"Funkcjonariusze przygotowywali się do akcji, zakładając wyposażenie bojowe". Zabójca miał atak psychotyczny [FRAGMENT KSIĄŻKI]

W ciągu 26 lat praktyki klinicznej psychiatra sądowy Richard Taylor pracował nad ponad setką spraw dotyczących morderstw. Dlaczego ludzie zabijają? Na to pytanie próbuje odpowiedzieć w książce "Jak człowiek staje się mordercą, mroczne opowieści psychiatry sądowego".

Fragment książki "Jak człowiek staje się mordercą, mroczne opowieści psychiatry sądowego" dotyczy zabójstwa podczas epizodu psychotycznego:

Przebudziłem się gwałtownie. Dzwoniono do mnie z portierni – miałem jak najszybciej stawić się na oddziale psychiatrii sądowej. Uznałem, że nie ma sensu wsiadać do auta. Narzuciłem w pośpiechu ubranie i pobiegłem. Zbliżała się godzina, gdy zastąpić mnie miał na dyżurze inny lekarz. Jednak tym wezwaniem musiałem jeszcze się zająć. Kiedy pielęgniarka wpuściła mnie przez podwójne drzwi, momentalnie zauważyłem, że personel jest dziwnie podminowany. Z pomieszczenia, gdzie uspokajano sprawiających problemy pacjentów, dobiegały krzyki.

Znajdowała się tam niska drewniana ławeczka, przymocowana solidnie do posadzki mosiężnymi śrubami. Całe wyposażenie było miękkie. We wnęce w ścianie odgrodzonej płytą wytrzymałego na uderzenia pleksiglasu stał telewizor. Sylvia, dyżurna pielęgniarka oddziałowa, poinformowała mnie, że przed paroma godzinami przywieziono pacjenta z Oddziału Intensywnej Terapii dla Pacjentów Psychiatrycznych szpitala Maudsley w Camberwell.

Na tym etapie mieliśmy bardzo mgliste pojęcie o tym, jakiego przestępstwa dopuścił się nasz nowy podopieczny. Informacje te zostały potem uwzględnione w raporcie niezależnej komisji badającej sprawę, dlatego przytoczę je tutaj pokrótce. Około godziny 7:45 rano w czwartek 22 stycznia osiemnastoletni Daniel Joseph kopniakiem wyważył drzwi mieszkania swojej przyjaciółki Carli Thompson. Wdarłszy się pokoju, w którym spała kobieta, wywlókł ją stamtąd za włosy. Zaczął brutalnie bić Carlę, równocześnie demolując mieszkanie. Uderzał głową ofiary w grzejnik oraz framugę drzwi. Kopał ją po całym ciele, łącznie z głową. W pewnym momencie próbował podpalić jej włosy, jednak bez powodzenia. Następnie obwiązał jej szyję linką holowniczą, wywlókł z mieszkania i zaciągnął na parking pod budynkiem. Tam kijem rozbił okna w kilku samochodach, po czym cisnął cegłówką w okno kuchenne 53-letniej Agnes Erume.

Następnie wdarł się do jej mieszkania i zawlókł ją po schodach na parking. Położył ją obok Carli i związał obie kobiety za szyje. Mimo że były już nieprzytomne, napastnik nie przestawał skakać po nich i ich kopać. W końcu na miejscu zdarzenia zjawili się policjanci. Daniel, stojąc nad nieprzytomnymi kobietami, przyjął wtedy pozycję kojarzącą się ze sztukami walki kung-fu. Policjanci użyli bojowego gazu łzawiącego, jednak nie przyniosło to spodziewanego skutku. Oficerowie, wezwawszy posiłki, zaczęli zbliżać się do mężczyzny, który wskoczył na maskę najbliższego samochodu i zaczął bić się w piersi "zupełnie jak Tarzan". Po chwili zeskoczył na ziemię i obrzucił policjantów tym, co nawinęło mu się pod rękę. Dopiero po 20 minutach udało im się go obezwładnić i zapakować do radiowozu. Carla Thompson, której napastnik zadał ponad 50 ran, zmarła 21 godzin później.

Lekarze nie dawali szans na przeżycie Agnes Erume, ta jednak zdołała przetrwać krytyczny moment. Szczęśliwie dla siebie nie pamiętała w ogóle, jak doszło do ataku. Zazwyczaj po zabójstwie aresztowany spędza noc na komisariacie, po czym z samego rana trafia przed oblicze sędziego pokoju, który kieruje go do więzienia kategorii B, gdzie może zostać poddany badaniu psychiatrycznemu. Jednak przypadek Josepha już od początku był nietypowy.

Sylvia oznajmiła, że pacjent jest bardzo pobudzony i nie przemawiają do niego żadne argumenty. Zasugerowała, żebym wszedł do sali razem z zespołem szybkiego reagowania i zastosował szybkie uspokojenie. Szybkie uspokojenie zarezerwowane jest dla sytuacji nadzwyczajnych, gdy zagrożone jest bezpieczeństwo i zdrowie pacjenta. Teraz mieliśmy do czynienia z tego rodzaju przypadkiem. Poprosiłem o przygotowanie standardowego zestawu do wykonywania szybkiego uspokojenia: w jego skład wchodziła igła motylkowa, nasączony alkoholem wacik medyczny, dwie strzykawki dziesięciomililitrowe i kilka fiolek diazemulsu (środka w formie mlecznobiałej cieczy stanowiącego zastępnik diazapamu, którego nie stosuje się już w brytyjskich szpitalach psychiatrycznych) oraz haloperidolu, leku przeciwpsychotycznego, podawanego albo domięśniowo, albo dożylnie, przy czym w tamtych latach preferowano tę drugą metodę aplikacji.

Następnie poinformowaliśmy sanitariuszy (wezwanych z innych oddziałów), jaki jest plan. Obezwładnienie kojarzy się fatalnie i jego zastosowanie każdorazowo musi być zarejestrowane (najlepiej na nagraniu z kamer monitoringu), a potem poddane ocenie. Celem zastosowania środków przymusu bezpośredniego jest obezwładnienie pacjenta w sposób planowy, bezpieczny dla niego i nieuwłaczający jego godności. Czas zastosowania obezwładnienia ograniczony jest do kilku minut – to okres, który musi wystarczyć do podania stosownych leków i umieszczenia chorego w izolatce. Zanim zdążyliśmy wejść do pomieszczenia, w którym przebywał Joseph, wybiegły stamtąd dwie pielęgniarki, których zadaniem było obserwowanie pacjenta, i zatrzasnęły za sobą drzwi.

Dopiero wtedy popatrzyłem do środka przez okienko. Joseph był olbrzymem –  muskularnym młodym mężczyzną, mierzącym dwa metry wzrostu. W chwili, kiedy go zobaczyłem, mocował się z drewnianą ławką, usiłując wyrwać jedną ze sztachet. Bez problemu poradził sobie z mosiężnymi śrubami i już po chwili zaczął okładać deską nietłukącą się szybę chroniącą telewizor we wnęce ściennej. Zachodziła obawa, że może się zranić. Ale równocześnie chyba wszystkich bardziej niepokoiła inna myśl; że pacjent może wydostać się z pomieszczenia i nas zaatakować. W tym momencie dały się słyszeć syreny policyjne i pod budynek zajechały trzy furgonetki Terytorialnej Grupy Wsparcia (ang. Territorial Support Group, TSG), czyli oddziałów specjalnych policji kierowanych do tłumienia zamieszek. Kiedy wyszedłem na parking, funkcjonariusze przygotowywali się do akcji, zakładając wyposażenie bojowe.

Dowodzący oddziałem sierżant poinformował mnie, że byli już dwukrotnie wzywani do zatrzymanego – pierwszy raz w momencie aresztowania, drugi zaś, gdy Joseph zaczął demolować oddział psychiatryczny o podstawowym zabezpieczeniu, z którego przywieziono go do nas. Za vanami oddziałów do tłumienia zamieszek zaparkował radiowóz oraz kolejna furgonetka, z której wysiedli policjant z wyszkolonym psem oraz dwóch uzbrojonych po zęby funkcjonariuszy. Każdy z nich na wyposażeniu miał pistolet Glock oraz pistolet maszynowy Heckler&Koch MP5 kalibru 9 mm. Na mojej twarzy musiał odmalować się niepokój, bo sierżant pospieszył z wyjaśnieniami: – Nawet jeśli zdoła przedrzeć się przez nas, ci dwaj go zatrzymają. Na tym etapie było już jasne, że to poważna sytuacja.

Po chwili zobaczyłem, jak na parking wjeżdża auto mojego przełożonego. Doktor David Mottershaw był doświadczonym lekarzem, umiał być stanowczy i rzeczowy. Jego akcent nie pozostawiał złudzeń, że pochodzi z innego miejsca niż hrabstwo Lancashire. Informacje o incydencie dotarły do niego, gdy jechał do pracy. Dołączywszy do naszej grupy, wyjaśnił mi, że sprawa Josepha została już omówiona na wyższym szczeblu. Ze względu na stopień zaburzenia pacjent ten powinien zostać skierowany do placówki o wzmocnionym zabezpieczeniu. Jak się okazało, na przyjęcie go wyrażono już zgodę w szpitalu Broadmoor w hrabstwie Berkshire, przy pominięciu czasochłonnych procedur i zatwierdzenia przez komisję decydującą o przyjęciu nowych pacjentów. Gdy rozmawiałem z doktorem Mottershaw, na parking wjechała karetka pogotowia. Sierżant TSG, z którym rozmawiałem wcześniej, wdał się w rozmowę z jednym z uzbrojonych po zęby policjantów oraz z oficerem głównodowodzącym operacją z ramienia policji. Uzgodniono, że ponieważ pacjent uzbrojony jest w drewniane sztachety wyrwane z ławki, zastosowanie standardowych technik obezwładniania byłoby zbyt ryzykowne. Zapadła decyzja, że do akcji wkroczą policjanci z oddziału do tłumienia zamieszek wyposażeni w tarcze. Celem było podanie pacjentowi środków uspokajających. Nad tym, w jaki sposób przetransportujemy go potem do placówki o wzmocnionym zabezpieczeniu, mieliśmy się zastanowić potem.

Podczas gdy my dyskutowaliśmy, Joseph demolował pomieszczenie, w którym był przetrzymywany. Widziałem, że doktor Mottershaw zaczyna się niecierpliwić. W końcu oświadczył sierżantowi, że powinni niezwłocznie wkroczyć do akcji, gdyż zachodzi ryzyko, że pacjent popełni samobójstwo. Sierżant poprosił mojego przełożonego, żeby pokrótce wyjaśnił członkom oddziału, czego mogą się spodziewać. Po chwili wokół lekarza zebrała się mniej więcej 30-osobowa grupa rosłych policjantów z oddziałów specjalnych. Mężczyźni byli już w pełnym rynsztunku bojowym: na głowach mieli hełmy z przyłbicami, na nogach ochraniacze, w rękach dzierżyli tarcze. David Mottershaw potoczył wzrokiem po twarzach policjantów i we właściwy dla siebie bezpośredni sposób stwierdził: – Ten facet ma dwa metry wzrostu. Jest zapaśnikiem i kulturystą. A w tej chwili zupełnie świruje. Kiedy was zobaczy, pewnie pomyśli, że chcecie go zabić. Jest głuchy, więc wchodzenie z nim w dyskusje to tylko strata czasu. Po prostu przyduście go tarczami i obalcie na ziemię. Podamy mu środki uspokajające, a potem poradzimy już sobie sami. Widziałem, jak policjantom rzedną miny. To nie przypominało akcji, do jakich byli przyzwyczajeni. Było jasne, że wkraczali na obcy dla siebie teren.

Tu mała uwaga: dla psychiatry pozbawionego stałego kontaktu z "prawdziwą" praktyką medyczną nabyte na studiach umiejętności wbicia się igłą motylkową we właściwe miejsce, umieszczenia na niej kaniuli i skutecznego podania leku dożylnego maleją z każdym rokiem. Taka myśl przeleciała mi przez głowę chwilę po tym, jak uświadomiłem sobie, że gdy doktor Mottershaw mówił "podamy mu środki uspokajające", tak naprawdę miał na myśli mnie. 

Książka "Jak człowiek staje się mordercą, mroczne opowieści psychiatry sądowego" zostało wydane przez Wydawnictwo Feeria Science

DOSTĘP PREMIUM