Czuła przewodniczka. "Moja Potulna kłania się twojej, a co jedna, to niżej" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie" książka psycholożki Natalii de Barbaro zawiera odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak często żyjemy w niezgodzie ze sobą. Uczy też, w jaki sposób odróżnić swoje prawdziwe potrzeby i pragnienia od poczucia obowiązku, pomaga wyzwolić się z toksycznych schematów i relacji.

Autorka w książce opisuje trzy postaci, a właściwie role, w które wchodzą kobiety, choć wcale nie odnajdują w nich siebie: królową śniegu, potulną i męczennicę. Skąd one się biorą? Co nam dają? Co nam zabierają? Jak wpływają na nasze relacje? Jak je niszczą? I w końcu jak z nich wyjść i odnaleźć tytułową "czułą przewodniczkę"? Jak być sobą - dorosłą kobietą? Na te pytania Natalia de Barbaro stara się odpowiedzieć w swojej książce. 

Fragment książki "Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie":

Widziałam kiedyś kobietę w rozpaczy. Kilka dni wcześniej zmarło jej dorosłe dziecko. Kobieta w rozpaczy dalej czuła się w obowiązku sprzątać i gotować dla rodziny. Drżały jej ręce, kiedy kładła pokrywkę na garnek z ogórkową. "Tak, włożę ciepłe do lodówki!" powiedziała drżącym głosem zbuntowanej dziewczynki, a ja poczułam, że do oczu napływają mi łzy. "Ciepłe do lodówki" – to była skala jej buntu. Kiedy tamta kobieta była małą dziewczynką, mojej mamy jeszcze nie było na świecie, a w większości krajów w Europie kobiety nie miały prawa głosować. Dzisiaj mogę rozpoznawać Potulną w sobie, obserwować ją i pisać o niej do ciebie nie dlatego, że jestem lepsza niż tamta kobieta w rozpaczy – po prostu urodziłam się później, w świecie mądrzejszym o owoce walki o nasze prawa.

Jak to możliwe, że nasze Potulne tak bardzo się w nas rozpanoszyły? Gdzie jest reżyser? Kto konkretnie od nas czegoś wymaga? Ta sąsiadka, ten kierownik, ten wujek? Kościół? Szkoła? Zarząd? Nie wiadomo. Wszyscy naraz i nikt pojedynczo. Ale dopóki mój palec w obwiniającym geście skierowany jest ku światu, nic się nie zmieni. W moim osobistym doświadczeniu najważniejsza lekcja jest taka, że wszelkie wymogi, oczekiwania, przygany mają znaczenie tylko wtedy, kiedy wpuszczam je do siebie i, mówiąc językiem psychologii, internalizuję, czyli uwewnętrzniam. Presja zazwyczaj powstaje na zewnątrz, ale działa we mnie dopiero wtedy, kiedy otworzę jej drzwi: "wchodź, zapraszam, nie, nie musisz zdejmować butów!". Im dłużej żyję, tym bardziej staje się dla mnie wyraźne, że odpowiedzialność za uleganie tej presji jest po mojej stronie. I że poza sytuacjami skrajnymi, które zdarzają się rzadko, zawsze mam wybór.

Inaczej jest w świecie utkanej z niepokoju Potulnej. Była tresowana do grzeczności. Bądź grzeczna. Bądź miła. Ustępuj. Wiadomo, nie będę cię zanudzać: obie to znamy. Moja Potulna kłania się twojej, a co jedna, to niżej, bo żadna nie chce się przecież wywyższać. Potulnej, tak jak i innym naszym wewnętrznym postaciom, chodzi o przeżycie: zastygła jak zwierzę, które boi się ataku, więc udaje, że już jest martwe. I to jest prawda, kiedy władzę ma nad tobą Potulna, ciebie nie ma: nie ma twoich potrzeb, nie ma twoich granic, nie ma twojego zdania, nie ma twoich uczuć. Sama nie wiesz, czego potrzebujesz, kim jesteś, co uważasz i co czujesz, bo dotąd zbyt byłaś zajęta trwaniem w bezruchu. Starałaś się zająć jak najmniej miejsca i wytrzymać w bezdechu. A to ciężka praca.

Z upływem lat Potulna rozszerza działalność. Popularnym kierunkiem jest tak zwana emocjonalna harówa (Emotional Labour). Pojęcie zostało wprowadzone w 1983 roku przez Arlie Russell Hochschild w książce The Managed Heart. Emocjonalna harówa została przez nią zdefiniowana jako "świadome regulowanie ekspresji swoich stanów emocjonalnych po to, żeby demonstrować emocje pożądane na danym stanowisku". Hochschild zaczęła od stewardes: uśmiechniętych od ucha od ucha, uprzejmych w każdych okolicznościach. Powstało w niej pytanie o proces, który doprowadza do tego uśmiechu. Kiedyś dość dużo latałam i napatrzyłam się na to: obcas, ciasna garsonka, szminka – która to godzina lotu? No i ten uśmiech w odpowiedzi na wściekłe pytanie o to, czemu nie ma soku z czarnej porzeczki, na wulgarne zaczepki wstawionych facetów, na pretensje o wielkość fotela. Co się w nich dzieje? Myślałam o tym wiele razy. Wiedziałam, że kiedy samolot wyląduje i rozjedziemy się do swoich domów, biur, okaże się, że nie tylko stewardesy chodzą z przyklejonym uśmiechem. Hochschild zaobserwowała, że każdy człowiek, który został zaprzężony – lub sam siebie zaprzągł – do emocjonalnej harówy, może ukrywać emocje, które czuje. "I smile when I’m angry" śpiewał mój ukochany Leonard Cohen – i ręka do góry, która z nas tego nie robiła. Ukrywam to, co czuję – i pozornie sprawa wydaje się zakończona, przeuśmiechałaś swoją złość, "klient", kimkolwiek był, już się uspokoił, a ty poszłaś w swoją stronę. Ale, ale – z czym zostałaś?

Pamiętam szkolenie z asertywności, które prowadziłam lata temu dla naukowczyń na jednym z uniwersytetów. Odgrywałyśmy scenkę, w której starszy wykładowca rzucał niewybredne żarty, a zadaniem doktorantki było odnalezienie formy, żeby powiedzieć "dość". Doktorantka była uprzejma, kulturalna, spokojna; wykładowca grał tak, jak przeciwnik pozwalał – czyli jechał po całości. Kiedy przyszło do omawiania scenki, jedna ze starszych uczestniczek prawie krzyknęła w stronę tej, która odgrywała doktorantkę: "Gdzie jest twoja złość?". To pytanie na zawsze pozostało w moim sercu i często wraca do mnie wtedy, kiedy go potrzebuję. "Gdzie jest twoja złość?" Ta sama, która "piękności szkodzi", której nauczono nas nie wyrażać, a nawet nie odczuwać? Złość niewyrażona – w rozmowie z wykładowcą czy kimkolwiek innym, komu pozwoliłyśmy po sobie pojeździć – nie znika. Jest żywą energią, która krąży teraz w naszym żywym ciele. Co z nią będzie dalej? Kiedy zadaję to pytanie ludziom, których spotykam na szkoleniach, wszyscy znają odpowiedź. Powstają długie listy poważnych konsekwencji niewyrażanych, ukrywanych uczuć. Ulubioną trasą, którą idą kobiety, jest kierowanie tej złości przeciwko sobie samej. Świadomość tego wypełnia mnie po brzegi smutkiem: wiele z nas, niepoliczalne rzesze kobiet, uznają, że najlepsze, co można zrobić ze swoim wkurwem, to skierować go przeciwko sobie samej. Myślisz, że tego nie robisz? Zrób sobie stenogram myśli, które pojawiają się w twojej głowie. "Boże, co ze mnie za idiotka. Zapomniałam odpisać klientce! No, debilka ze mnie". Ręka do góry, która z nas nigdy tak nie pomyślała. A teraz postaw przed sobą swoją przyjaciółkę albo, co tam, po prostu koleżankę, którą w miarę lubisz, i skieruj te słowa do niej – "Boże, co z ciebie za idiotka. Zapomniałaś odpisać klientce! No, debilka z ciebie". Czy użyłabyś takich słów? Uuuu, coś by się wtedy z tą przyjaźnią, z tą znajomością stało, prawda? A co dzieje się z przyjaźnią wobec samej siebie?

Poza tym, że ukrywamy emocje, które odczuwamy, to – napisała Hochschild – pokazujemy emocje, których nie odczuwamy. Bo nie wystarczy przecież, żeby taka stewardesa nie wyraziła złości, powinna jeszcze pokazać swoją nieistniejącą życzliwość, wyrazić ją uśmiechem oraz uspokajającym, aksamitnym tonem. W ten sposób obsługuje klienta nie tylko na poziomie praktycznym – nalewając mu drinka czy przynosząc koc – ale też na poziomie emocjonalnym. Przeprowadza go ze stanu niezadowolenia do stanu względnego zadowolenia.

Problem z przywracaniem komuś dobrego samopoczucia jest taki, że to zużywa naszą energię, a drugą stronę uczy, że ktoś inny będzie ogarniał jego emocje. Mechanizm jest ten sam co przy nauce wiązania sznurówek – dopóki wiążesz dziecku sznurówki butów, dziecko się tego nie nauczy. Prosta sprawa – wiem, bo na sznurowaniu butów syna spędziłam przynajmniej kilkadziesiąt godzin mojego życia. Tylko powiedz to sobie rano, kiedy wiesz, że od dziesięciu minut powinniście być w samochodzie, ale szukałaś kluczyków do auta (zapomniałaś, że zmieniałaś torebkę), a teraz jeszcze twój słodki, uroczy synek absolutnie odmówił wyjścia z domu bez ukochanego pluszowego słonika, którego za cholerę nie możesz znaleźć ani w nowej, ani w starej torebce. Wtedy to już naprawdę wolisz mu te pieprzone sznurówki sama zawiązać, żeby było szybciej. W tej konkretnej sytuacji wolisz machnąć ręką na perspektywę rozwojową, no proszę cię, komu by się chciało słuchać wykładów z psychologii rozwojowej o ósmej rano, serio? Więc wiążesz te cholerne sznurówki, a potem to samo w czwartek, piątek i poniedziałek. Aż przychodzi ten nieuchronny moment, kiedy przedszkolanka prosi cię na stronę i mówi, że ma piętnaścioro dzieci w grupie i jeśli musi zasznurować piętnaście par butów, to spacer opóźnia się o piętnaście minut, i że może już pora zacząć przyuczać Szymka, żeby sam sobie te sznurówki wiązał.

Niestety, żadna przedszkolanka nie zacznie nas mobilizować, kiedy będziemy innych – tym razem już całkiem (przynajmniej teoretycznie) dorosłych – wyręczać w ogarnianiu własnych emocji.

A wiele kobiet robi to z wielkim zapamiętaniem, codziennie, przez całe życie. W danej sytuacji, przy tym stole, na tym zebraniu, przy tym biurku, na tym spacerze, kiedy czujesz, że twój rozmówca zbliża się do miejsca, w którym nie ogarnia, rzucasz się mu z pomocą – bo taki masz nawyk, bo takie wzięłaś na siebie zadanie, bo to się wydaje lepsze w tej akurat chwili. Bo to pomoże ci przede wszystkim zredukować twoje własne napięcie, twój strach przed tym, że stary niedźwiedź się obudzi i cię zje.

Pojęcie harówy emocjonalnej zredefiniowała Gemma Hartley, felietonistka "Harpers Bazaar", najpierw w felietonie, a potem w książce Fed Up: Emotional Labor, Women, and the Way Forward. Felieton zawierał scenkę rodzajową z jej małżeństwa: na środku pokoju od dwóch dni leży pudło z papierem ozdobnym, które z szafy wyjął jej mąż. Hartley po dwóch dniach obchodzenia tego pudełka w końcu ma dość, bierze z kuchni krzesło i usiłuje wcisnąć pudełko na górną półkę w szafie (tam, gdzie było wcześniej). "Wystarczyło poprosić" mówi mąż Gemmy, patrząc, jak zmaga się z pudłem. "O to właśnie chodzi – odpowiada Gemma we łzach – żebym nie musiała prosić!" Ta scena stała się zaczynem nowego spojrzenia na harówę emocjonalną. Hartley zdefiniowała ją jako "niepłatną, niewidoczną pracę, którą wykonujemy, żeby ludzie wokół nas mieli komfort i byli zadowoleni". Częścią tego komfortu jest to, że możesz przejść przez swój pokój, nie potykając się o leżące od kilku dni na podłodze pudło – bo jest ktoś, kto zauważy, że ono tam leży, i albo ci przypomni, że trzeba je usunąć, albo sam to zrobi. Jedno pudło – nic takiego. Ale kiedy tych rzeczy, które trzeba zobaczyć i ogarnąć, robi się tysiąc pięćset sto dziewięćset, to już nie lada wysiłek.

Jeśli wykonujesz emocjonalną harówę, będziesz czuć się zobowiązana pamiętać o imieninach koleżanki z pracy, przypominać o nich innym i organizować zakup prezentu – bo wiesz, co ona by chciała na prezent. Będziesz pamiętać, kto jaką pije kawę. Będziesz pamiętać, kto ile ma dzieci, i dopytywać, co u nich słychać. Kiedy wejdziesz do sali konferencyjnej i zobaczysz niewyniesione kubki, powynosisz je, bo nie chcesz, żeby ludziom było nieprzyjemnie. Kiedy pół godziny później, w trakcie zebrania, usłyszysz napięcie w głosie twojego kolegi z zespołu, powiesz żart, żeby je rozładować. W domu wytłumaczysz synowi, dlaczego mąż się zdenerwował, a mężowi, dlaczego syn się zdenerwował. Spytasz, co chcą na kolację. Scrollując kiecki w sieci, wysłuchasz nudnego wykładu swojego szefa, który postanowił zadzwonić do ciebie z lotniska (bo akurat miał długi czas przesiadki) i podzielić się swoją opinią na temat trendów w sprzedaży online. Uśmiechniesz się, chociaż jest ci smutno, bo ktoś, przechodząc obok twojego biurka, rzucił: "Czemu taka smutna? Uśmiechnij się!". 

Autorki i autorzy piszący o emocjonalnej harówie poczynili

jedno ważne zastrzeżenie – emocjonalna harówa to coś, co wykonujesz pod presją (de facto głównie własną). Większość czynności, które wymieniłam, można przecież robić z przyjemnością, z tak zwanego szczerego serca – i one mogą nas odżywiać, a nie drenować z energii. Mogę chcieć zaprosić na kolację dziesięcioro przyjaciół, pamiętać, co lubią jeść, wykarmić, posprzątać, a wcześniej zabawiać rozmową; potem opaść na fotel i poczuć, że było wspaniale.

Kluczowy wydaje mi się motyw. Emocjonalna harówa, jak i inne czynności wykonywane przez Potulną, dzieje się ze strachu, z tego wklęsłego miejsca w nas, które boi się, że jakąkolwiek uwagę świat nam poświęca, jakąkolwiek darzy nas sympatią, jedno i drugie może zostać bezpowrotnie wycofane, jeśli przestaniemy się starać. W moim doświadczeniu ten motyw można, tak jak wiele innych ważnych rzeczy, rozpoznać poprzez ciało – jeśli do akcji szykuje się Potulna, zaczyna się to od ściśnięcia w brzuchu, kulki napięcia, którą trzeba jakoś rozładować. Podpowiedzią może być też język naszych myśli – jeśli myślisz "muszę, nie mogę, powinnam, wypada", to wszystkie te słowa wskazują, że Potulna przejęła stery.

"Czuła przewodniczka. Kobieca droga do siebie" Natalii de Barbaro została wydana w lutym przez Wydawnictwo Agora

DOSTĘP PREMIUM