rodzaju potrawy i z przyjemnością je robić – jest to dla mnie jeszcze duży obszar do pracy. Nie mam pojęcia, skąd mi się to wzięło, ale naprawdę samo gotowanie mnie nie kręci.

Hania_Jesteśmy w tym zupełnie różne, bo ja akurat kocham gotować, wymyślać i bawić się jedzeniem.

Kach_U mnie z kolei wiele zależy od nastroju. Kiedy mam spokój i przestrzeń w głowie, uwielbiam to robić i zapełniam wtedy lodówkę przeróżnymi przysmakami. Nauczyłam się w takich momentach tę nadprodukcję mrozić, ponieważ kiedy przychodzi czas wzmożonego stresu, zdarza mi się wpadać w panikę i mieć poczucie totalnej pustki w głowie – wtedy faktycznie nie wiem, co mogę ugotować.

Hania_Mam podobnie, staram się zawsze mieć jakąś mrożonkę pod ręką. Wszyscy znajomi i rodzina wiedzą jednak, że generalnie moja lodówka przez znaczną większość czasu jest… pusta! Nie planuję jedzenia – chociaż proszę o to swoich pacjentów i wiem, że ma to dobre skutki. U mnie jednak najlepiej sprawdza się pełen spontan i tego się trzymam. Jeśli mam w tym momencie ochotę na kuchnię indyjską, spoko. Mam chęć na kapustę kiszoną, okej. Mam tyle sklepów pod nosem, że na bieżąco kupuję w nich produkty, których w danej chwili potrzebuję.

Daria_Pamiętaj, Haniu, że trochę inaczej wygląda to u osób, które mają dzieci. Wtedy rzadko kiedy jest miejsce na spontan. Chociaż owszem, on też jest potrzebnyi ważny – świat się nie zawali, gdy zamówimy jedzenie na wynos.

Hania_Jasne, jestem jak najbardziej świadoma tego, że niektórzy nie mogą sobie na to pozwolić. Poza tym są też osoby, dla których tego typu spontaniczne podejście do jedzenia – niezależnie od tego, czy mają dzieci, czy nie – wywoływałoby jeszcze większy stres. W moim przypadku tego stresu nie ma i właśnie tym się kieruję.

Kach_Daria, zgadzam się z Tobą, moment pojawienia się dzieci często jest pod tym względem kryzysowy. Jeśli wcześniej rzeczywiście spontan nie był dla ciebie problemem, a nagle musisz mieć w domu zapas jedzenia, może pojawić się poczucie dużego napięcia. Co więcej, nie wystarczy tylko jedna wersja posiłków, ale często musi być ich przynajmniej kilka, bo dziecko, które kocha pomidorówkę, może nagle powiedzieć, że jej nie zje, lub w drugą stronę, musisz mieć banany, nawet jeśli teoretycznie twoje dziecko ich nie lubi. Przykładem jest awantura, jaką mieliśmy wczoraj – mój syn Stasiek, który podobno nie cierpi bananów, płakał, że ich dla niego nie ma… Tak, jest to krytyczny moment i bardzo ważne, by mądrze przez tę zmianę przejść. Oczywiście da się to opanować, chociaż trzeba przyznać, że nie jest to proste. Poza posiłkami dochodzi przecież jeszcze milion innych rzeczy – sterty prania, suszenia, zmęczenie. Łatwo więc w tym wszystkim mieć poczucie, że nie daje się rady z czymś, co teoretycznie, patrząc z boku, nie jest jakimś wielkim wyzwaniem.

Hania_Warto wtedy też nieco „wyćwiczyć” swoich bliskich. Pokazać, że muszą mi w tym obszarze pomóc i mówić wprost, co chcieliby jeść, co lubią, a czego nie. Miałam tak z moim mężem – jeśli ugotowałam coś, co mu nie smakowało, po prostu tego nie jadł. Nie będę przecież robiła kilku różnych dań!

Daria_Ale są kobiety, sama je znam, które gotują trzy, cztery obiady dziennie – dla siebie, męża, jednego dziecka, drugiego… pół dnia w kuchni. Ja też sobie tego nie wyobrażam, a kiedy słyszę takie historie, od razu włącza mi się zdanie, które kiedyś, Kach, powiedziałaś: „Sam sobie tego schabowego usmaż!”.

Kach_Jest to odpowiedź na to, co często słyszę od swoich pacjentek. Mówią, że one to nawet chciałyby zdrowo jeść i lubią warzywa, ale kiedy je przygotują, mąż skarży się, że to nie jest jedzenie. Do tego wtóruje syn, argumentując, że rośnie i potrzebuje białka, a córka nie będzie jeść węglowodanów, bo jest na diecie. I co, zostawić każdego w tym jego własnym jedzeniowym świecie, uznając, że nikomu nic do tego, co ktoś inny je? Przecież jedzenie ma też łączyć ludzi.

Daria_Jeśli daną kobietę kręci gotowanie czterech obiadów, niech to robi! Jeśli czuje, że jest jej z tym w porządku, nie złości się i nie frustruje, proszę bardzo. Jeśli jednak w pewnym momencie zauważy, że coś ją w tym wszystkim uwiera, na pewno warto zastanowić się, o co chodzi. Wiele oczywiście zależy od członków rodziny, przede wszystkim od wieku dzieci, ale ja poszłabym w otwartą rozmowę – usiądźmy razem i pogadajmy wprost, jaka jest sytuacja, jak się z tym czuję, że nie chcę od rana do wieczora siedzieć w kuchni i robić za bufetową, bo zupełnie nie ma w tym wszystkim miejsca na mnie samą. Myślę, że dobrze jest zrobić wtedy listę rzeczy, które Zosia, Kasia, Piotruś i mąż zaakceptują – produkty, na które każdy się zgadza – i ustalić, że właśnie na nich bazujemy.

Hania_Jak najbardziej – takie sytuacje najlepiej rozwiązywać wspólnie. Jedną z funkcji jedzenia, co podkreśliłaś, ma być właśnie łączenie. Jest ono także sposobem pokazywania emocji, miłości, wspólnym spędzaniem czasu. Nie da się jednak ukryć, że te rozmowy nie są łatwe. Nieraz radząc pacjentkom, żeby po prostu usiadły i pogadały ze swoim chłopakiem, mężem czy dziećmi, początkowo zderzam się z zawieszeniem i ogromnym strachem w oczach. Dla nich taka rozmowa równa się odsłonięciu jakiejś słabości i obawie, że w zamian usłyszą: „Przesadzasz”. Bo chyba nie jest do końca jasne, czy będzie to wtedy rozmowa o jedzeniu, czy jednak o czymś znacznie głębszym, o emocjach.

Daria_Takie rozmowy zwykle są także o czymś jeszcze innym – o wyjściu z kuchni.Kobiety mają bardzo silnie zakorzenione przekonanie, że to one dbają o posiłki i jeśli nie zrobi tego matka, gospodyni domu, to nie zrobi tego nikt. A gdyby tak spróbować przekazać tę pałeczkę innej osobie, chociaż raz?

Kach_Wydaje mi się, że tych połączeń dlatego jest aż tak wiele, ponieważ faktycznie jedzenie jest jednym z prostszych sposobów na ulokowanie różnego rodzaju potrzeb i uczuć. Sama nieraz mówię, że gotowanie i karmienie jest dla mnie wyrazem miłości. Uwielbiam robić przysmaki, które lubią moje dzieci, i są sytuacje, kiedy rzeczywiście nie jest dla mnie problemem przygotowanie jednemu budyniu o smaku waniliowym, drugiemu o smaku czekoladowym, a później komuś innemu wiśniowego. Są też jednak chwile, w których ciężko jest to wszystko pogodzić i właśnie z myślą o tych gorszych momentach, nie powinniśmy traktować tego typu działań jako sine qua non miłości. „Kocham cię, więc za każdym razem robię to, co sobie życzysz” – nie. Jeśli bowiem będę kierowała się tym tropem i założę, że tylko poprzez przygotowanie każdemu innego deserku mogę pokazać swoje uczucia, co wydarzy się w momencie, kiedy będę musiała powiedzieć, że nie daję rady? Być może bliscy tego nawet nie zauważą, ale w mojej głowie pojawi się myśl, że nie kocham ich wystarczająco mocno.

Hania_To ciekawe, bo często zadając pytanie pacjentkom, co jadły na śniadanie, słyszę: „Dzieciom zrobiłam owsiankę”, a na pytanie o obiad, odpowiadają: „Dzieci najczęściej jedzą zupę”. Tylko że ja przecież nie pytam o dzieci! Mam poczucie, że kobiety nieraz w ogóle nie słyszą, że zadaję pytanie o nie – o ich potrzeby, ich zachcianki, ich smaki. Cały czas mają w głowie innych, a przecież trzeba być czasami samolubnym. Sęk w tym, że bycie samolubnym ma ewidentnie negatywne konotacje, a nikt z nas nie chce być przecież „złą” osobą.

Hania_Nawet psycholodzy uczą, że jeśli chcemy stabilnie stać na nogach i dobrze ze sobą żyć, musimy mieć w sobie odrobinę egoizmu. Kach_To prawda, ja na przykład uwielbiam sałatkę z pora, a w związku z tym, że mój mąż niezbyt za nią przepada, przestałam ją jeść. Pamiętam jednak, że gdy wyjechał kiedyś na dłuższy plan zdjęciowy, zaczęłam ją robić codziennie. Dzień w dzień jadłam sałatkę z pora i byłam przeszczęśliwa! Szybko jednak doszłam do wniosku: „Chwila, przecież on mi jej wcale nie zabrania”. Co więcej, pewnie nawet by ją zjadł, tylko że ja zdążyłam już zakodować w sobie fakt, że skoro on za nią nie przepada, nie powinnam jej w ogóle przyrządzać. Nie dość, że pozbawiłam się czegoś, co lubiłam, to jeszcze zrobiłam sobie z sałatki z pora istną guilty pleasure.

DOSTĘP PREMIUM