Czy slow seks jest dla każdego? [Fragment książki]

Czym jest idea "slow" w seksie? Czy każda para może mieć dobry seks, a jeśli tak, to co mamy na myśli dokonując tego typu wartościowania? Ile w naszym seksie jest patriarchatu i czy naprawdę musimy o tym rozmawiać? I czy Polki potrzebują romansów? Te i szereg innych zagadnień w książce "Slow sex. Uwolnij miłość" rozwijają Hanna Rydlewska i Marta Niedźwiecka. Publikujemy fragmenty.

"Slow sex. Uwolnij miłość" to nowe wydanie bestsellerowego poradnika, który po raz pierwszy został wydany w 2016 roku. Teraz został poszerzony o bieżące problemy, np. zaburzenia psychiczne, tempo życia, izolacja wymuszona pandemią. Jak to wszystko wpływa na seksualność? Jak zdobyć się na akceptację wobec własnych pragnień i wyborów innych ludzi? Czym jest kink, a czym BDSM i jak realizować je bezpiecznie oraz czym się różnią od stereotypów rodem z "Pięćdziesięciu twarzy Greya"?

O nowej książce w "SexAudycji" w TOK FM opowiadała jej współautorka Marta Niedźwiecka: 

Wydawnictwo: Agora

Ilustracje do książki wykonała Magdalena Pankiewicz

Publikujemy jeden z rozdziałów:

Rozdział: ŚWIADOMOŚĆ

Słowo "świadomość" robi ostatnio zawrotną karierę. Świadoma ma być konsumpcja, macierzyństwo, rozwój, seksualność. Wszystko byłoby pięknie, gdybyśmy rozumieli, co to słowo znaczy.

Wiele zależy od tego, kto pyta i po co. Historyk filozofii za- pewne podałby tutaj tyle definicji, ilu filozofów zajmowało się kwestią świadomości. Medycznie można z kolei powiedzieć, że świadomość to stan czuwania. Wiemy, co dzieje się wokół nas, współdziałamy z otoczeniem, reagujemy. Psychologicznie, gdy mówimy o świadomości, zazwyczaj odwołujemy się do emocji, stanów, które są naszym bez- pośrednim doświadczeniem. Natomiast gdybyśmy przywołały najbardziej ogólną definicję świadomości pochodzącą z buddyzmu, to oznaczałaby ona stan czujności wobec naszego ciała i umysłu, który owocuje poszerzeniem naszej percepcji.

Takie postrzeganie świadomości wydaje się chyba najbliższe filozofii slow? No i przydatne w dalszym zgłębianiu tego, czym jest slow sex?

Jest nie tylko przydatne, ale konieczne! W tej książce będzie- my się nieustannie do niego odwoływać. Bez właściwego rozumienia świadomości trudno będzie komukolwiek wprowa- dzać ją do aktywności seksualnej, do myślenia o ciele i erotyce, nawet do rozmów z partnerem.

Dlaczego właściwie świadomość jest taka istotna? Jak jej brak miałby się objawiać w naszym codziennym życiu?

Pamiętam sesję prowadzoną z parą w wyjątkowo paskudny, zimowy wieczór. Dwójka ludzi dotarła do mnie po całym dniu pracy, staniu w korkach, w kompletnych ciemnościach. Mieliśmy rozmawiać o radości życia i seksu. Ale mężczyzna spytał mnie, czym on ma się tak zachwycać, skoro cały dzień spędza w biurze, zmęczony wraca do domu, ma wokół zimę, która nie mija, a obok siebie rodzinę, której oczekiwania zabierają mu ostatnie chwile prywatności.

I co odpowiedziałaś?

Że nie istnieje lekarstwo na nasz klimat, ale na pewno znajdzie się remedium na nasz stosunek do pogody. I że bycie człowiekiem szczęśliwym – w moim najgłębszym przekonaniu – nie polega na byciu nieustannie zadowolonym, ale na zdolności znajdywania szczęścia i przyjemności w mało sprzyjających warunkach. Po to jest nam potrzebna świadomość. Pozwala zobaczyć rzeczy, jakimi są, albo przynajmniej znaleźć się maksymalnie blisko prawdy. Tylko świadomość pozwala nam wybrać, jak chcemy się czuć w zimowy wieczór, gdy ogień nie trzaska w kominku, a zmartwień mamy więcej niż powodów do zadowolenia. W takim rozumieniu świadomość jest podstawowym narzędziem rozwoju, bo umożliwia nam odnalezienie się w prawdziwym świecie zamiast trwania w sferze iluzji i projekcji.

Tyle że świadomość w seksie wymaga trzeźwego spojrzenia na siebie i na swojego partnera. Nie jestem pewna, czy większość z nas ma na to ochotę. W końcu wielu Polaków deklaruje zadowolenie ze swojego życia seksualnego.

Uwielbiam ten fragment raportu prof. Zbigniewa Izdebskiego, z którego wynika, że w 2011 roku 68 proc. mężczyzn i 67 proc. kobiet w Polsce było zadowolonych ze swojego życia seksualnego. Cóż, wszystko zależy od tego, jakie mamy oczekiwania. Ja mogę powiedzieć, że nadal widzę mnóstwo miejsc do rozwoju w moim życiu seksualnym. I jeszcze jestem z tego dumna, bo to oznacza, że nie spoczywam na laurach.

Myślimy, że jest dobrze, bo nie wiemy, jak cudownie może być?

Nie zawsze w badaniach mówimy prawdę. Jeżeli by było tak dobrze, jak dowodzą raporty, to ani ja, ani terapeuci czy seksuolodzy nie mielibyśmy co robić. A mamy ręce pełne roboty. Poradniki internetowe związane z seksem biją rekordy popularności. W kolorowych magazynach aż gęsto od erotycznych artykułów. Co najmniej dwa razy w miesiącu ktoś mnie prosi o wypowiedź do mediów o tym, jak poprawić życie intymne. Ludzie szukają informacji, gdzie się da, bo czują się zagubieni i wcale nie czują się tak pewnie ze swoim seksem, jak by chcieli. Inna sprawa, że badania ankietowe nie odzwierciedlają tego, jak nasze seksualne zachowania ewoluują w czasie. Taka ankieta sprawdza, jak Maria Kowalska, lat trzydzieści dwa, panna, w danym dniu ocenia swoje życie intymne. I tego dnia może ono zostać ocenione wysoko. Ale ta sama Maria za rok może być w ciąży, może odkryć, że pociągają ją kobiety albo przeżyć rozpad związku. Za rok o tej samej porze jej satysfakcja seksualna może się diametralnie zmienić.

Badanie nie opisuje zmienności, bo starzejemy się, chorujemy, dzieje się wiele w naszym życiu i to ma wpływ na nasze zadowolenie z seksu?

Tak. A żyjemy, jakby tak nie było. Teraz jesteśmy zadowoleni i jest super, bo jesteśmy młodzi i się kochamy. Często nie jesteśmy przygotowani na zmianę, nie chcemy się do niej dostosować. Pamiętasz, jak mówiłyśmy o porach roku w życiu seksualnym czy związkowym? Mamy pretensje do świata, że coś nam zabrał, tymczasem doświadczamy zmiany, która jest częścią życia. To jest źródło licznych kryzysów. Nie jesteśmy gotowi ani na starość, ani na to, że ktoś kogoś zdradzi lub za- choruje. Bardzo ważne jest, żeby zobaczyć ludzką seksualność jako proces, na który wpływ ma wiele czynników niezwiązanych z seksem. Dostrzeżenie związku seksu z całością naszego życia pozwoli nie traktować go jako wieczornego incydentu. To właśnie pomaga nam budować naszą świadomość w seksie.

Coś w rodzaju własnej narracji seksualnej?

Wielkiej narracji seksualnej. Takiej, w której seks stanowi je- den z fundamentów naszego życia. Małe dostosowanie optyki daje w efekcie gigantyczne zmiany w podejściu do tematu. Od tego momentu możemy mówić o innym stylu życia. Ta książ- ka jest tylko w części o tym, jak się lepiej bzykać. W znacznej mierze mówimy i będziemy mówić o tym, jak traktować swo- ją seksualność pozytywnie, jako zasób zasilający całe nasze życie.

Przepraszam, ale nie byłabym sobą, gdybym nie zapytała – o czym ty mówisz?

Seksualność może być czymś dobrym, wzmacniającym, jeśli mamy ją zintegrowaną na wszystkich poziomach naszego życia. Sprawdźmy, jak jest, za pomocą prostych pytań.

Zaczynamy od postaw i badamy środowisko – z kim uprawiasz seks? To nie tylko pytanie o płeć, ale także o profil osobowości tych, z którymi sypiasz. Może tylko z narcyzami, którzy interesują się swoim odbiciem w twoich oczach. W jakich okolicznościach? Czy tylko po imprezie, czy czasem na trzeźwo? Czy robisz to w poczuciu bezpieczeństwa, czy zawsze towarzyszą temu jakieś obawy? Potem badasz zachowania – jak się zachowujesz w seksie? Może pojawiają się jakieś wzorce zachowań, na przykład umawiasz się z osobami, z którymi masz świetne relacje osobiste, ale po jakimś czasie w łóżku robisz się wycofana albo bierna.

W ten sposób sprawdzamy, jak seksualność działa w zupełnie podstawowych obszarach.

Kolejne pytania zadajesz sobie, badając własne umiejętności i przekonania. Bardzo często przekonania ograniczają nasze umiejętności i trzeba dostrzec związek między tym, że odbierasz seks jako przereklamowany, a myśleniem, że normalne kobiety po prostu nie robią pewnych rzeczy, bo im to nie przystoi. Sprawdzasz, co umiesz w seksie, jakie są twoje mocne strony? I jednocześnie pytasz samą siebie, co uważasz za trudne, co za niemożliwe, a na co masz nadzieję? Powiedz- my: „Chciałabym spotkać wspaniałego partnera, ale to jest nierealne, bo żadna z moich koleżanek nie zbudowała udane- go związku. Po prostu nie ma fajnych mężczyzn w tym kraju”. To piękny przykład przekonania, od którego nie będzie nam się chciało nawet wyjść z domu. No bo po co? I to pytanie pomaga nam sprawdzić, gdzie seks plasuje się pośród naszych najważniejszych wartości. Po co ja wchodzę w seks? Po co to w ogóle robię? Co jest ważne w seksie? Na ile mój seks realizuje to, w co wierzę jako człowiek? To fundamentalne kwestie, którymi mało osób się zajmuje.

I teraz gruby kaliber – zadajesz sobie pytania o tożsamość, czyli pytania podstawowe. Kim jestem jako istota seksualna? Co to dla mnie znaczy: być seksualnym mężczyzną, seksualną kobietą? Czy moja seksualność wiąże się jakoś z moją misją życiową? Czyli czy seks, który mam, i związki, które mam, wspierają mój rozwój, dają mi energię do życia, powodują, że to, co dla mnie w życiu najważniejsze – na przykład kariera czy wychowywanie dzieci – dostaje zastrzyk energii.

Ostatni poziom, który możemy eksplorować, jest najbardziej kontrowersyjny. Czy moja seksualność jest związana z moją duchowością? Dla wielu osób seks może być szansą na przeżycia mistyczne czy ekstatyczne. Nie wszyscy muszą łączyć te dwa obszary, ale nie zapominajmy, że to jest możliwe i wykonalne.

Domyślam się, że kiedy mówisz o rozwoju, to nie masz na myśli wyłącznie doskonalenia konkretnych technik seksualnych?

Intuicja cię nie zawiodła. Slow sex jest przecież o tym, jak uprawiać satysfakcjonujący seks. A przynajmniej do niego zmierzać. Techniki zawsze są tylko środkiem do celu. Inna sprawa, że bez opanowania podstaw ciężko jest doskonalić warsztat.

To co – według ciebie – jest podstawą w seksie?

Chemia. I to niekoniecznie taka, której doświadczamy przy pierwszym zakochaniu. Także taka, którą umiejętnie w sobie wywołujemy. To mikstura technik i trików nie tylko związanych z samym aktem seksualnym, ale też z pożądaniem i namiętnością. Jeśli świetnie tańczymy i potrafimy w ten sposób przekazać namiętność, kogoś uwieść, to będzie to trik nie seksualny, ale służący naszemu seksowi. Umiejętność słucha- nia i gotowania też się opłaca. Wszystkie kobiety, jakie znam, absolutnie wszystkie, powiedzą, że kiedy mężczyzna ma pasję – od razu zyskuje w ich oczach.

A na poziomie najprostszym, czyli technicznym?

Otwartość i pomysłowość. Wyobraź sobie dziewczynę, która jest po raz pierwszy w łóżku z facetem, którego nie zna zbyt dobrze. I jest do tego mało doświadczona seksualnie. Nie za bardzo wie, co ma robić. Nie dość, że nie wie, jak i gdzie dotykać partnera, to nawet nie wie, jaki efekt chce wywołać. Taka dziewczyna może posłużyć się otwartością – podążając za tym, co dzieje się w jej ciele, i co robi mężczyzna. Po prostu się nie blokować, pozwolić się toczyć seksualnej interakcji. Może też wykazać się pomysłowością polegającą na tym, że będzie naśladowała ruchy mężczyzny i odwzorowywała je. On ją drapie po pupie albo całuje jej sutki, ona robi mu to samo. Dzięki otwartości i pomysłowości możemy obejść się bez wyrafinowanych technik, nawet jeżeli nie mamy za sobą bogatej seksualnej historii.

Opowiedz mi w takim razie, jak w tym mikrokosmosie seksualności używać świadomości jako narzędzia, które pomoże nam zbliżyć się do rozkoszy.

To odpowiem pytaniem. Jak myślisz, jak często statystyczny Polak zmienia pozycję w czasie seksu?

Obstawiłabym, że nie zmienia. W wersji szalonej – zmienia w finale.

Tak to właśnie wygląda. Niewiele osób dostosowuje techniki wykorzystywane w seksie do bieżącego stanu zdrowia, nastroju, a przede wszystkim do aktualnego partnera. Techniki seksualne można nawet dostosować do pogody: w upale wybierać taką pozycję, która pozwala nam chłodzić ciało.

W Polsce i tak ciągle jest zimno. To jak mam kombinować, czym się kierować, szukając urozmaicenia w łóżku?

Zimno wiele ułatwia, robimy to ciągle pod kołdrą i przy zgaszonym świetle. Zachęcam jednak, żeby od czasu do czasu spod niej wyjść.

Dla wielu osób seks polega na powtarzaniu tych samych ruchów, technik i sztuczek przez wiele lat. Na automacie. Po jakimś czasie zaczyna się narzekanie na rutynę, ale bez zastanowienia, co ją spowodowało. Aktywne korzystanie ze świadomości to także ciągłe sprawdzanie, czy czasem nie jestem w niewoli swoich nawyków, czy ostatnio spróbowałam czegoś nowego, zaznałam czegoś, co wcześniej było poza moim zasięgiem. To nieustanne, choć delikatne pogłębianie wiedzy, nauka. Najczęściej jednak dzieje się tak, że gdy nadchodzi ten przykry moment, że już nic nas nie cieszy, wpadamy w ko- lejną pułapkę – dramatycznej zmiany. Para, która przez dwie dekady zaznawała seksu w ten sam sposób, nagle postanawia wybrać się do klubu dla swingersów albo szuka kogoś do trój- kąta. Rzucają się na głęboką wodę, a potem rozpaczają, że to ostatecznie pogrążyło ich związek.

Czy zgodzisz się zatem z taką koncepcją, że powinniśmy regularnie wystawiać swoje przyzwyczajenia na próby? Jeśli na- uczyłam się kochać zawsze przy włączonym świetle, to powinnam je raz zgasić i zobaczyć, jak na to zareaguje moje ciało?

Zaprezentowałaś właśnie samoświadomość w  praktyce. W slangu terapeutycznym to się nazywa – poszerzać swoją strefę komfortu. Chodzi o robienie rzeczy, które mogą nam się wydawać trudne albo nieznane, właśnie po to, żeby sprawdzić, jak będzie. I to nie muszą być od razu wyuzdane eksperymenty. Wystarczy przysłowiowe zapalenie światła, zmiana pozycji, sposobu stymulacji. Czasem czujemy się bardziej dziarsko i możemy pozwolić sobie na odważniejszy pomysł.

Gdy już znamy swoje reakcje, jednocześnie poszerzamy naszą wiedzę o nas samych. A to jest właśnie świadomość.

A co, jeśli nagle wpadam w panikę? Jeśli czuję, że zgaszone światło, seks w wannie albo świntuszenie wpędzają mnie w niepokój? Czy to znaczy, że powinnam próbować do skutku, aż zacznie mi to sprawiać przyjemność? A może oznacza to, że jestem beznadziejnym przypadkiem?

Nim skoczysz z mostu, zrozpaczona stanem swojej seksualności, zostań chwilę z tym stanem niepokoju. I zadaj sobie pytanie: z jakiego powodu to jest dla mnie takie trudne? Co się właściwie wydarzyło? Zazwyczaj staramy się jak najszybciej uciec od dyskomfortu psychicznego, więc niczego się nie uczymy. Jeśli coś nas denerwuje, po prostu rzucamy to w diabły albo obwiniamy innych, że się tak poczuliśmy. Tymczasem chwila namysłu nad swoim stanem, weryfikacja, czego dotyczy niepokój, jest potrzebna. Może to wstyd, gdy partner świntuszy ci do ucha przekleństwa, może jesteś zagniewana, bo czujesz, że to przekracza jakieś twoje granice, a może się boisz, bo wydaje ci się, że mogłoby cię tak ponieść, że sama byś siebie nie poznała? Pod niepokojem, złością są ukryte ważne treści, trzeba kopać, żeby się dogrzebać do tych bezcennych informacji o własnej psychice i seksualności.

Doskonalona świadomość pozwala też nie kłamać samemu sobie. Skoro już się dowiedziałaś, co tak naprawdę czujesz, to od tego nie uciekaj, tylko przepracuj problem. Zmierz się z nim.

A co z kłamaniem partnerowi?

Czuję, że zmierzasz w stronę szczerości, a ja chciałam mówić o komunikacji.

Mówiąc "komunikacja", masz na myśli mówienie wprost tego, co się myśli?

Szczerość czasem pomaga, ale bywa zapalnikiem konfliktu albo zwiększa dystans między ludźmi. Ja sama lubię walić prosto z mostu, ale widzę, że to często przynosi efekty odwrotne do zamierzonych. Ludzie się denerwują, czują niepewni i za- miast prawdziwej rozmowy robi się awantura. Dobra komunikacja to powiedzenie tego, co się chce wyrazić, z założeniem, że komunikat jest zrozumiały, nie zrani drugiej osoby i będzie skuteczny.

Zaraz, zaraz. Wyjawienie skrywanych myśli może mnie ośmieszyć albo osłabić moją pozycję w jakiejś relacji. W końcu związek to pole psychologicznej rozgrywki.

Gdy siedzimy przy stole negocjacyjnym, to zdecydowanie rozmowa jest grą. Ale w relacjach – przyjaźni, związku – chodzi o to, żeby zmierzać do autentycznego bycia razem. Granie będzie oznaczało, że nigdy nie odsłaniamy prawdziwych siebie, nie widzimy też innych ludzi. Ciężko w tych warunkach poczuć się akceptowanym, skoro wiemy, że świat ogląda tylko nasze aktorskie wcielenia. I zakładamy, co zupełnie naturalne, że nasze otoczenie też tylko gra.

Szczególnie w seksie temat wyrażenia tego, czego pragniemy, jest niesłychanie istotny. Drugi człowiek nie wie o nas prawie nic. Jeśli gramy w seksie, udajemy orgazm, krzyczymy donośnie, żeby dobrze wypaść, albo przeciwnie – tłumimy to, co w nas buzuje – to partner na podstawie tej obserwacji stworzy sobie własne wyobrażenia. Dalekie od rzeczywistości. Jeśli facet będzie udawał potulnego baranka i tłumił potrze- by, żeby dostosować się na przykład do normy przyzwoitości albo żeby nie przestraszyć partnerki swoimi pomysłami, to prędzej czy później skończy w agencji towarzyskiej, bo takie- go wewnętrznego ciśnienia nie da się długo utrzymać.

Komunikacja to też sposób, w jaki wyrażamy to, o co nam chodzi. Wyobraź sobie mężczyznę, który mówi do ciebie: "Przestań tak leżeć w tym łóżku. Zawsze jesteś taka bierna"”. Co czujesz?

Złość. Niech coś zrobi, zamiast mnie oceniać.

A wyobraź sobie, jak się czuje facet, któremu kobieta rzuca w kłótni, że w ogóle nie umie jej zaspokoić.

Zakładam, że on poczuje się wykastrowany.

Jakby mu ktoś odrąbał męskość. Jest komunikacja? Nie ma. Jest kopanie się po nerach, które zostawia kopiącego tak samo nieszczęśliwego jak kopanego. Dlatego też długotrwałe konflikty w związkach demolują psychicznie ludzi, bo partnerzy zadają sobie głębokie, niegojące się rany samym sposobem, w jaki próbują coś wyrazić. Na przykład krzycząc albo terroryzując lodowatym milczeniem.

To jak powiedzieć coś takiego z sensem?

Chcę cię poprosić, byś zwróciła uwagę na to, co naprawdę wydarzyło się w przytoczonych dialogach. Jaka myśl leży u podstaw stwierdzenia, że to kobieta jest zimna lub że to właśnie mężczyzna jest słaby? Ta myśl to jest – "nie moja wina". To decyzja o pozbyciu się odpowiedzialności za sytuację, która ma swoje dobre i złe strony. W zasadzie same złe, ale dowiadujemy się o tym po latach. Na początku wydaje nam się, że opracowaliśmy świetną strategię pozbycia się poczucia winy. Ale tak naprawdę jedynie pozbywamy się poczucia, że również odpowiadamy za to, co się nam przydarza. Patrzymy na to na zasadzie winny – niewinny. Co ja mam zrobić – monologuje w głowie mężczyzna – jak ona jest taka nieruchawa? Przecież ja się staram, a ona nic. Coś z nią jest nie tak, bo przecież nie ze mną.

"My" zawsze jesteśmy w porządku.

Jesteśmy bez zarzutu. To ta druga strona ma problem. Ona jest bierna, ja jestem aktywny, to wszystko jest jej wina. Takie myślenie zabije każdy dialog i blokuje możliwość rozwiązania kryzysu. Bo my nic nie możemy i nie chcemy z tym zrobić. Skoro to wina żony, niech ona coś zrobi. Tylko że nie mamy jak jej zmusić do działania, bo wpływ mamy tylko na siebie. Czujemy się więc coraz bardziej beznadziejnie. W nagrodę mamy kogo obwiniać za całą sytuację i własne nieszczęście. Wreszcie pójdziemy poszukać sobie nowej, lepszej żony, która na pewno nas zrozumie.

Nie można rozwiązać problemu natury seksualnej, emocjonalnej, gdy w rozmowie całą uwagę poświęca się na obronę lub atak. Taka dyskusja nie dotyczy sedna problemu. A zwykle chodzi po prostu o to, że coś w tym związku kuleje i wymaga opieki. W takiej rozmowie nikt tutaj nie odnosi zwycięstwa, nawet jeżeli chwilowo ktoś kogoś przegada i zyska pozorną przewagę.

Ale pod powierzchnią tej całej walki, pod płaszczykiem agresji, kryją się wciąż niezaspokojone potrzeby obu stron.

Obydwoje nie czują się dostrzegani w tej relacji. On uważa, że ona nie widzi, czego on potrzebuje, albo specjalnie tego nie daje. Ona zaś jest pewna, że on nie rozumie tego, co jest jej potrzebne.

Może ja nie wiem, czego potrzebuję?

I tu jest słaby seks pogrzebany. Trzeba koniecznie wiedzieć, czego się chce.

A co jeśli wydaje mi się, że moje potrzeby są mało ciekawe? Na przykład – nie pragnę, żeby mnie wiązano?

Nie ma nudnych potrzeb, jest tylko nasze wyobrażenie na ten temat. Sami się oceniamy ostro, często pod presją medialne- go wizerunku seksu albo własnych przekonań, które mogą być zbyt pruderyjne lub zbyt wyzwolone.

W pierwszym przypadku będziemy uważać nasze potrze- by za zboczone lub perwersyjne, więc niemożliwe do zrealizowania. W drugim będzie odwrotnie – nie zrobimy czegoś, co nam się marzy, bo przecież na pewnym etapie nasze pragnienia wydają się śmieszne i infantylne. Na przykład obserwuję czasem, że niektóre kobiety nie lubią przyznawać się, że szukają w seksie bliskości, że chcą być przytulane. Z pewnością lepiej by brzmiało, gdyby zadeklarowały, że po seksie składają swoją kolekcję pejczy w pudełku i opuszczają gabinet tortur. Mam wrażenie, że za mocno dajemy się wciągnąć w uciekanie z ról męskich i żeńskich, nie zauważając, że to tylko wzmacnia stereotypowe postrzeganie tych ról.

A wszyscy faceci po seksie zasypiają!

Dobry przykład stereotypu dotyczącego męskości. Po pierwsze – jacy wszyscy? Heteroseksualni, homoseksualni, blondyni czy bruneci? Po drugie – po jakim seksie? Czy seks to tylko penetracja waginalna zakończona wytryskiem? Po trzecie – co dokładnie masz na myśli, mówiąc, że zasypiają? Że odczuwają spadek energetyczny wywołany wysiłkiem, jakim był dla nich seks? Czy to oznacza, że nie można ich przytulić albo nie można zaradzić temu deficytowi energii? Można i jedno, można i drugie. Aż chce się krzyknąć: świadomość, głupcze!

Jeśli trwamy w przestrzeni stereotypów, oceniamy przez ich pryzmat nasze pragnienia – a to jako nudne, a to jako wyuzdane – nigdy nie uzyskamy możliwości ich zaspokojenia. Właśnie dlatego warto zadać sobie pytanie, do jakich norm mamy przystawać. I znowu przydaje się świadomość. Pomaga weryfikować klisze, jakie nosimy w głowie. Sprawdzić, czy granie kogoś (macho, lowelasa, zimnej suki, dziewczątka lub chłopczycy) nie jest naszą odpowiedzią na lęk, że nikt nas nie zaakceptuje takimi, jakimi jesteśmy. Sprawdzić, czy w naszych związkach jest miejsce na uznanie tego, kim jesteśmy. Może w ogóle nie umiemy o to prosić?

Kłopot polega na tym, że możemy być naraz kilkoma różnymi osobami. W ciągu dnia mogę być dominującą szefową, a w łóżku pragnę zamienić się w niewolnicę, która potulnie spełnia rozkazy swojego pana.

BDSM-owe pary to idealny przykład na to, jak dalece satysfakcja w seksie zależy od komunikacji. Dominująca szefowa musi doga- dać się ze swoim partnerem, żeby zmienić układ sił w związku, bo chce zacząć dostawać rozkazy i być dyscyplinowana. Partner przecież spontanicznie chciałby traktować ją zawsze tak samo.

W końcu nieprzypadkowo związał się z silną kobietą o stalowym wizerunku.

Dobrali się jak w korcu maku, to pewne, ale nie musieli od początku znać swoich preferencji. Może on marzył o niewolnicy, która będzie bez szemrania realizować jego gorące fantazje. Jeszcze nie wiedział, że istnieje coś takiego jak mistrz i jego uległa. Ona też nie musiała zdawać sobie sprawy z tego, że istnieje alternatywa dla jej standardowych zachowań. Gdzieś po drodze jednak się zrozumieli, dogadali. Ona odważyła się wy- razić swoje potrzeby, on je zaakceptował. Musieli rozmawiać o tym, jak to będą robić, jakie chcą ustalić granice dla jej uległości i jego dominacji. W jakiś sposób potrzebowali też ustalić sygnały akceptacji czy sprzeciwu, gdy zabawa zaczyna robić się nieprzyjemna lub niebezpieczna. Do tego wszystkie- go używali niezawodnego narzędzia, jakim jest rozmowa.

Przyznasz, że medialny wizerunek BDSM jest mocno znie- kształcony. Takie gnioty jak "Pięćdziesiąt twarzy Greya" nie poprawiają sytuacji.

"Pięćdziesiąt twarzy…" to nie jest opis prawdziwej BDSM-owej dynamiki, tylko związku opartego na przemocy psychicznej i nieświadomości kobiety. Bohaterka nieco się w końcu emancypuje, ale jeśli sądzisz, że coś sensownego dla nas z czytania tych bzdur wyniknie, to się mylisz. Jeśli ktoś chce się uczyć z książek, to raczej doradzam "Inną rozkosz. Świat dominacji i uległości seksualnej" (Brame, Brame, Jacobs), klasyczną pozycję opisującą relacje BDSM w bardziej wyczerpujący sposób. Książka liczy około siedmiuset stron i zawarte są w niej odpowiedzi chyba na wszystkie pytania, które można zadać.

W realnym, nie zaś filmowym świecie duża część par żyjących BDSM-owo ma pogłębioną świadomość własnych potrzeb i świetnie się ze sobą dogaduje. Żeby ten styl życia się udał i nie zostawił partnerów w rozsypce, muszą wiedzieć, kim są seksualnie i gdzie postawią granice – zarówno psychiczne, jak fizyczne.

To, kim są, opisuje już sam akronim BDSM – gdzie po- szczególne litery odpowiadają angielskim zwrotom opisują- cym postawy lub aktywności seksualne. I tak, bondage and discipline oznacza krępowanie i dyscyplinowanie, domination and submission – dominację i uległość, sado and maso

– sadyzm i masochizm. Źródłem podniecenia dla osoby anga- żującej się w relacje BDSM jest narzucenie swojej woli – gdy jest to strona dominująca – lub poddanie się jej – to strona uległa. W takiej dynamice mogą rozgrywać się przeróżne za- bawy z władzą, z bólem czy strachem. Istotą przyjemności jest ryzyko, przekroczenie własnych granic, które często zależą od tego, co mówi nam społeczeństwo. Samo poddawanie się woli drugiej osoby, poniżeniu, które zadaje, lub przeciwnie – do- minowaniu i zawłaszczaniu, jest niezwykle podniecające.

Jesteśmy przyzwyczajeni, że ból, niewygoda, nadmierna kontrola ze strony partnera budzi nasz opór i bunt. W relacjach BDSM iskra rodzi się tam, gdzie w typowych związkach przestaje być "miło". Ale to niejedyne przekroczenie, z mocy którego korzystają takie związki. Ponieważ kulturowe tabu ściśle określa, co jest odchyleniem, co zaś jest „zdrowe”, rozkosz płynie także z wyłamywania się z tych norm. Kobieta na spacerze z mężczyzną przebranym za psa może budzić nasze przerażenie, ale dla tej dwójki spacer może być ważnym elementem ich seksualnego pejzażu. Ciało podporządkowane, zaangażowane w uległość inaczej reaguje. To samo dzieje się z trzymającym władzę. Sesja – czy będzie nią spacer, czy in- scenizowany wstęp do seksu – rządzi się określonymi regułami. Nawet miejsce, w które uderzy pejcz, i siła uderzenia są ściśle ustalone. To są właśnie granice, których pilnują partnerzy. Osoba uległa tak naprawdę jest równoprawnym reżyserem spektaklu, bo to jej komenda zakończy zabawę, gdy na przykład ból stanie się dla niej nie do zniesienia. BDSM to świat erotycznych i seksualnych eksperymentów, w których czasem ciężko zgadnąć, co jest karą, a co nagrodą.

To co jest w seksie niedopuszczalne?

Wymuszenie aktywności seksualnej – przez presję psychiczną lub fizyczną – na kimś podległym, zależnym, na przykład w pracy lub w związku. Na kimś, kto czasowo lub stale nie ma świadomości tego, co się dzieje – na przykład dziecku, osobie niepełnosprawnej, osobie będącej pod wpływem narkotyków lub alkoholu.

A ból może być jedną z odmian rozkoszy?

Zarówno ten fizyczny ból, któremu towarzyszy rozładowanie i strzał z endorfin, jak i napięcie psychiczne mogą być źródłem rozkoszy. Równie podniecające jest samo to, że przekraczamy jakąś normę, coś, co świat uważa za "zdrowe". Seks od wieków był używany do takich transgresji, jest idealny do tego, żeby poprzez ciało oddziaływać na ludzką psychikę i "łamać ją" albo przekraczać.

Oddanie kontroli jest fascynujące. Przejęcie jej również ekscytuje. To otwiera zupełnie nowe przestrzenie w tym, co czujemy i jak wchodzimy w seks.

Czyli esencją jest podległość, przemoc – niekoniecznie fizyczna?

Istotą jest dynamika, napięcie pomiędzy władzą i podległością. Pamiętaj, że strona dominująca nie ma pełni władzy. Ta należy także do strony uległej, która dzięki hasłom-kluczom może zakończyć praktykę w dowolnym momencie. Typowe postrzeganie BDSM to obraz przemocy fizycznej, dręczenia psychicznego. Tymczasem są to raczej niestandardowe praktyki prowadzone w celu osiągnięcia rozkoszy. Ale też dobrze opanowana sztuka budowania relacji opartych na komunikacji i umiejętności wyznaczenia granic w seksie.

Czy role w relacji BDSM są rozdane raz na zawsze?

Bywa tak, że obydwie strony wiedzą, co lubią, i trzymają się swoich ról przez długie lata. Bywa też, że partnerzy odkrywają, że podnieca ich czasowa zamiana ról albo że na dobre chcą się nimi zamienić. Wtedy po prostu ustalają to między sobą. Największą przewagą, jaką mają BDSM-owe pary nad waniliowymi – czyli tworzącymi swoje życie seksualne według uznanych społecznie zasad, bez opierania go na władzy i podległości – jest to, że dużo rozmawiają o seksie.

W takim razie w jakich okolicznościach sugerowałabyś, żeby zainicjować dobrą rozmowę o seksie? Taką, w której zdradzę swojemu partnerowi na przykład BDSM-owe fantazje. Czy powinniśmy odbyć taką dyskusję, zanim będzie- my się kochali? Czy raczej już po seksie, który mnie nie satysfakcjonował?

W czasie seksu warto skupić się na seksie, a poważne rozmowy odłożyć na później. Nie robiłabym tego także tuż po miłosnym akcie. Jeśli zaraz po seksie powiemy: "No wiesz, było fajnie, ale w zasadzie to bym chciała...", to nadajemy komunikat, że to, co wydarzyło się przed chwilą, było nie dość dobre. Ważna zasada komunikacji brzmi: nie doprowadzaj drugiej strony do przymusowej obrony, bo to zamyka współpracę. Tracisz ty, traci druga strona.

Usłyszysz: "Ty też mnie nie zaspokajasz", prawda?

Dokładnie. "Nigdy nie chcesz tego, czego ja chcę". Możemy skończyć taką konwersację w dwóch przeciwstawnych krańcach pokoju, przerzucając się emocjonalnymi ciosami. Jak dwoje dzieci w piaskownicy, trzymających na sztorc swoje łopatki i trwających w pełnej gotowości bojowej.

To jak zacząć taką rozmowę?

Naturalnie, w ustalonym z drugą stroną terminie.

Kochanie, czy dziś przy kolacji moglibyśmy porozmawiać o naszych potrzebach seksualnych?

Ja nie wiem, z czego ty się śmiejesz. Jeśli chcemy porozmawiać o naszej książce, to ustalamy godzinę spotkania, prawda? Nie składam ci niezapowiedzianej wizyty domowej wcześnie rano tylko po to, żeby rzucić w przelocie kilka haseł, które uważam za ważne. To jest szacunek zarówno do ciebie, jak i do wspólnej pracy.

Mówiąc partnerowi lub partnerce, że chcesz spokojnie po- rozmawiać o ważnej sprawie, ustalając warunki tej rozmowy, nadajesz komunikat, że troszczysz się zarówno o komfort obu stron, jak i o spokój i czas na taką rozmowę. Nawet jeżeli po drugiej stronie normalnie nie ma otwartości, to może się po- jawić właśnie dlatego, że temat został wprowadzony neutralnie, bez nacisków.

A co jeśli partner lub partnerka są kompletnie zamknięci na takie dyskusje? Załóżmy, że nawet uda mi się doprowadzić do sytuacji, w której siedzimy przy herbacie i zaczynam komunikować swoje potrzeby, a partner na to odpowiada, że to nie jest dobre, że nie chce tego kontynuować.

To jest sytuacja terapeutyczna. Odmowa rozmowy w ustach człowieka, z którym budujemy relację, jest ważną informacją. Niestety nie stwarza wielkich nadziei na poprawę stosunków. Aby coś się zmieniło, ludzie potrzebują się porozumieć. Aby się porozumieć, trzeba zacząć rozmawiać. I jakiej płci ten człowiek by nie był – choć z mojego doświadczenia wynika, że naj- częściej jest to mężczyzna – to nadał właśnie komunikat, że nie jest zainteresowany pracą nad związkiem.

Dwoje ludzi żyjących w parze potrzebuje zdać sobie sprawę, że tworzą trzecią jakość i robią to wspólnie. Oprócz "ja" i "ty" istnieje "my", które mimo braku ciała i dowodu osobistego jest bardzo konkretnym bytem. Czasem w coachingu porównuję je do dziecka, które potrzebuje uwagi obydwojga rodziców. Komunikat brzmiący: „Mnie do tego nie mieszaj, ja wiem swoje" jest zostawieniem tego „my” na pastwę losu albo wymuszeniem działań jednej strony. Dlatego wszystkim, którzy mówią: „Nie chce mi się z tobą gadać”, odpowiadam, że właśnie zrzekają się 50 proc. swoich udziałów w związku. Na zebraniu rady nadzorczej nie mają nic do powiedzenia? Proszę bardzo – nie dostaną zysków z rocznej sprzedaży, na wyjazd integracyjny nikt ich nie zaprosi, a z czasem inni udziałowcy mogą wysadzić ich z biznesu na podstawie „niskiego zaangażowania w życie firmy".

Są kobiety, które słyszą tak latami od swoich partnerów.

I żyją w izolacji psychicznej, w emocjonalnym dyskomforcie, aż im się przeleje. Spotkałam na warsztacie wspaniałą, ponad- pięćdziesięcioletnią kobietę, matkę trojga dzieci, która na pięć- dziesiąte urodziny zażądała rozwodu. Wiesz, co mi powiedziała? "Napisz w swojej książce wszystkim tym ludziom, którzy się wahają, że jedyna rzecz, której żałuję, to że nie zrobiłam tego wcześniej". Zatkało mnie. Oprawiłabym ją w ramki i pokazywała jako dowód na to, że podejmując trudne decyzje, dajemy świadectwo tego, że żyjemy, że zależy nam na samych sobie.

Jest szczęśliwa?

Odnalazła swoją dawną miłość i są bardzo szczęśliwi razem.

Czyli że albo żyjemy z człowiekiem, który chce razem z nami pracować nad związkiem, albo z człowiekiem, który nie chce nic robić? I ta druga sytuacja zawsze jest porażką?

Jest sytuacją terapeutyczną, bo być może jest szansa, żeby druga osoba zaczęła mówić. Być może terapia indywidualna zaowocuje chęcią współpracy. Sytuacja, gdy chce pracować tylko jedna strona, jest zawsze poważnym utrudnieniem. Ta trzecia jakość – związek – nie przeżyje bez zasilania. A jedna osoba nie da rady zasilać jej sama, żyjąc w deficycie emocjonalnym. Prędzej czy później się wypali. Optymistyczne jest to, że jeżeli pasywna do tej pory strona zaczyna się starać, dodając od siebie malutkie 5 proc., potem 10 proc., wreszcie 25 proc., to wszystko nabiera rozpędu.

Merkantylnie to brzmi.

Merkantylnie? A życie tylko po to, żeby razem spłacać kredyt, nie jest wyrachowaniem? Wisi nad nami upiór romantycznej miłości, który zatruwa zdolność rozsądnego myślenia. Ludzie często twierdzą, że to całe gadanie o seksie, związkach zabija "romantyzm". Jestem pewna, że obydwa terminy są najczęściej używane przez osoby, które nie mają pojęcia, jak to jest zachowywać się romantycznie. Sama koncepcja romantycznej miłości też się nadaje do poważnego odświeżenia. Nie jesteśmy w średniowiecznej Francji, gdzie bardowie śpiewali "Poemat o róży", dając początek odrealnionej wizji miłości w europejskiej kulturze. Ani też w burżuazyjnym saloniku, gdzie rozwinięto koncepcję romantycznych związków, która teraz pokutuje. Utrzymujemy idylliczne iluzje, które mają nam poprawiać humor, a powodują jedynie kłopoty.

Czy można mówić o ekonomii związku?

Można mówić o dynamice związku. O dynamice wzrostu bądź spadku. I jeżeli w naszym związku występuje tendencja spadkowa, to znaczy, że ja nie inwestuję i ty nie inwestujesz.

Ja się tobą nie interesuję i ty też nie interesujesz się mną. Zajmujemy się tylko organizacją działań – zakupy, sprząta- nie, kto idzie z dzieckiem do lekarza. Nie zwracam uwagi ani na twoje piękne niebieskie oczy, ani na twój wyjątkowy, pełen godności sposób poruszania się. To, co było między nami, zostawiam nieużyźnione pod dowolnym pretekstem. Więc nie mam co się dziwić, że kiedyś wrócę do pustego mieszkania, a ty będziesz siedziała przy innym stole z kimś, kto będzie doznawać hermeneutycznego wzruszenia, pa- trząc na twój profil.

O problemach w życiu mówić jest łatwiej. Jednak wielu ludzi w momencie, w którym zaczynają mieć problemy w łóżku, po prostu przed tym ucieka. Wolą nie uprawiać seksu i skupić się na innych sferach, niż odbyć rozmowę, którą teraz polecasz.

Wiele osób ucieka skutecznie, i to przez długie lata. Niektórzy kiedyś się zatrzymują, bo dzieje się coś, co sprawia, że zaczynają myśleć i działać inaczej. Niektórzy zaś zostają w swoich strefach komfortu na zawsze.

A może ludzie boją się prawdy? Na przykład tej, że związek, w którym tkwią, może nie mieć erotycznej przyszłości. Tak bardzo nie chcą robić rewolucji w swoim życiu, że rezygnują z udanego seksu na rzecz innych dziedzin?

Jeżeli w związku jest więź emocjonalna, to jest on do uratowania. Ratunek nie nadejdzie tylko w dwóch wypadkach – jeżeli ratuje wyłącznie jedno z partnerów oraz jeżeli nie ma żadnej więzi emocjonalnej między nimi. Mimo kiepskiego seksu można przeprowadzić renowację związku. Komunikacja jest do tego narzędziem absolutnie podstawowym.

Mam odbyć rozmowę, podczas której wyrażę to, czego potrzebuję. Wcześniej dużo myślę, ze zdziwieniem odkrywam, czego pragnę. Mówię o tym mojemu partnerowi, a on odmawia współpracy. Na przykład odkrywam, że zawsze bardzo chciałam uprawiać seks analny, choć nigdy tego nie robiłam. A on mówi, że brzydzi się seksu analnego.

Uff, myślałam, że mnie przygwoździsz z jakiegoś poważnego tematu. A tu seks analny.

Seks analny to nie jest poważny temat?

To nie jest temat fundamentalny, ale zaledwie funkcyjny. Życie od niego nie zależy, co oznacza, że będzie łatwiej się doga- dać niż w przypadku rozmowy o miłości. Chodzi w nim tylko o uzgodnienie stanowisk, sprawdzenie powodów, dla których jedno chce, a drugie nie.

Często czujemy, że coś w seksie nas odrzuca, irytuje. Czasem to po prostu bierny opór, takie "nie, bo nie". W ten sposób manifestują się nasze negatywne przekonania. Wydaje nam się, że myślimy niezależnie, a tymczasem w naszej głowie pracuje skrypt, który niczym złośliwe oprogramowanie modyfikuje nasze sądy.

Co mają przekonania do seksu analnego?

Wszystko. On nie chce uprawiać seksu analnego, ponieważ ma na jego temat jakieś wyobrażenia. Dajmy na to takie, że to jest brudny seks. Może, że taki seks jest zboczony. A może żywi przekonanie, że zaczyna się niewinnie – od pieszczot analnych – a kończy na wynaturzeniu i dewiacjach.

Może jest wierzący? Jeżeli tak, to niektóre rzeczy są dla niego nie do przyjęcia.

Tak to działa. Religia wpływa wyjątkowo redukcyjnie na nasze postawy wobec seksu. Niezależnie od poglądów para potrze- buje uzgodnić, o co im chodzi.

Mnie nadal chodzi o seks analny.

A twojemu partnerowi prawdopodobnie o szacunek do ciebie i siebie albo o coś równie ważnego. No i o to, że nagle dostał do przetworzenia coś, na co nie ma na razie zgody. Jak więc przeprowadzić proces dogadania się?

Zaczęłabym od pytania, z jakiego powodu mówi "nie". Możemy usłyszeć, że się brzydzi, bo tamtędy robimy kupę i to jest niehigieniczne miejsce. Wtedy wyciągamy wiedzę zdobytą w godnym zaufania źródle – chodzi o to, że anus jest dużo bardziej czysty, niż nam się zdaje, że są techniki oczyszczania go. Przepłukanie wnętrza anusa wodą z prysznica lub zrobienie lewatywy przed seksem daje większą pewność co do czystości tej strefy. Uprawianie seksu analnego z prezerwatywą też się sprawdza, a w przypadku kochanków, którzy nie pozo- stają w stałych relacjach i nie są pewni swojego zdrowia, jest nawet obowiązkowe.

Czyli jednak seks analny jest ryzykowny?

W każdej aktywności seksualnej jest zawarte jakieś ryzyko. W seksie waginalnym istnieje ryzyko zajścia w nieplanowaną ciążę, a w seksie grupowym wzrasta ryzyko pominięcia.

Seks analny powinien się wiązać z profilaktyką, ponieważ tą drogą szczególnie łatwo jest zarazić się wirusem HIV. Jednak jeżeli partnerzy są pewni stanu swojego zdrowia, te dodatkowe starania obejmują głównie budowanie zaufania i fizycznego komfortu, tak żeby móc czerpać z tej aktywności rozkosz.

Trzeba pamiętać o higienie i o tym, że cokolwiek umieścimy w anusie – palec, zabawkę, penisa – to coś nigdy nie trafia do waginy czy do ust. Powodem są bakterie żyjące w odbycie. Naturalne tam, są zupełnie zbędne na innych śluzówkach. Trzeba używać lubrykantów analnych, bo odbyt sam się nie nawilża, wszelkie ciągnięcia i szarpania mogą prowadzić do mikrourazów, które goją się ciężko i odbierają nam ochotę na igraszki. Warto powoli eksperymentować z pozycją i układem ciała, tak aby osiągnąć optymalne rozluźnienie. Ludzki odbyt ma kształt rozciągniętej litery "S", przedzielonej dwiema śluzami. Wprowadzając palec czy penisa do wewnątrz i kierując go na wprost, z dużym prawdopodobieństwem uderzymy w ściankę jelita i to będzie nieprzyjemne. Dla wielu osób lepsze są takie pozycje, w których strona biorąca może leżeć na boku i operować miednicą w kilku wymiarach.

Nierzadko nasze skojarzenia, gdy myślimy o seksie analnym, krążą wokół brutalności i bezceremonialności. Moim zdaniem udany seks analny najlepiej opisuje słowo "łagodność". Nawet sposób penetracji jest inny niż w przypadku seksu waginalnego. Początki też się różnią, bo zmierzamy do przyzwyczajenia ciała do nowej formy pieszczot, więc stopniujemy bodźce – od najdelikatniejszej stymulacji palcem, przez stosowanie korków analnych – butt plug – czy wreszcie dilda lub penisa. Łagodne pobudzenie palcem pozwala przyzwyczaić się do wrażeń, a jest już bardzo satysfakcjonujące. Korek analny lub koraliki analne mogą służyć do stymulacji, ale można je też zostawić w anusie i zająć się seksem waginalnym lub oralnym i wyciągnąć je w momencie szczytowania, intensyfikując orgazm.

Wszystko robimy powoli i delikatnymi ruchami. Żadnego szarpania, naciskania, "bo nie chce wejść". Jeśli coś "nie chce wejść", to znaczy, że zwieracz jest zbyt spięty i trzeba go rozluźnić masażem. Dopiero gdy partnerzy są pewni, że wiedzą, jak ułożyć swoje ciała, jak zadbać o komfort w czasie seksu analnego, mogą przejść do penetracji analnej, czyli użycia większego obiektu – dildo lub penisa. Nic się nie zmienia, łagodność pozostaje receptą na sukces. Gdy umieszczamy w odbycie dildo lub penisa, nie popychamy go, jak w przypadku penetracji waginalnej, raczej wsuwamy, pozwalając, żeby ciało zaabsorbowało obiekt. Wykonujemy powolne ruchy i czekamy, aż strona biorąca narzuci rytm. Bacznie obserwujemy reakcje partnera i jeżeli pojawia się komunikat "stop", to kończymy bez szemrania. Ból lub krwawienie zawsze powinny oznaczać koniec seksu. Czasem, gdy odczucie wypełnienia jest przykre, warto delikatnie przeć, jakby się było w toalecie. To pozwala dodatkowo rozluźnić mięśnie. Nie można zapominać o oddychaniu. Wiedza o tym wszystkim daje nam podstawy do rozpoczęcia dyskusji. Możemy też uczciwie powiedzieć, że seks analny jest bardzo satysfakcjonujący dla mężczyzn, ponieważ mają oni w okolicach odbytu więcej zakończeń nerwowych niż kobiety. I zostawić człowieka, niech trawi.

A on dalej mówi "nie".

Nic na siłę. Gdy argumenty oczywiste – higiena, bezpieczeństwo, wiem-o-czym-mówię – zostają wyczerpane, proponuję sięgnąć po pracę z przekonaniami. Fajnie się sprawdza rozmowa w schemacie pytań pogłębiających.

On: Seks analny jest niefajny, bo jest brudny. Ona: Dlaczego jest brudny? On: Bo to jest brudna część ciała. Ona: A jeżeli będzie czysta, to dlaczego seks analny jest brudny? On: Może i nie jest brudny, ale przecież kobiety nie lubią seksu analnego. Ona: Nie wiem jak inne kobiety, ja bym chciała spróbować. Z jakiego powodu kobiety nie lubią seksu analne- go? On: Bo jest zboczony. Ona: Z jakiego powodu seks analny jest zboczony? I tak powoli, spokojnie, aż do czasu, gdy dotrzemy do sedna. Przy seksie analnym może chodzić o twój wizerunek jako kobiety przyzwoitej. On ma przekonanie, że "takie rzeczy" to świństwa i są robione przez "świntuchy". Przecież w naszym kraju seks analny jest kojarzony ze środowiskami przestępczymi oraz homoseksualnymi. A przecież jego dziewczyna to nie żadna świntucha, wyrokowiec ani gej.

On nie chce, bo mnie chroni? Nie kupuję tego!

Wszystkie przekonania, jakie mamy w głowach, mają bronić czegoś, w co święcie wierzymy. Na przykład tego, że istnieje norma przyzwoitości. Żeby była jasność – nie istnieje. Albo bronić tego, że seks analny jest ohydny i jest wynaturzeniem, gdyż dana osoba potrzebuje wierzyć, że jest gdzieś moralne dno, wobec którego można się porównywać i czuć się lepszym, czystszym.

Ćwiczenie z pogłębianiem pytań pozwala dotrzeć do sedna sprawy, do tego, co chcemy chronić. Słabością zużytych przekonań jest to, że redukują nasze możliwości w życiu. Do jakiegoś momentu się przydawały, jednak teraz mają się nijak do rzeczywistości. My ich nie porzuciliśmy, tylko trzymamy się ich jak pijany płotu.

Jak nie ma norm przyzwoitości, to czym się mamy kierować?

Zasadą konsensualności.

Czyli?

Konsensualność pojawia się, gdy dwie dorosłe osoby uzgadniają (bez wpływu substancji odurzających i w pełni świadomie), co chcą robić. Wiedzą, w co wchodzą, są świadome skutków, dbają o swoje granice i o bezpieczeństwo. To jest minimum, które należy zachować, by nie ranić siebie i nie krzywdzić innych.

Chcesz powiedzieć, że wystarczy posprzątać sobie przekonania, a wszystko będzie dobrze?

Próbuję przekazać, że większość lękowych "nie", jakie wypowiadamy, czujemy i słyszymy w sprawach związanych z seksem, ma swoje źródło w negatywnych przekonaniach na temat seksu. Większość to nie znaczy wszystkie. Zapoznanie się z tym, jak nasze przekonania myślą za nas, z pewnością bardzo, bardzo pomoże uprzątnąć ten bałagan oparty na półprawdach i kliszach.

Wokół seksu analnego znalazłyśmy już stereotyp, że jest on brudny, bo dotyczy strefy wydalania. Że jest zboczony, bo realizują go określone środowiska. Nieważne, że w więzieniu służy ustanowieniu stosunków władzy, i nieważne, że męska homo- seksualność jest uznaną formą ludzkiej ekspresji seksualnej.

Chcesz jeszcze przykład schematycznego myślenia? Skoro kobieta się interesuje seksem analnym, to znaczy, że albo mężczyzna jej nie może zaspokoić, bo jest "nie dość męski", albo że ona jest zboczona, bo kręcą ją ostre jazdy. Normalna kobieta analu nie ma prawa lubić. Tymczasem z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że oprócz postulatów dbania o higienę i o infekcje przenoszone drogą płciową – chodzi głównie o ochronę przed wirusem HIV – nie ma co mitologizować stosunków analnych.

W przełamywaniu oporów możemy jednak natrafić na punkt, którego nie da się przeskoczyć. A przynajmniej tak nam się wydaje.

I często tak się dzieje. Podam przykład w pewien sposób zabawny, bo pokazujący, jak umowne są te prawdy, które często traktujemy jako święte. Chodzi o opór heteroseksualnych mężczyzn wobec pieszczot lub seksu analnego. Istnieje taka technika seksualna (pegging), w której kobieta pieści mężczyznę analnie. Może wsuwać mu do odbytu palec, korek analny lub dildo…

Przecież to obraza majestatu!

I bardzo wielu mężczyzn w naszym kraju tak to widzi. Na wieść o takich igraszkach albo drwią, albo robią się agresywni. Na nic anatomiczne dowody ukazujące liczbę zakończeń nerwowych. Na nic wizje wyrafinowanych rozkoszy. Ręce precz od mojego tyłka! – powiedział kiedyś facet na warsztacie, który prowadziłam.

Co mu odpowiedziałaś?

Że poczekam, aż dobiegnie do czterdziestki-pięćdziesiątki, a lekarz zaleci mu masaż prostaty. I że będzie miał to samo, minus pocałunki i rozkosz. I będzie musiał za to płacić. Heteroseksualni mężczyźni boją się, że pieszczoty analne są bezpośrednio i wynikowo związane z orientacją homoseksualną. Po imieniu, że jak będzie im miło, to się okaże, że są gejami.

Chyba nie używają takich ładnych słów.

Wiadomo. A fakty są takie, że masaż prostaty jest zalecaną profilaktyką. I można mieć z tego rozkosz i wspólny, wspaniały seks, a można to robić na kozetce w klinice. Wolna wola. Pokazuję jedynie, że jedna recepta od lekarza może zmienić myślenie o palcu w tyłku z palca niechcianego w palec pożądany.

Czyli że komunikacja to także sprawdzanie tego, co sami sobie mówimy i czy to w ogóle ma sens i skąd wynika?

Tak, komunikacja to także rozmowa z samym sobą. Wtedy jest nośnikiem świadomości, którą uznajemy za jedną z podstawowych jakości. Szczególnie takie rozmowy ze sobą na tematy związane z ciałem, seksem są pożądane, bo wokół tego mamy najwięcej przeterminowanych pomysłów. Takich, które dramatycznie zmniejszają naszą otwartość na doświadczanie i uczenie się nowych rzeczy.

Komunikacja to nawet sposób, w jaki chwalimy partnera, nie tylko to, jak zgłaszamy zastrzeżenia. Często ludzie opowiadają sobie nawzajem swoje seksualne dzieje. Ja jestem skrajnie powściągliwa co do tego dzielenia się historiami. Nawet jeżeli intencje były dobre. Gdy opowiadamy pikantne anegdoty z naszego życia, to najczęściej trafiamy w najdelikatniejsze miejsce partnera – samoocenę, niepewność.

No ale często jest tak, że reminiscencje z przeszłości nie mają służyć krytyce, wręcz przeciwnie. Na przykład kobiety mówią: "Dopiero z tobą jest mi dobrze. Mój poprzedni chłopak kompletnie nie potrafił mnie zaspokoić". I co z takim komunikatem zrobić?

To nadal tylko pozornie jest w porządku. Chwalić należy konkretnie i bez porównywania. Wszystko inne jest niebezpieczne. Aktualny partner przez chwilę poczuje się lepszy, ale potem to będzie mu chodziło po głowie miesiącami. Będzie wiedział, że jest jakiś punkt odniesienia, do którego jest porównywany. A że wszyscy mają jakieś słabe punkty, to tylko powiększy jego obawy wobec spraw, w których nie czuje się mocny.

Mówimy, co było dobre, co poszło znakomicie i skupiamy się właśnie na tym. Odnosimy się do doświadczenia zmysłowego, do emocji. Mówimy, że jak partner robi właśnie to, to my czujemy się: bosko, nieziemsko, fantastycznie. Opisujemy rodzaj swojej przyjemności. To ma ciekawy skutek uboczny. Wzmacniając partnera, wzmacniamy siebie i związek. Dłużej pamiętamy to, co zostało powiedziane głośno.

A co sądzisz o kompromisach?

Bywają kompromisy zgniłe, bywają też dość dobre. Te pierwsze występują, jak dla świętego spokoju on zgodzi się na seks analny, będzie przy tym nieuważny, sprawi tobie ból, a potem powie: "Widzisz, mówiłem, że to nie działa". Dość dobre pojawiają się wtedy, kiedy jego otwartość na seks analny zwiększa się powoli, to znaczy nadal nie chce np. penetracji penisem, ale po zastanowieniu może użyć korka analnego i sprawdzić, jak się będzie z tym czuł.

Czyli zgniły kompromis odróżnia od dobrego poczucie, że temat jakoś się rozwija, że coś się zmienia, bo partnerzy pracują nad tym?

Celem komunikacji jest rozmowa, w której osiągniemy przynajmniej część z tego, czego potrzebujemy, i nie niszczymy przy tym drugiej strony. A może nawet wychodzimy bogatsi o wiedzę, czego druga strona chce. I seksualnie, i emocjonalnie, a także na obiad.

Jest taka przypowiastka z morałem o parze, która żyła ze sobą wiele lat. I na śniadanie żona zawsze dawała mężowi górną część bułki, sobie zostawiając dolną. Sama najbardziej lubiła chrupkość i wypukłość górnej połówki, ale z miłości chciała dzielić się tym, co najlepsze. Na łożu śmierci mąż powiedział jej, że kochał ją tak, że całe życie pozwalał jej zjadać najbardziej smakowitą część bułki, tę dolną. Sobie zaś brał górną, którą lubił znacznie mniej.

Najczęściej źródłem frustracji jest to, że druga strona lekceważy nasze potrzeby. Kiedy zobaczymy jakikolwiek prze- jaw dobrej woli, budzi się w nas chęć do zmiany.

A jak nie, to gromadzi się w nas materiał na bombę atomową. Złość i gniew nieprzetworzone zmieniają się w truciznę. Pojawia się odczucie, że zmarnowało się tyle siły, tyle dobrych chęci, a poprawy nie widać. Z takiego materiału nie da się ulepić dobrego seksu, o ile w ogóle jakikolwiek. Wiem, że dla niektórych zabrzmi to jak truizm, ale lekceważenie emocji w sprawach seksu sprawdza się tylko w przygodach na jedną noc. Nieco dłuższe związki zawsze będą wymagały troski zarówno o emocje, jak i o seks.

Obiegowe opinie mówią o tym, jak bardzo żeńska seksualność jest połączona z naszym stanem emocjonalnym. Że my, kobiety, potrzebujemy poczucia bezpieczeństwa. To prawda – potrzebujemy. Że potrzebujemy wsparcia – to również fakt. Że potrzebujemy czuć się uwielbiane i adorowane – oczywiście. Ale mężczyźni też je mają, te emocje. Mniej są nauczeni o nie dbać, słabiej sobie z nimi radzą, ale poczucie bezpieczeństwa, pewność, że się jest dla kogoś ważnym, jest dla nich równie fundamentalną potrzebą. Ich seksualność nieco się różni, ale nie demonizujmy tych różnic, bo to prowadzi tylko do koszmarnych i nieprawdziwych podziałów w stylu: faceci są z Marsa, a kobiety z Wenus. To tylko zaostrza – i tak trudną – sytuację między kobietami a mężczyznami. Musimy pracować nad porozumieniem, a nie szukać dowodów, że jesteśmy różnymi gatunkami, które mają obowiązek prowadzić jakiś dziwny rodzaj wojny podjazdowej.

Mężczyźni potrzebują tak samo adoracji, akceptacji, bezpieczeństwa?

Od nieszczęsnej "Płci mózgu", która była bardziej popularną niż naukową próbą ujęcia tego, jak różnią się mózgi żeńskie od męskich, zawrotną karierę zrobiło odnajdywanie tych różnic. Kobiety i mężczyźni różnią się znacznie i nie chodzi tylko o fizjologię i anatomię. Na przykład rozmaite badania naukowe pokazują, że kobiety rzeczywiście są bardziej wrażliwą zmysłowo płcią. Wyraźniej czujemy smaki, słyszymy dźwięki, widzimy kolory, odbieramy tekstury. Na razie brak zadowalającego wyjaśnienia tego fenomenu. Nie wiemy do końca, czy to czasem nie jest wynik miejsca w kulturze, które zajmuje każda z płci. Albo wpływu ewolucji, która nie przygotowuje nas do szczęścia, tylko przetrwania.

Dlatego też mnożenie tych przykładów nigdzie nas nie za- prowadzi. Co mi z tego, że będę wiedziała, że mój mąż wyraża uczucie do mnie, myjąc mi samochód, skoro nie będę tego odbierała na emocjonalnym poziomie jako wystarczającego komunikatu. Mogę zrozumieć, ale mojej potrzeby miłości to nie zaspokoi.

To, jak realizujemy potrzeby, może się zasadniczo różnić. Jeżeli faceci są od dziecka uczeni, że seks świadczy o ich męskości, do tego dostają silny przekaz, że to coś zupełnie innego niż uczucia – notabene groźne i raczej nie warto się nimi zajmować – to nie ma szans, żeby mężczyzna rozwinął w sobie zdolność do zarządzania nimi we właściwy sposób. Tylko że to nie jest dowód na to, że on nic nie czuje. Nadal potrzebuje być kochanym, akceptowanym, bezpiecznym.

Weźmy stałe związki. Mężczyźni żyjący w stałych udanych związkach żyją dłużej, są zdrowsi i deklarują większe zadowolenie z życia. Mimo że monogamia jest nieskuteczna ewolucyjnie z punktu widzenia mężczyzny, bo on powinien jak naj- szerzej dystrybuować swoje geny. Dla genów promiskuityzm jest dobry, dla jednostkowego mężczyzny zdrowsze i bar- dziej komfortowe rozwiązanie to związać się z jedną kobietą i pozwalać o siebie dbać. Są takie obszary, w których wpływ naszej biologii jest zbyt duży, by móc go przekroczyć na pod- stawie aktu woli. Nie przeskoczymy wpływu hormonów na mózg i tego, że mężczyźni mają więcej testosteronu niż kobiety. W naszej władzy jest na przykład rozwinięcie kompetencji komunikacyjnych, które spowodują, że małomówny mężczyzna zdoła powiedzieć partnerce to, co mu leży na sercu. Bo on się może różnić poziomem empatii i nie czytać zbyt dobrze emocji z wyrazu twarzy ludzi, z którymi przebywa, ale jego podstawowe potrzeby emocjonalne będą takie same jak wszystkich innych członków naszego gatunku.

Kobiety lubią seks tak samo jak faceci? Jeśli tak, to dlaczego rzadziej go inicjują?

Obserwuję wiele kobiet, które dzięki swojej pracy zdobywa- ją się na seksualną emancypację. Uczą się siebie, dowiadują się, jak zarządzać energią seksualną, jak uwalniać się od po- wstrzymujących ją blokad. I dlatego mogę powiedzieć, że sto- pień sympatii do seksu u kobiety świadomej seksualnie jest bardzo zbliżony do męskiego. Kobiety lubią seks inaczej, po swojemu, ale gdy sobie na to pozwolą – będzie miał ważne miejsce w ich życiu. Niechęć do niego nie wynika z naszej płci, tylko uwarunkowań kulturowych. Biologicznie będzie- my lubiły seks mniej, gdy karmimy piersią dziecko, bo wtedy zarówno uwaga, skupiona na potomku, jak i prolaktyna nie sprzyjają ożywieniu libido. Jednak postawy wobec ciała i seksualności nie są determinowane biologią, tylko wychowaniem.

Inicjowanie seksu to jest w ogóle ciekawy temat. Tylko że mało związany z seksem. Bywa bardzo trudny dla tych, którzy czują, że sami muszą inicjować, ponieważ druga strona nie przejawia inicjatywy. Jednak chodzi w nim o to, że proponując drugiej stronie seks, narażamy się na odmowę, odrzucenie. To rani odrzuconego, nie wspominając o tym, że nie pojawia się nagroda w postaci seksu.

Inicjatywa i jej brak to rodzaj emocjonalnej gry, w której proszący czuje się na gorszej pozycji. Pojawiają się złość, frustracja, projektowanie swoich wyobrażeń na sytuację. Na przykład takich, że skoro kobieta nie inicjuje, to znaczy, że nie lubi seksu. Lata spędzone pod panowaniem takiego schematu mogą zniszczyć związek.

Tymczasem kobieta, która nie inicjuje, może robić to z kilku powodów. Już wiemy, że może walczyć o swoją podmiotowość. Może doświadczać licznych trudności emocjonalnych i seksualnych w związku. Ale może też mieć taki styl reagowania na presję. Szczerze mówiąc, ma go bardzo wiele osób, które były wychowywane przez wymagających rodziców. Tacy rodzice zmuszają dziecko do wielu rzeczy, na przykład do udziału w licznych zajęciach pozaszkolnych. Dziecko się męczy i nie daje rady, ale nie ma jak zaprotestować, ponieważ rodzice mają plan na jego życiowy sukces. Takie dziecko rozwinie w sobie różne formy oporu wobec presji, która spotyka je z zewnątrz. I gdy dorośnie, będzie swoją ulubioną formę oporu – na przykład "lenistwo", czyli postawę: nie chce mi się, albo prokrastynację, czyli: zrobię później – realizowało bezwiednie zawsze tam, gdzie pojawi się presja połączona z dużymi emocjonalnymi oczekiwaniami. Często kobiety, które nie inicjują, żyją w parze mężczyznami, którzy nie tolerują słowa "nie". Mężczyzna przez opór partnerki przy okazji seksu może nieustannie przeżywać złość i frustrację, ponieważ nie radzi sobie z tym aspektem siebie. Mówiłam, że nie chodzi o seks...

No właśnie. Wcześniej, kiedy opowiadałaś o komunikacji między partnerami, ona wydawała się taka uładzona i poprawna, a przecież ludzie w złości, pod wpływem silnych emocji, wrzeszczą na siebie, rzucają w siebie przedmiotami. Co z tym robić?

Słuchaj, ja bywam taką choleryczką, że byś nie uwierzyła. Mój partner w kategorii "upór" zbliża się do światowej czołówki. Jak myśmy się kłócili, to po prostu wióry leciały. Im bardziej on się zapierał, tym bardziej ja dostawałam szału. A moje wrzaski przekładały się na wzmocnienie jego uporu. Niesłychanie nas to męczyło, bo odzyskanie sił po takim starciu zajmuje zbyt dużo czasu. Wiem, że jak się ludzie chcą zachowywać w cywilizowany sposób wobec siebie, to znajdą metodę. My nauczyliśmy się tej konkretnie na warsztatach prowadzonych przez trenerów tantry Zosię i Dawida Rzepeckich. To bardzo ciekawa propozycja na takie chwile, kiedy czujemy, że od eksplozji dzielą nas minuty.

Trzeba, warto, zalecam, proszę – zacznijcie od kroku w bok. Chociaż na chwilę wyjdźcie na balkon, odetchnijcie, zróbcie cokolwiek, co pozwoli wam się odrobinę uspokoić i wyhamować. Równie ważne jest to, co robi druga strona, żeby się nie okazało, że jedno udaje się na taras, a drugie podąża krok w krok – krzycząc lub złorzecząc. Pamiętajcie, robicie to nie dlatego, że przegrywacie, ale dlatego, że chcecie, żeby wszyscy wygrali.

Gdy uda wam się złapać chociaż trzy oddechy, to stańcie naprzeciw siebie. Biorąc pod uwagę różnicę wzrostu czy masy, zazwyczaj mężczyzna potrzebuje trochę przykucnąć i uważać na sposób, w jaki używa siły. Teraz oprzyjcie się o siebie dłońmi. Otwarta dłoń trafia w dłoń partnera/partnerki. Nie zaciskamy rąk, nie zaplatamy palców, bo je sobie połamiemy. Stajemy naprzeciw siebie i zaczynamy się przepychać. Naprawdę mocno, w przód i w tył. Cały czas oddychamy i możemy krzyczeć. Ale nie popiskiwać, tylko ryczeć z trzewi, z tych emocji, co nas trzymają w posiadaniu. Krzyczmy tak, jakbyśmy się darli na siebie jeszcze chwilę temu, gdy awantura osiągnęła punkt szczytowy. Patrzeć sobie w oczy, jeśli tylko się da, i przepychamy się na tyle, na ile mamy sił. Najczęściej kobieta poczuje pierwsza, że potrzebuje przerwy. Robimy ją i zaczynamy od nowa. Pchanie i krzyk. Z całej siły, ale uważnie. Aż poczujemy, że fala gniewu nieco osłabła. Wtedy można przestać.

Stosowałaś taką technikę?

Tak. My się tak kłócimy, żeby się nie pozabijać.

Dlatego tak często zmieniacie mieszkania, bo sąsiedzi nie mogą z wami wytrzymać?

Czasem rzeczywiście bywa głośno, ale nie mamy trupów w ogródku. To ćwiczenie uczy także odblokować gardło do krzyku z brzucha. Wiesz, kiedy to się przydaje, prawda?

W seksie?

W seksie.

Może w ogóle lepiej krzyczeć w seksie niż o nim rozmawiać? Po co gadać o seksie? Czy nie uważasz, że lepiej seks uprawiać?

Bez rozmawiania o seksie nie będzie doskonalenia go. Już wspominałyśmy, że jeżeli nie mówimy o seksie, to nie prze- nosimy go w sferę refleksji, godzimy się na zostawienie naszej seksualności na poziomie biologii. Trzeba pójść dalej niż prokreacja. Posłużę się analogią do języka. Seks jest czynnością wrodzoną, tak jak zdolność mowy, więc może się rozwijać tak samo, jak ewoluują nasze kompetencje językowe. Uczymy się mówić coraz trudniejsze zdania, a z czasem nawet tworzyć poezję. Podobnie z seksem – na początku rządzą nami hormony, potem powoli rozpoznajemy emocje, ale też dowiadujemy się wiele o technikach i coraz bardziej go ulepszamy.

Weźmy oddychanie. Już pojawił się w naszej rozmowie taki wątek. Mówiłyśmy, że inne oddychanie zasadniczo zmienia jakość seksu. Wpływa na nasze zdrowie, samopoczucie, kontakt z ciałem, ale też na czas, w którym możemy się kochać. Przypominam, że u mężczyzn niewłaściwy sposób od- dychania wynika ze złych nawyków wziętych z młodzieńczej masturbacji. Oddychają jak aktorzy na filmach porno. Czyli oddychają tym szybciej, im bliżej są orgazmu.

Dyszą?

Dyszą albo sapią. Gdy szczytują, wstrzymują oddech. Po orgazmie oddychanie wraca do standardowego rytmu, ale mężczyzna jest już osłabiony, ponieważ pojawiło się niedotlenienie. Tymczasem im silniejsze podniecenie, tym głębsze i dłuższe powinny być wdechy i wydechy.

To trochę wbrew naszej fizjologii.

Wręcz przeciwnie, to jest zgodne z fizjologią, ponieważ jeże- li oddychamy pospiesznie i płytko, to się hiperwentylujemy. Używamy tylko szczytów płuc, mamy dużą retencję CO2, mięśnie są słabo dotlenione, ciało jest bardziej napięte. Gorzej – dwutlenek węgla powoduje lęki, a nawet panikę. Dlatego orgazmy, których doświadczamy, są słabsze – ograniczają się do strefy genitalnej, nie ma szans na rozejście się fali orgazmu po ciele. Mężczyźni dużo krócej utrzymują erekcję, kobiety czują bodźce słabiej. Po prostu z zadyszką biegać się nie da.

Nie bez powodu mówimy o oddychaniu przy okazji świadomości. Można powiedzieć, że oddech jest jej fizycznym nośnikiem. Możemy nim kierować, na przykład poprzez skan ciała prowadzony wraz oddechem. Możemy go ba- dać – oddycham pośpiesznie i płytko czy głęboko i powoli

–  żeby sprawdzać stan naszych emocji. Zależność jest prosta. Zmniejszając sobie dopływ tlenu, redukujemy odczuwanie uczuć i bodźców, także tych zmysłowych. Dla naszego ciała rozluźnienie oznacza relaks, przyjemność, rozkosz. Napięcie oznacza sprężenie, mobilizację do ucieczki lub ataku. Nie uda nam się rozpłynąć w przyjemności, jeśli mamy spięty tyłek.

Są jakieś inne techniki, które przeczą naszej cielesnej intuicji?

Są takie, które przeczą nawykowi. Nie mieszajmy do tego intuicji. Powiedz mi – czy ludzie w seksie mają oczy otwarte czy zamknięte?

Zazwyczaj zamknięte.

Całujemy się z zamkniętymi oczami i kochamy się najczęściej z zamkniętymi oczami. Pamiętam, że w młodości czytałam jakąś powieść, w której było napisane, że jeżeli ktoś całuje cię z otwartymi oczami, to znaczy, że nie kocha, tylko oszukuje. Zamknięte oczy mają być sygnałem namiętności, zapamiętania w miłosnych porywach. Mogą, ale nie muszą.

W tantrze wiele medytacji kochankowie spędzają z otwarty- mi oczami. To ma swoje uzasadnienie. Gdy zamykamy oczy, łatwiej jest nam odpłynąć, trudniej zostać w kontakcie z tym, co się dzieje. Zamykając oczy w seksie, naprawdę rzadko robimy to, bo właśnie przeżywamy głębokie uniesienia, najczęściej po prostu to nas "odpina". Błądzimy gdzieś myślami. Trzymanie otwartych oczu i utrzymywanie kontaktu wzrokowego w czasie całowania, pieszczot, seksu łączy kochanków na emocjonalnym poziomie. Pozwala przeżywać te same aktywności zupełnie inaczej. Często też bardzo pomaga w czuciu własnego ciała i zwracaniu uwagi na drugą osobę. Jedynym wyjątkiem jest orgazm. Nie da się go przeżyć z otwartymi oczami.

Bo?

Gdy szczytujemy, trafiamy w przestrzeń bez czasu. Nie ma też w niej śladu po naszym ego. W tej pustce mogą się wydarzyć niesamowite rzeczy – jak na przykład połączenie się z osobą, z którą się kochamy, albo nawet ekstaza. Chociaż badamy orgazm naukowo, to ciągle coś nam umyka. Bo orgazm to mała śmierć, a nie tylko zespół reakcji chemicznych.

DOSTĘP PREMIUM