"Miałam mieć trasę ze Stingiem. Menago Gunsów miał być na naszym koncercie, ale doszło do tragedii" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Beatę Kozidrak znamy jako gwiazdę rockowej sceny, liderkę zespołu Bajm i autorkę tekstów do wielu piosenek, które stały się hitami. Ale piosenkarka ma też inne oblicze, które możemy poznać dzięki jej autobiografii.

To opowieść dziewczyny z lubelskiej starówki, która poznaje mroczne strony życia, ale dzięki determinacji, wsparciu najbliższych i przekonaniu, że spotka ją coś niezwykłego, niemal z dnia na dzień zostaje gwiazdą.

Fragment książki "Beata. Gorąca krew":

Same początki transformacji w Polsce oglądaliśmy z dystansu, bo znowu dostaliśmy zaproszenie na koncerty w Stanach Zjednoczonych. Tym razem mieliśmy wyjechać na całe pół roku. Trochę to nam skomplikowało życie rodzinne. Kasia chodziła już do szkoły. Przecież jej nie zostawimy! Dlatego z Andrzejem i nauczycielami podjęliśmy decyzję, że sami będziemy uczyć Kaśkę. Lecieliśmy więc do Ameryki z podręcznikami i zeszytami, a także niewielkim, prawdę mówiąc, doświadczeniem pedagogicznym. Muzyka? Spoko. Ale matma? Do tego pierwsza część naszego pobytu to trasa po amerykańskich miastach. Oprócz poniedziałków codziennie w innym hotelu, po próbach i koncertach kompletnie wyssani z energii. Jak tu w takim stanie prowadzić lekcje?

Całe szczęście druga część naszego pobytu nie wymagała od nas ciągłych podróży. Występowaliśmy w Cricket Club, więc miałam więcej czasu, żeby się wyspać i spokojnie zająć edukacją córki.

W Ameryce świętowałam również swoje trzydzieste urodziny. Pamiętam ten dzień: kiedy rano poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro, rozbeczałam się. "Ty stara babo – powiedziałam sobie. – Zobacz, masz już zmarszczki, wszystko jest do dupy!". Krzyknęłam z tej łazienki do Andrzeja, żeby absolutnie nic nie szykował, żadnych imprez, bo nie mam zamiaru celebrować tak żałosnego święta. Nie chcę i już! Potem znów beczałam jak bóbr, że to już koniec, że się starzeję, że będzie coraz gorzej. Dziś śmieję się z tego, lecz wtedy naprawdę czułam, że już wszystko za mną. Trwało to jednak tylko kilka godzin…

Andrzej przekonał mnie, że w takim dniu nie będziemy przecież siedzieć w domu, i zaprosił do restauracji. Dobra, niech będzie. Spytałam, czy mam się przebrać.

– No jak? Chcesz do restauracji iść w byle czym? – odpowiedział, więc ubrałam się fajnie, bo w Stanach zawsze kupowałam mnóstwo ciuchów: butów, pasków, spódniczek, bluzeczek. Miałam swoje ulubione sklepy, ale nie żadne ekstradrogie butiki. Na takie nie było mnie stać. Więc włożyłam srebrną minióweczkę, do tego srebrną bluzkę i oczywiście zajebisty but. Zrobiłam sobie włosy, make up i byłam gotowa. Tylko że Andrzej wcale mnie nie zawiózł do restauracji. Dopiero w ostatniej chwili się zorientowałam, że jedziemy do domu naszych serdecznych przyjaciół, Eli i Zbyszka Kołaczków. To było prawdziwe urodzinowe przyjęcie-niespodzianka, jak z amerykańskiego filmu! Otwieram drzwi, a tam czekają znajomi i przyjaciele! Ryknęli: Happy Birthday to you… Happy Birthday… Były balony, tort, świeczki. Ela przygotowała pyszne jedzenie. Po chwili zupełnie zapomniałam, że to moje urodziny i ile skończyłam lat.

W tym czasie Sting wymyślił wyjątkowy projekt. Był to czas szczególnego zainteresowania tym, co wcześniej skrywało się przed Zachodem za żelazną kurtyną. Lider The Police postanowił więc zorganizować trasę po amerykańskich college’ach z artystami z naszej części Europy. Miał już wybrane zespoły z Węgier i z NRD, z Polski chciał mnie i Lady Pank. Decyzja zapadła po tym, jak dwóch ludzi z ekipy Stinga przyleciało do Chicago, żeby obejrzeć koncert Bajmu. Byli zachwyceni, więc rozpoczęły się oficjalne rozmowy. Niestety, wciąż z Pagartem. Ani ja, ani Andrzej nic nie wiedzieliśmy o ich przebiegu.

Tymczasem na moją cześć w polskim konsulacie w Chicago wydano bankiet. W jego trakcie podchodzili do mnie różni amerykańscy goście i pytali:

– Znasz Medana?

– Medana? Nie. A kto to?

Dopiero po jakimś czasie dotarło do mnie, że chodzi im o Madonnę, która w tym czasie była na absolutnym szczycie popularności.

Bankiet skończył się tak, że pani z Pagartu upiła się tak, że moi muzycy musieli ją wynosić z imprezy. A potem się dowiedziałam, że ze współpracy ze Stingiem nic nie będzie. Dlaczego? Nie wiadomo. Ale przecież jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Tylko szkoda, że nikt mnie wtedy nie zapytał o zdanie. A przecież zaśpiewałabym ze Stingiem za darmo!

To był czas, gdy moi polonijni przyjaciele robili wszystko, żeby rozkręcić moją amerykańską karierę. Zakochał się we mnie na przykład pewien malutki Włoch, który zaczął mnie umawiać z różnymi menedżerami. Najbardziej uwzięła się na mnie jednak pewna dziewczyna, fantastyczna laska, która była masażystką gwiazd. Masowała m.in. menedżera Guns N’Roses i ciągle mu nawijała: ty musisz to zobaczyć, ty musisz przyjść na ich koncert, posłuchać, jak ona fenomenalnie śpiewa. No to facet postanowił nas sprawdzić. W rolę menedżera Bajmu wcielił się nasz przyjaciel Zbyszek Kołaczek. Ustalił termin i już menago Gunsów miał się zjawić na naszym koncercie, kiedy doszło do tragedii. W wypadku samochodowym zginął jego syn. Wszystko przepadło.

Ale nie myślcie, że jest we mnie z tego powodu jakiś żal. Nie, to po prostu kolejna przygoda i dziś mogę o niej opowiadać z uśmiechem. Nie udało się? Trudno. Udało się tyle innych rzeczy.

Po powrocie do Polski podjęliśmy z Andrzejem ważną decyzję: szukamy domu. To był najwyższy czas na przeprowadzkę. Piosenki z "Białej armii" stały się kultowymi, a my po raz drugi w swojej karierze dotknęliśmy sufitu muzycznego sukcesu. Miało to również przykre konsekwencje: nie sposób było mieszkać w bloku, gdy na klatce koczowali fani, a adoratorzy pukali do drzwi, nawet w środku nocy. To w tym czasie poznałam też nowe słowo: paparazzi.

Książka "Beata. Gorąca krew" została w maju wydana przez Wydawnictwo Agora

DOSTĘP PREMIUM