"Kobiety robiły na zewnątrz, wystarczyło najść je znienacka". Fascynacja kończąca się gwałtem to jedna z twarzy pańszczyzny

Kobiety robiły na zewnątrz: w polu, w lesie czy właśnie przy wodzie. Nie trzeba było urządzać specjalnych polowań, wystarczyło najść je znienacka, gdy były same. Fascynacja seksualna kończąca się gwałtem to jedna z twarzy pańszczyzny, którą antropolog Kacper Pobłocki opisuje w "Chamstwie".

W "Chamstwie" Kacper Podolski pańszczyznę pokazuje jak polskie historyczne niewolnictwo. Ukazuje krwawą przemoc panów i odważnie kreśli również historię polskiego patriarchatu, dowodząc, że w tym splocie klasowych podziałów, okrucieństwa i wyzysku zaklęta jest nasza "ojczyzna pańszczyzna".

Fragment książki "Chamstwo" Kacpra Pobłockiego:

Mieć connection

"Spotykam baby przy źródle, obserwuję, jak czerpią wodę. Jedna z nich bardzo bycza; działa mi na zmysły. Myślę, z jaką łatwością mógłbym mieć connection [stosunek] z nią. Żal, że ta niewspółmierność może istnieje: pociąg fizyczny i wstręt osobisty […]. Wracamy, idę za nią i podziwiam piękno ciała ludzkiego. Poezja wieczoru i zachodu przenika wszystko. Myślę, jak cudownie by na to reagowała E.R.M. Realizuję [uświadamiam sobie] przełom między mną a tym zwierzęciem ludzkim".

Słowa te zapisał ojciec współczesnej antropologii, Bronisław Malinowski, w swoim intymnym dzienniku, prowadzonym na początku XX wieku na Wyspach Trobrianda.

Przepaść między arystokracją, polską czy inną, a ludzkimi zwierzętami z ludu była wówczas powszechna. Klasowy dystans wywoływał zainteresowanie, a nawet pożądanie. Równie silne i równie fizyczne jak odraza. To właśnie ta sprzeczność tarmosi duszą Malinowskiego. Poezja wieczoru i zachód słońca wyzwalają w nim romantyczną, wysublimowaną miłość do E.R.M – czyli jego brytyjskiej narzeczonej, oddalonej o tysiące kilometrów. Ale spod tej emocji przebija namiętność silniejsza: fascynacja pięknem ludzkiego ciała. Tego, które znajduje się w zasięgu ręki. Fascynacja przemieszana jest ze wstrętem, zarówno do byczej kobiety, jak i samego siebie.

Mniej więcej sto lat przed Malinowskim inny intelektualista, Stendhal, wyszczególnił cztery rodzaje miłości. Oprócz miłości sercem, miłostki i miłości z próżności wspominał również miłość fizyczną.

Definiował ją następująco: "Spotkać na polowaniu piękną i hożą wieśniaczkę, która umyka do lasu". I dalej: "Każdy zna miłość opartą na tego rodzaju przyjemnościach; choćby ktoś miał najbardziej oschły i niewydarzony charakter, zawsze zaczyna się od tego w szesnastym roku [życia]". Powtórzmy: każdy. Każdy zna taką namiętność, bo inicjacja seksualna do klasy panów zaczyna się od polowania na chłopki. Nawet jeśli mężczyzna nie przejawia szczególnego zainteresowania pięknem ludzkiego ciała.

"Miłość fizyczna" w tym kontekście, pisze historyczka literatury, "to tyle, co polując na zwierzynę, upolować kochankę; przy okazji zaspokajania głodu zaspokoić apetyt seksualny". Stąd powszechny w literaturze pańskiej topos polowania na ludzkie zwierzę. "Trzeba pamiętać – dodaje badaczka – że w dziewiętnastowiecznej Polsce ma ono swoje oparcie w prawie. Własność feudalnego pana, obejmując przyległe do majątku lasy i wsie, rozciąga się na ich mieszkańców. W tym sensie status pańszczyźnianej chłopki jest rzeczywiście równy łownej zwierzynie".

Niewspółmierność

Klasa ludowa jednocześnie podziwiała panów i obawiała się ich. Panowie pogardzali służącymi, ale zarazem coś pchało ich w stronę ludzi podrzędnych. Tak właśnie przenikały się kategorie nierówności. Pociąg osobisty, płciowy natrafiał na odrazę natury klasowej. Emocje te gryzły się w pańskiej duszy. Im większy społeczny dystans, tym bardziej ekscytujące było jego przekraczanie.

Seksualne polowania nie były nawet publiczną tajemnicą – pisano o nich otwartym tekstem. Weźmy powieść Ulana z 1843 roku, opartą na rzeczywistej historii. Jej główny bohater, Tadeusz, "wstawszy od herbaty, wdział prędko swój ubiór myśliwski i nie czekając wschodu słońca i ciepła, wybiegł na brzeg jeziora drożyną do lasu wiodącą". Tadeusz szedł zadumany, ze spuszczoną głową, gdy nagle "pies, jego wierny towarzysz, zaszczekał, a ktoś krzyknął bojaźliwie".

Krzyk wydobywa się z ust Ulany, żony garncarza, której uroda robi na paniczu piorunujące wrażenie. "Spojrzał i mimowolnie zatrzymał na niej oczy, bo było coś tak wdzięcznego na jej twarzy, w jej postawie, a nawet prostym, ale zręcznym ruchu, iż nie mógł pojąć, jakim sposobem tak piękna kobieta była tylko prostą wieśniaczką". Tadeusz zamienia z nią kilka słów, ale dziewczyna go unika. Udaje się jej uciec. Mężczyzna nie zarzuca łowów i nachodzi ją w domu. "Tadeusz nigdy po wsi nie chodził,  nigdy w chatach nie bywał. Biedna kobieta zrozumiała wszystko, zadrżała i milcząc, czekała".

Gdy dochodzi do kolejnego spotkania, Tadeusz wyznaje Ulanie miłość. Dziewczyna boi się, ale też ją coś do pana ciągnie. Tłumaczy, że służyła kiedyś na dworze: "Nieraz słyszałam, jak mówili, i widziałam, jak kochali po pańsku. O! to, nie tak jak dworacy i my! Tamto pańskie kochanie bardzo jakieś piękne, trochę smutne, a choć smutne, to miłe. I kończy się, mówią, zawsze niewesoło". Tadeusz przekonuje, że taki romans może mieć szczęśliwy finał. Nachodzi ją w nocy, ale kobieta przegania go nożem. Parę dni później, by ukoić skołatane nerwy, Tadeusz udaje się znów do lasu – i znów napotyka Ulanę. "Jam, Ulano, ani chłop, ani dworak, ani cię bić, ani gwałtu robić nie myślę”, zapewnia. I obiecuje, że będzie ją kochał inaczej: „O takim kochaniu tyś nie słyszała nawet… […] kochałbym cię długo, zawsze – aż do śmierci". "O! Ja też wiem, że w takiem kochaniu śmierć być musi na końcu" – stwierdza Ulana. I ma oczywiście rację. Ulega pokusie, jej mąż popełnia samobójstwo, a panicz ucieka od całej kłopotliwej sytuacji w długą podroż.

Wraca ostatecznie do wsi, ale w towarzystwie żony z odpowiedniej klasy. Nie mogąc pogodzić się z tym, że została cynicznie wykorzystana, Ulana popełnia samobójstwo.

Tragicznie kończy się też inna powieść tego samego autora. "Panicz często z polowania pod naszą chatę zbacza, a jak ciebie zastanie na podwórku, to i zagada, i zbliży się, i pożartuje. A robi się taki słodki, miły, jakby kto go miodem posmarował". To słowa ciotki Pawłowej, która namawia swoją podopieczną Julusię, aby nie odrzucała pańskich amorów. Razem z paniczem udaje im się ściągnąć dziewczynę do służby we dworze, gdzie "oswoiwszy ją, powoli ścieśniano zastawione sidła”. Julia ulega. Staje się „ulubienicą pana Jana, ale wkrótce wstręt, pogarda i rozpacz zachwiały jej słabą głową. Przechodziła od szalonego śmiechu do łez nieutulonych, tłukła głową o ściany, rwała piękne czarne włosy, łamała ręce i latała jak obłąkana po łące i po lesie". Kobieta traci rozum. Szał i wściekłość Julii wymierzone są w ciotkę, której chciwość wepchnęła ją w pańskie sidła, ale kieruje je też przeciwko sobie samej: "W szaleństwie rzucała się na Pawłowę i innych przytomnych z czem miała; często nożem krwawiła sobie piersi, chcąc się zabić, leciała do wody, żeby utopić, szukała sznura, starając powiesić!".

Jej szaleństwo to kolejne oblicze społecznej śmierci. Dziewczyna wie, że jest nikim: martwa jako osoba, żywa jedynie jako ciało. Ciało, którego ciotka używa instrumentalnie dla własnych korzyści i które paniczowi służy do zaspokojenia apetytu seksualnego. Romans chłopki z panem to połączenie tego, co niewspółmierne: istoty zupełnie podrzędnej – wręcz nierządnicy, bo tak zaczyna postrzegać ją chłopska społeczność – oraz człowieka z innego świata. Realność tego spotkania daje Julii cień nadziei na to, że może wcale nie jest bez wartości. Miota się pomiędzy dwiema skrajnościami: świadomością, że stała się niczym, oraz głęboko zagrzebanym przekonaniem o własnym człowieczeństwie. Tylko fizyczna śmierć, unicestwienie ciała, które i tak już nie należy do niej, może dać ukojenie. Dziewczyna umiera z rozpaczy.

Mówili o nich dusze, tak jakby ciał nie miały. Ale to właśnie o ciała chodziło.

Mnie też

Spotykam baby przy źródle: sytuacja, która wyzwoliła u Malinowskiego fantazje o seksie z chłopką, była niezwykle typowa.

Rzeka, jezioro, z których czerpało się wodę albo gdzie robiło się pranie, stanowiły przestrzeń na wskroś kobiecą również w kraju jego lat dziecinnych. Kobiety nie przesiadywały wówczas w kuchni – model ten, wywodzący się z tradycji mieszczańskich, upowszechnił się dopiero w XX wieku. W domu pańszczyźnianym, zwłaszcza jeśli była to kurna chata, nie przebywał dłużej w ciągu dnia w zasadzie nikt. Kobiety robiły na zewnątrz: w polu, w lesie czy właśnie przy wodzie. Nie trzeba było urządzać specjalnych polowań, wystarczyło najść je znienacka, gdy były same. Jak pokazuje przykład Tadeusza i Ulany, seksualne łowy nie ograniczały się tylko do lasu. W pamięci ludowej zachowało się sporo opowieści o takich spotkaniach.

Na Mazurach na przykład śpiewano tak: "Poszła dziewka po wodę, / miała piękną urodę; / nadszed ci ją z dala pan / i stłukł ci jej dzban. / Cytże, dziewcze, nie płaczże, / ja tobie dzban zapłacę; / talara ci dam, dam, / talara ci dam. // Ona talara nie chciała, / jeno za dzbanem płakała; / ach ach, ech ech, ach, mój dzban, / co mi go stłuk pan. / Cytże, dziewcze, nie płaczże, / jać tobie dzban zapłacę, / parę koni ci dam, dam, / parę koni dam. // Ona koni nie chciała, / jeno za dzban płakała; / ach ach, ech ech, ach, mój dzban, / co mi go stłuk pan". Pan proponuje kolejne formy zadośćuczynienia: da dziewczynie karetę albo służącą. Ale ona nie chce niczego, wciąż szlocha nad utraconym dzbanem. Przyparty do muru pan oferuje jej rzecz najcenniejszą: zapłaci za jej nieszczęście samym sobą. Tej propozycji dziewczyna nie może odrzucić: "Chwała Bogu z wysokości, / żem dostała jegomości; / za dziurawy dzban, dzban / dostał mi się pan".

Nie ma słowa o gwałcie. Naga przemoc przeistacza się w akt dobroduszności. To nic, że to on wyrządził jej krzywdę. Dziewczyna płacze, więc trzeba ją jakoś ukoić. Pomoc jej. Nie można chyba lepiej oddać ideologii patriarchalnej: pan stwarza problem, a następnie podsuwa rozwiązanie. Bierze to, czego pożąda, pozostając dobroczyńcą. Kradzież przemienia się w dar.

Z takiego przemieszania dobrotliwości i przemocy, przerzucania odpowiedzialności ze sprawców na ofiary, wpędzania pokrzywdzonych w poczucie winy brała się siła patriarchatu. Weźmy historię Agnieszki z Kijewa, która pracując jako dziewka we dworze, była regularnie gwałcona przez niejakiego Malickiego. Mężczyzna ten bił też Agnieszkę, stosował groźby słowne oraz wymusił na niej aborcję. "Zamknąwszy się z tąż Agnieszką w folwarku, uczynił jej gwałt na pierwszy raz, a zaś po tym dawał jej podaruneczki, paciorki i trzewiki i przywodził ją do częstszej okazyi złączenia się cielesnego". Już po pierwszym akcie przemocy sypią się prezenty. Jak każdy patriarcha, Malicki łączy okrucieństwo z pozorami troski.

"Nie żenię się z dworską dziwką, nie żenię, / rad się przy tej dworskiej dziwce rozlenię. / Będzie mi się dworska dziwka stroiła, / nie będzie mi dworska dziwka robiła", śpiewali mazowieccy chłopi. Kobieta, która przechodzi spod chłopskiej kurateli pod pańską, która służy we dworze, to plugawica. Nie robi, tylko się stroi. Być może dziewczyny rzeczywiście przyjmowały prezenty, ubrania. Być może po to, aby zostać choć na chwilę panią – człowiekiem. Ale chłopki dobrze wiedziały, że podarunki te tylko maskują przemoc. W rzeczywistości jedyne, co można było od pana dostać, to czerwone buty, o których szeptały bohaterki Żeńców.

Przemoc seksualna bierze się z dostępności. Sięgają po nią ci, którzy mają okazję pozwolić sobie na connection z istotą im podrzędną. A najlepsze okazje nadarzały się tam, gdzie panowały familiarne stosunki, czyli w domach. Jak w historii Reginy z Męciny molestowanej przez ojczyma. "Pewnego czasu matka moja była w Starym Sądczu u brata, a tenże ojczym, przyszedłszy pijany w nocy, zdybał mnie na piecu w piekarni śpiącą i gwałtem przyniewolił na ten uczynek, i tak już musiałam być powolną". Wystarczy, że raz się kobietę gwałtem zniewoli, by potem trzymać ją na służebnym łańcuchu.

Tak właśnie rodził się patriarchalny kompleks: pogwałcenie ludzkiej godności, wmawianie kobietom, że są istotami z natury podrzędnymi, groźby – a jednocześnie pochlebstwa, prezenciki, komplementy. Przemieszanie dobra i zła, pomocy i przemocy. Bardzo trudno było rozsupłać ten węzeł zależności i rozdzielić niezależne od siebie wątki. Bo one spotykały się w jednej osobie: pana, który był zarazem opiekunem i oprawcą, ojcem i kochankiem.

Książka "Chamstwo" wydana przez Wydawnictwo Czarne premierę ma 12 maja.

Posłuchaj rozmowy Agnieszki Lichnerowicz z Kacprem Pobłockim:

DOSTĘP PREMIUM