Jedna żona w Ameryce, a druga żona w Polsce. Kto ma prawo do zwłok? Problemy Polaków z Greenpointu [FRAGMENT KSIĄŻKI]

W książce "Greenpoint. Kroniki Małej Polski" Ewa Winnicka opowiada o historii "Polish neighborhood", poczynając od XVII wieku, poprzez kolejne punkty zwrotne, fale imigrantów, rewolucje i przełomy. Autorka śni razem ze swoimi bohaterami amerykański sen.

Fragment książki "Greenpoint. Kroniki Małej Polski":

Artur, 1998

Ciągle ktoś mnie pyta: "Taki młody człowiek, dlaczego akurat funeral home?". Odpowiadam: dlaczego nie? […]

Przyzwyczajenie do zawodu nie trwało długo. Może po miesiącu czułem się bardzo dobrze. Nie myślałem za wiele, tylko chciałem to, co robię, zrobić jak najlepiej.

Mam poczucie, że robię dla nich coś dobrego. O własnej śmiertelności w pracy nie myślę. O cudzej więcej. Szczególnie o tych rodzinach, w których dzieje się tragedia. Ja, można powiedzieć, poznaję tajniki życia ludzkiego w głębszym wymiarze. I uważam, że ludzie ze śmiertelnością są na bakier, co generuje dalsze problemy.

Będę podawać przykłady.

Przyjeżdża tu żonaty mężczyzna. Nielegalnie, więc może się zdarzyć, że się tu żeni z amerykańską Polką dla papierów. Albo nawet z nowej miłości. No i teraz jedna żona w Ameryce, a druga żona w Polsce. Gość umiera i nie wiadomo, która ma prawo do zwłok. Okazuje się, że gość nie ma rozwodu w Polsce. Najczęściej polska żona nic nie wie o amerykańskiej. I teraz my musimy z tym dilować, bo musimy ustalić, kto ma prawo do pogrzebu. To nie jest takie śmieszne, w Polsce zaczynają się dziać sprawy majątkowe. Mieszkania, samochody. I spadkobiercy.

I teraz tak: prawnie żona amerykańska ma większe prawo niż ta w Polsce. Bo ostatnio wzięty ślub się liczy. Jedna chce chować w USA, a druga w Polsce. I one muszą się dogadać. Takie dogadywanie trwa. Nagle żona w Polsce się orientuje, że ze względu na to, że mąż ożenił się Ameryce, ona nie może wyciągnąć aktu zgonu, bo jest już osobą obcą. A bez aktu zgonu nie udowodni nikomu, że człowiek nie żyje. Nie sprzeda domu, nie podzieli majątku.

Ostatnio leżał tu pan. Miał tu konkubinę, żył z nią długo i szczęśliwie. Ale w Polsce miał grób rodzinny. Bardzo chciał tam leżeć. Wiem o tym, bo go znałem. Zresztą na kartce napisał. Umarł i zaraz zgrzyt się taki zrobił, że nie pozwolili go pochować w tym grobie. Była nierozwiedziona żona nie pozwoliła. Czekaliśmy, czekaliśmy, w końcu z tą panią konkubiną kupiliśmy grób na warszawskim Bródnie i go odesłaliśmy. Nie minęło wiele czasu, kiedy ci polscy państwo, którzy się sprzeciwiali, zorientowali się, że są majątkowe rzeczy do ogarnięcia. I nagle akt zgonu potrzebny. Zaczęli wydzwaniać do konsulatu, do mnie, wszędzie. Tylko że ja, żeby ta druga babka mogła pochować człowieka w Polsce, napisałem, że on był divorced. Okey? Co miałem zrobić? W konsulacie mówią, że mu nie wyciągną, bo nie mają takiego prawa. Więc dla Polski on wciąż żyje.

Swoją drogą, ile rodzin pobiera polskie emerytury na zmarłych emigrantów, to też jest temat.

Takie historie ludzkie mam non stop. Dlatego uważam, że ludzie powinni się ze sobą godzić.

Czasami sprawy trwają za długo. Miałem starszą panią, cztery miesiące u mnie czekała, bo syn na wakacje jechał, potem mówił, że nie ma czasu, bo podatki musi robić. A mama sobie kimała. Nie mnie oceniać, może niewielki kontakt mieli, tylko przez przekazy pieniężne.

Z drugiej strony bardzo przykra sytuacja w zeszłym roku. Pan pracował trzydzieści lat, nielegalnie, kupił bilet, żeby wreszcie wrócić na stałe, na Boże Narodzenie. W piątek miał ostatni dzień w pracy, a samolot w środę. Tylko jak zaczął się żegnać z kolegami, to we wtorek zmarł. Stres, alkohol, wszystko. A ci w Polsce tak czekali! Rozmawiałem z córką przez telefon. Mówili, że koniecznie trzeba wysłać ojca. Tylko mnie prosili, żeby nie w Boże Narodzenie, tylko trochę później.

Niektóre przypadki ocierają się o kryminał. Proszę posłuchać: on był przemocowy, ona uległa, wszyscy słyszeli o awanturach. Oboje około sześćdziesiątki. Ale do czasu. Jak się któregoś dnia zaczął awanturować, to go w końcu pani młotkiem trzepnęła. Przewrócił się i stracił przytomność. Na drugi dzień wezwała ambulans, pan był w śpiączce. Wsadzili go pod maszyny, leżał sobie. Brat pana był podejrzliwy, że to nie nieszczęśliwy wypadek. Pan leżał, leżał, aż zmarł. Pani nie chciała sekcji zwłok, tylko jak najszybciej odesłać ciało do Polski. To odesłałem. Tymczasem brat poszedł na policję, a do mnie zadzwonił detektyw, że pan miał ślad młotka odciśnięty w czaszce. Tyle że ten nieżywy pan już frunął nad oceanem. I pani się upiekło.

Kiedyś miałem pana, co zmarł. Nie pamiętam już na co. Okazało się, że miał łódkę, a na tej łódce znaleźli trzy ciała w złym stanie. Znaleźli je, bo łódka była niepłacona.

Takie rzeczy. Nie mogę powiedzieć, że jest jeden główny powód śmierci, można powiedzieć, nienaturalnych. Jak ktoś ma dziewięćdziesiąt pięć lat, to it’s time to go, naturalnie. Są trzy powody. Kiedyś, podobnie jak w przeszłości, to alkohol. Nie tylko jest to kwestia wątroby, ale również wypadków po spożyciu. W pracy i podczas czasu wolnego. Kiedyś koledzy z firm kontraktorskich, jak szli rano do pracy, to po trzech piwach. W przerwie kielich, co chwila ktoś ma urodziny. Wielu tych kolegów przebywało bez pilnujących ich na co dzień ślubnych żon. Więc następował alcohol abuse, bo któregoś dnia organizm przestawał przerabiać.

Z moich statystyk wynika, że tak wielu samotnych mężczyzn podatnych na alkohol na Greenpoincie to już nie ma. Pokończyły się czasy zarobkowych wyjazdów, łatwiej jechać do Europy. Do Ameryki to może wypychać już tylko polska tradycja.

Większy problem, jaki widzę, to jest śmierć przez narkotyki, overdosing. Mieszanki Bóg wie czego i opioidy. Wczoraj miałem czterdziestoparolatka, ale zwykle ofiary są młodsze. Skąd biorą narkotyki? Z apteki. U nas na Greenpoincie wybuchła afera, kiedy okazało się, że właściciele poważnej apteki zaszaleli i zaczęli sprzedawać te opioidy nielegalnie, za to na masową skalę. Dla mnie szok, bo ja znałem tych ludzi, do głowy by mi nie przyszło, że kombinują, gdyby nie interwencja FBI. Apteka świetnie dawała sobie radę; widocznie to było mało.

Ponieważ te opioidy coraz trudniej dostać, młodzi przerzucają się na coś taniego. Amfę, metę albo diler coś pomieszał i sprzedał. Kolega ma zakład w Pensylwanii, to mi dzwonił, że mu siedemdziesiąt dzieciaków zmarło w jeden weekend, bo ktoś coś źle pomieszał. U mnie dwudziestu rocznie, w większości młodzi ludzie.

Miałem takiego pana, pięćdziesiąt osiem lat, nagła śmierć. Żona z Polski dzwoni, co się stało. Nie wiadomo, bo jeszcze wyników sekcji zwłok nie było – mówię. Po jakichś miesiącach ona dzwoni, czy już wiem, czy mogę sprawdzić, czy on jest w systemie. Otwieram komputer, patrzę, jest: abuse of cocaine. Dajcie spokój, myślę. Żona zbladła, bo myślała, że normalnie miał zawał, jak to na Greenpoincie.

Samobójstwa też się liczą, choć kolega z Warszawy mi mówił, że nie tak jak w Polsce. Tu zdarzają się, powiedzmy, samobójcze wypadki. Akurat w zeszłą niedzielę chłopak sobie w głowę strzelił. Ale to można zrozumieć: miał rodzinę, dwójkę dzieci, może pokłócił się z żoną, obraził się, nie wytrzymał.

Na wielu moich klientów czekają groby w Polsce. Oczywiście najłatwiej zorganizować przewóz urny. Urnie muszą towarzyszyć pewne dokumenty, przede wszystkim ze względów epidemiologicznych. Ale ludzie są mądrzejsi i przewożą urny w bagażu osobistym. Jedna pani po śmierci konkubenta wysłała go żonie w zwykłej paczce. Dołożyła jakieś przybory szkolne, zabawki dla dzieci. Ale prześwietlili tę paczkę na cle w Warszawie i sanepid zatrzymał urnę. Biedna polska żona nie miała pojęcia, że mąż został wysłany. To nie jest mądre. Oszczędza się może trzysta dolarów, a generuje kłopoty na miesiące.

Ja moim klientom niczego nie mogę kazać. Na przykład jak chcą rozsypać najbliższych nad Rzeką Wschodnią, bo takie też miałem przypadki. W Ameryce nie można nikogo tak sobie rozsypywać. Mogę doradzić, żeby tego nie robić.

W szczytowych czasach dzielnicę obsługiwało dwanaście domów pogrzebowych, w większości polskojęzycznych. Na Driggs, Meserole, Metropolitan; dużo. Pierwszy był John Smolenski na Manhattan Avenue. Te zakłady się zamykały, bo dzieci nie chciały działać w biznesie funeralnym. Po śmierci Smolenskiego zakład prowadził Leon Klementowicz, ważna postać na Greenpoincie, współzałożyciel polskiego banku. Dostał zawału serca w samochodzie i umarł. Jeszcze pani Klementowiczowa prowadziła, ale też zamknęła.

Kiedy inni się zamykali, ja poczułem, że jest nisza. W budynku, w którym się znajdujemy, już wcześniej mieścił się zakład pogrzebowy. Poprzedni właściciel prowadził go trzydzieści lat. Pracowałem u niego, a on ciągle mówił, że chce sprzedać i że ja mam kupić. Wreszcie doszedłem do wniosku, że spróbuję. Było pożyczanie, od kogo się dało, i remontowanie. Jednoczesne pracowanie w innym funeral home, żeby na to wszystko zarobić. Masakra, na szczęście rodzice mi pomagali. Zajęło mi cztery lata, żeby wyjść na prostą.

Czy na rynku jest silna konkurencja?

Absolutnie, chociaż ceny zależą od dzielnicy. Miałem praktyki w Manhasset na Long Island. Mieszkają tam CEO-si największych korporacji. Wielkie wille, wielkie rachunki za pogrzeby, pięćdziesiąt tysięcy dolarów za człowieka. A potem jedzie się z tego Manhasset trzydzieści kilometrów na zachód i za człowieka jest pięć tysięcy. Duża rozpiętość cen, ale nie ma żadnej mafijności.

Dom pogrzebowy nie może być właścicielem ani krematorium, ani cmentarza. Żeby sobie nawzajem nie zlecały. Nie można zostawiać wizytówek w szpitalach. Jak słyszałem o tym podbieraniu nieboszczyków w Polsce, to o tym tutaj nie ma mowy. Ambulance chasing – może to było pięćdziesiąt lat temu, ale nie teraz. Jak ktoś do mnie nie zadzwoni, to ja nie jestem w stanie wiedzieć, kto zmarł.

Nie mówię, że nie można się polecać.

Ja należę do różnych organizacji funeralnych. Robimy reklamy w gazecie, supportujemy akcje charytatywne, kościoły. Działam w polonijnych organizacjach.

Parafie – bez komentarza. Na pewno księża mają swoje preferencje, ale więcej zależy, jak kto przeżył pogrzeb. I czy poleci znajomemu mój zakład. Krótko mówiąc: żeby biznes się opłacał, muszę zrobić sto serwisów rocznie. Robię więcej.

Wszyscy się pytają, czy ludzie w  moim biznesie piją. Może w Polsce, tu nie ma mowy. Jak ktoś o to pyta, to znaczy, że ma starą mentalność. Przecież trzeba rozmawiać z klientem, odwieźć dokumenty, gdzieś zadzwonić. Gdybym to robił na bani, to by było trochę crazy, prawda? Smutek przeżywamy we własnym zakresie, w domu. Wiadomo, że jak się chowa dziecko albo kogoś młodego, to jest straszny żal. Po czymś takim trzeba się chwilę wyciszyć.

Na Greenpoincie zapuściłem korzenie prywatne i zawodowe. Moja żona tu się urodziła. Jest księgową. Reprezentujemy dead and taxes, dwa pewne biznesy w Ameryce.

Lubię mieszkać w tej dzielnicy, ale wolałem lata dziewięćdziesiąte, kiedy ludzie znali się nawzajem. Dzień dobry, dzień dobry, szedłeś Manhattan Avenue i znałeś wszystkich. Dziś nie znasz prawie nikogo, bo to już Amerykanie, którzy żyją w swoim świecie. Jeszcze w mojej części Greenpointu, w okolicach Driggs i McGuinness, zna się sąsiadów. Jeszcze nie sprzedali swoich domów. Jeszcze się bronią przed amerykańskim huraganem.

Dziesięć lat temu był szał na sprzedawanie domów, a ja uważam, że to wielki błąd, że Polacy sprzedawali. Mówili, że oferta była atrakcyjna. Tylko że teraz jest jeszcze bardziej atrakcyjna i dalej rośnie. Zaczęło się od Bedfordu na Williamsburgu, gdzie zjawiło się dużo yuppies i artystów mówiących po angielsku. Otwierały się knajpy. Było wiadomo, że oni przejdą przez park McCarren na naszą stronę. To była kwestia czasu, bo ile ten Williamsburg może tych hipsterów pomieścić i nie pęknąć.

Razem z cenami urosły czynsze. Chodzi się po Manhattan Avenue, sklepy wolne. Nie wiadomo, czy to te zabójcze czynsze, czy pomysłu nie ma.

Napływ Amerykanów i odpływ Polaków powoduje, że ze względu na słabą frekwencję trudno zorganizować bal polonijny, nie mówiąc o paradzie Pułaskiego. Coraz mniej ludzi, za to coraz więcej polityki wśród osób starszych. I konfliktów, muszę powiedzieć. Mamy spory w polskim banku, w Centrum Polsko-Słowiańskim. Uczestniczą w nich osoby w wieku powyżej sześćdziesięciu lat, które reprezentują mentalność z dawnej Polski, opartą na konflikcie i nieufności.

Jeśli chodzi o te spory polityczne, to mnie pani nie namówi na zwierzenia. Straszna walka. Mam taki biznes, jaki mam, i chciałbym chować obie polityczne opcje.

Książka "Greenpoint. Kroniki Małej Polski" Ewy Winnickiej została wydana przez Wydawnictwo Czarne, premierę miała 16 czerwca 2021

DOSTĘP PREMIUM