Broń, narkotyki i osmalone obrazki z Matką Boską to codzienność. Jak tajny agent rozpracował kalabryjską mafię i zabójstwo Jána Kuciaka [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Kalabrię, malowniczy region na południu Włoch, od dziesiątek lat trawi poważna choroba. Nie są nią ubóstwo ani wyniszczające upały. Jest nią 'ndrangheta - tajna organizacja, która stała się najpotężniejszą strukturą mafijną w Europie. Antonio Talia w "Drodze krajowej numer 106" prowadzi reporterskiej śledztwo i bada mafijną historię.

To książka drogi opowiadająca o regionie, w którym kult męskości, broń, narkotyki i osmalone na brzegach obrazki z Matką Boską nie są lokalną legendą, tylko tragiczną codziennością.

Fragment rozdziału "43 kilometr, Bova" z książki "Droga krajowa numer 106":

Po minięciu Capo d’Armi i Melito di Porto Salvo starsze modele samochodowych odbiorników radiowych zaczynają wariować. Stacje uciekają, zamiast nich słychać szum fal elektrostatycznych, a z oddali dobiegają głosy mówiące po grecku, albańsku albo w jakimś innym bałkańskim języku. Czasem daje się posłuchać jakiegoś kaznodziei, który w swoim ponurym, rozpadającym się ewangelickim kościele gdzieś w Ferruzzano, dziesiątki kilometrów na północ, wzywa do okazywania żalu za grzechy, zanim nadejdzie kres czasu.

Dla dwudziestolatków z Reggio, którzy wyjeżdżają na DK 106  poszukiwaniu najlepszej – albo najmodniejszej w danym sezonie – plaży, doświadczenie to ma zawsze zapach przygody. Na zachodzie wybrzeże Morza Tyrreńskiego jest przytulne, uładzone, kamieniste. Daje poczucie bezpieczeństwa. Dojeżdża się tam autostradą. Wszędzie rozciągają się urozmaicone widoki na skały o stonowanych kolorach, dominuje jednolita roślinność, na morzu pełno kutrów rybackich i statków handlowych płynących w kierunku cieśniny, ludność mówi z mniej więcej takim samym akcentem. I nawet gdy z oczu znika już sylwetka Sycylii, w oddali dostrzec można zarysy przynajmniej jednej z Wysp Eolskich, czyli zapowiedź bezpiecznego portu.

Tymczasem wyprawa na wschód to zupełnie inna historia. Za Melito wybrzeże Morza Jońskiego zaczyna oślepiać. Woda ciągnie się w siną dal, a połacie brunatnych krzaków rodem ze spaghetti westernów raz po raz ustępują pola bujnym skupiskom roślin: jaśminów, oliwek, opuncji figowych i migdałowców.

Miejscowi bezbłędnie odróżniają miastową młodzież i odnoszą się do niej nieufnie. Powiadają, że c’a genti du canali, né amici né cumpari, człowiek z cieśniny to dla nich ani brat, ani swat, nawet jeśli wszyscy ci młodzi noszą takie same nazwiska jak oni, bo wielu mieszkańców Reggio to w trzecim lub czwartym pokoleniu potomkowie mieszkańców tego regionu. Na murach domów niszczejących wzdłuż ulic wciąż widać napisy z odległej przeszłości – "Głosuj na DC", "Niech żyje PCI (skróty od Partito Democratico Cristiano (Partia Demokratyczno-Chrześcijańska), PCI – od Partito Comunista Italiano (Włoska Partia Komunistyczna)" – a w barach wiszą pordzewiałe blaszane szyldy reklamujące lody Eldorado Sammontana z cenami podanymi jeszcze w lirach. To ostatnie pozostałości po dekadzie, w której Madonna i Cyndi Lauper walczyły o pierwsze miejsce na liście przebojów szaf grających, a rodzina De Stefano-Tegano i klan Imerti-Condello-Serraino- -Rosmini – o wpływy.

O ile zatem nawet dla mieszkańców Reggio przejazd przez ten odcinek jońskiego wybrzeża oznacza doświadczenie miejsca swojskiego, choć zarazem niezwykłego, o tyle każdy, kto przyjeżdża tam po raz pierwszy, kompletnie nie potrafi się odnaleźć. Liczba znaków drogowych podziurawionych kulami rośnie z każdym kilometrem. San Lorenzo, pierwsze miasteczko za Melito, to szereg otynkowanych na biało budynków, dokładnie jak w leżącym niewiele dalej Condofuri Marina. Człowiek aż się spodziewa, że ujrzy tam cerkiew i ubranego w czarną sutannę popa z brodą, tymczasem ni stąd, ni zowąd pojawia się witryna z napisami w sanskrycie, plakatem z Śiwą i Wisznu, figurkami boga Ganeśy. To kafejka internetowa, a zarazem świątynia służąca hinduistycznej wspólnocie, która na okolicznych polach urabia sobie ręce po łokcie. W miesiącach letnich ten odcinek wybrzeża aż kipi od nastoletnich zalotów – plażowicze zostają tu nad wodą długo w noc; niektóre plaże mają wciąż niby-hipisowski klimat, a żar płonących na nich ognisk widać aż po świt. Gdy jednak człowiek trafia tam zimą, wszystko wygląda zupełnie inaczej. Minąwszy fiumarę(Sezonowa rzeka charakterystyczna dla południowych Włoch (wł. fiume – rzeka) Amendolea, DK 106 omija Bova Marina, miasteczko, gdzie nazwy ulic są podawane po włosku i w języku, którym mówiono tu kiedyś, czyli po grecku. Aby jednak przyjrzeć się lokalnej chorobie z bliska, trzeba na chwilę zboczyć z głównej trasy.

Droga prowadząca do Bova pnie się na wzgórza. Jadąc nią, można odnieść wrażenie, że z każdym metrem coraz głębiej wnika w Grecję. Nie jest to jednak Grecja z Instagrama, z glamourowych zdjęć z filtrem. To surowa ziemia, rzadko odwiedzana, gdzie dominuje ciemniejąca stopniowo zieleń. W tutejszym krajobrazie łatwo sobie wyobrazić królów koźlarzy z archaicznej Hellady, gotowych po raz kolejny wyruszyć na wrogów z sąsiedniej wyspy.

Kiedy pokonuję tę trasę w marcu 2018 roku, okoliczności mi sprzyjają. Po pierwsze niewiele wcześniej odbyłem długą podróż autobusem z Igumenitsy do Aten, przejeżdżając przez górzyste rejony Epiru i Tesalii, więc dobrze mi znany włoski pejzaż nabiera głębszych znaczeń. Po obu stronach Morza Jońskiego ciągną się takie same doliny, a z wyniesionych punktów rozciągają się takie same bezkresne panoramy. Z kolei twarze napotykane po drodze do Aten równie dobrze mogłyby należeć do mieszkańców tutejszych okolic. Skojarzenia te każą myśleć o swoistym intelektualnym horyzoncie charakterystycznym dla tego rejonu, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę, że najprawdopodobniej słowo ’ndrangheta wywodzi się od andros agathia, co bardzo swobodnie można przełożyć jako „cnoty odważnego męża". Ponadto wraz z fotoreporterem Alessandrem Digaetanem trafiamy do Bova w Niedzielę Palmową, a to symboliczna data w kalendarzu lokalnych świąt. Wreszcie to właśnie na drodze do Bova odbieram telefon od człowieka, który w tym momencie każe nazywać się Mariem i którego w kolejnych miesiącach poznam lepiej w związku z jego oficjalną funkcją – działającego pod przykryciem agenta numer 8067.

Bova to miasteczko położone na wysokości około tysiąca metrów nad poziomem morza, u wrót masywu Aspromonte. To wypucowana na błysk perełka, która latem zapełnia się turystami maniakalnie tańczącymi tarantelę i zajadającymi się greckimi pitami. Za to zimą liczy dwustu mieszkańców. Człowiek, z którym ja i Alessandro mamy się skontaktować, nazywa się Angelo, ma trzydzieści lat, żonę i dwójkę dzieci. Jest certyfikowanym przewodnikiem oprowadzającym turystów po Ścieżce Angielskiej, szlaku wytyczonym na podstawie opisów podróży, którą w 1852 roku odbył angielski artysta Edward Lear i którą zrelacjonował w Journal of a Landscape Painter in Southern Calabria. Angela spotykamy w siedzibie lokalnej spółdzielni turystycznej; akurat zajmuje się czwórką australijskich turystów w średnim wieku, którym z powodu deszczu nie śni się nawet, aby wyruszyć na wędrówkę. A przynajmniej nie w tym momencie. Oddają się więc ulubionej miejscowej rozrywce, typowej dla tych świątecznych dni – mianowicie wyplatają z liści palmowych i oliwnych figurę kobiety tradycyjnie określaną jako la Pupazza, Lala. Po zakończonej mszy wierni wynoszą przed wybudowany w bizantyjskim stylu kościół dwie takie lalki. Zwyczaj ten podręczniki antropologii opisują jako uwspółcześnioną wersję dawnego rytuału przejścia zimy w wiosnę. Te dwie Lale to w istocie Demeter, bogini zbiorów, i Persefona, dziewczyna, którą Hades, pan piekieł, porwał, by poślubić. Matka sprowadza z otchłani córkę na sześć miesięcy w roku i z tego powodu pola od nowa pokrywają się kwiatami. Nawiasem mówiąc, cały region od zawsze przenika kult zaświatów. Świadczą o tym odnajdywane tutaj niezliczone pinakes, wotywne tabliczki ze scenami porwania i powrotu, oraz ruiny ogromnej świątyni Persefony w Locri Epizefiri, pięćdziesiąt kilometrów na północ stąd.

Bez względu na to, czy jest to rytuał przywrócony do życia przez miejscowe organizacje turystyczne, czy antyczny zwyczaj naprawdę ważny dla miejscowych, widok składanych na ziemi Lal robi wrażenie. Zwłaszcza w marcu 2018 roku ma aluzyjny wydźwięk. Każda powracająca Persefona ma swoje alter ego w krainie umarłych. Każdemu Angelowi, który oprowadza turystów po trasach widokowych i snuje gawędy o ponurej sławie Aspromonte, odpowiada zawsze jakiś Antonino Vadala. Ten urodzony w Bova czterdziestopięciolatek dopiero co wyszedł z więzienia w Bratysławie, wywoławszy wcześniej falę ulicznych protestów zakończonych dymisją słowackiego premiera Roberta Fica i jego rządu.

Funkcjonariuszem, któremu udaje się oskarżyć Vadalę i posłać go do włoskiego więzienia, jest człowiek, z którym rozmawiam kilka godzin wcześniej przez telefon. To Mario, agent pod przykryciem numer 8067.

Velka Maca, Słowacja

Największy skandal polityczny w dziejach demokratycznej Słowacji rozpoczyna się 26 lutego 2018 roku po południu, w chwili gdy policja wchodzi do jednego z domów w Velkiej Macy, miasteczku położonym sześćdziesiąt pięć kilometrów od Bratysławy. Zawiadamiają ją rodzice Martiny Kušnírovej (lat 27), która mieszka tam wraz z narzeczonym Jánem Kuciakiem i która nie daje znaku życiu od pięciu dni. Po przyjeździe na miejsce funkcjonariusze znajdują ciała obojga: Martinę zabito pojedynczym strzałem w czoło, Ján został dwukrotnie postrzelony w klatkę piersiową. Śledczy natrafiają w mieszkaniu na kilka łusek kaliber 9 milimetrów, nie widzą natomiast śladów walki.

Ján Kuciak (lat 27), dziennikarz śledczy, zaledwie kilka dni wcześniej opublikował na portalu informacyjnym Aktuality.sk artykuł o szerokim układzie powiązań służącym przywłaszczaniu środków z Unii Europejskiej i niepłaceniu podatków. Według niego ma on skupiać się wokół Smeru-SD, socjaldemokratycznego ugrupowania premiera Roberta Fica.

Podwójne morderstwo wywołuje reakcję słowackiej opinii publicznej tak silną, że można ją porównać wyłącznie z aksamitną rewolucją z 1989 roku, kiedy to Słowacy i Czesi – wówczas jeszcze żyjący w jednym państwie – w ciągu dwunastu dni obalili ponadczterdziestoletnie rządy Komunistycznej Partii Czechosłowacji. Wzburzony szef policji Tibor Gašpar na konferencji prasowej zorganizowanej jeszcze tego samego dnia, w którym znaleziono ciała, łączy oba zabójstwa z dziennikarskimi śledztwami Kuciaka. Premier Fico występuje w telewizji. Najpierw wymachuje plikami euro i obiecuje milionową nagrodę dla tego, kto przekaże informacje pozwalające aresztować winnych, ale już chwilę później prosi opozycję, by nie traktowała tej historii instrumentalnie. Sytuacja wymyka się jednak spod kontroli. Słowacy protestują, zapalając przed bratysławską siedzibą portalu Aktuality.sk świece upamiętniające Kušnírovą i Kuciaka. Chwilę potem zbierają się na placu Słowackiego Powstania Narodowego z transparentami wzywającymi do obalenia Smeru. Gdy portal publikuje ostatni, niedokończony artykuł Kuciaka, rewolta rozlewa się na cały kraj. We fragmencie upublicznionym 28 lutego dziennikarz relacjonuje związki Viliama Jasana (sekretarza Rady Państwa) i Márii Troškovej (byłej modelki, szefowej gabinetu premiera Fica) z grupą włoskich biznesmenów mieszkających na wschodzie kraju, którzy mieli instruować najważniejsze osoby w słowackim rządzie, jak defraudować europejskie fundusze rozwojowe.

W czwartek 1 marca, w trakcie demonstracji przeciwko Ficowi, słowacka policja kryminalna skrupulatnie przetrząsa znajdujące się w Michalovcach i Trebišovie mieszkania i biura. Zatrzymuje tam Antonina Vadalę, jego braci: Sebastiana i Bruna, kuzyna Pietra Catroppę oraz trzech innych obywateli włoskich. Wszyscy zostają oskarżeni o zabójstwo. Wszyscy też – zgodnie z informacjami przekazanymi do Włoch – są powiązani z locale z Bova. Z braku dowodów Vadala i jego wspólnicy wychodzą na wolność po czterdziestu ośmiu godzinach, lecz 14 marca, na wniosek włoskich władz, ten przedsiębiorca rolny, który na Słowację przeniósł się z Aspromonte, zostaje aresztowany ponownie. Tym razem na podstawie oskarżenia o przemyt kokainy sformułowanego w ramach akcji Picciotteria(w dialekcie sycylijskim chłopak. Tu: młody członek mafii zajmujący najniższy szczebel w hierarchii) prowadzonej przez wenecki oddział Generalnej Dyrekcji do spraw Walki z Przestępczością Zorganizowaną. Następnego dnia do dymisji podaje się premier pogrążonego w kryzysie słowackiego rządu Robert Fico, co koniec końców doprowadzi do porażki Smeru w wyborach w 2019 roku. W ich wyniku prezydentem zostanie Zuzanna Caputová, mecenaska wyspecjalizowana w walce z korupcją.

Ekstradycja Antonina Vadali do Włoch następuje 4 maja 2018 roku. Agent numer 8067, który go poznał, odwiedzał i odbierał dla niego kilogramy kokainy, może wreszcie powiedzieć, że ostatni poszukiwany, którego rozpracowywał, wylądował za kratkami.

"Drogę krajową numer 10" w tłumaczeniu Mateusza Salwy wydało Wydawnictwo Czarne, książka premierę miała 26 maja

DOSTĘP PREMIUM