Spinalonga. Trąd w jedną noc tak zmienił jego twarz, że nie mógł już uniknąć zesłania [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Małgorzata Gołota napisała wstrząsający reportaż o Spinalondze, wyspie-więzieniu, miejscu odosobnienia ludzi chorych na trąd.

Ze Spinalongi nie było ucieczki, ludzie tu umieszczeni znikali z rejestrów i dokumentów, skazani na powolną śmierć fizyczną, wcześniej doświadczali śmierci cywilnej. Dzieci zabierano im po kilku dniach od narodzin. Społeczeństwo i własne rodziny odrzuciły ich na zawsze, mimo że wynaleziono już skuteczny lek. Po istniejącym w pierwszej połowie XX wieku leprozorium na Spinalondze nie zostały niemal żadne dokumenty ani zdjęcia, trędowatych z wyspy do dziś otacza zmowa milczenia. Małgorzata Gołota dotarła do ostatnich świadków historii.

Fragment książki "Spinalonga. Wyspa trędowatych":

Wtedy, w 1936 roku, wokół Spinalongi unosi się nieznośny odór. Przybysze z dalekich stron nie zawsze wiedzą dlaczego, ale miejscowi nie mają wątpliwości: to gniją ludzie. Tak śmierdzą ciała trędowatych, którzy jeszcze nie umarli.

Epaminondas Remoundakis, który stoi na przystani w rybackiej osadzie Plaka, położonej naprzeciwko Spinalongi, kilkaset metrów od jej brzegów, również wie, skąd dobiega smród, zdaje sobie sprawę z tego, co znajduje się na wyspie. Wysoki, szczupły młody człowiek głęboko wdycha fetor. Do niedawna cieszył się ogromnym zainteresowaniem młodych panien. Jak na studenta przystało, ubiera się elegancko, zwykle pod krawatem. Bystry, uważany za niezwykle atrakcyjnego, potrafił latami kryć swoją słabość pod przykrywką pewności siebie. Zdarzały się nawet dni, w których zapominał o tym, że trąd dawno wydał na niego wyrok śmierci. Pieczęć losu. Tak o tym myślał wtedy, kiedy zapomnieć nie mógł.

Teraz stoi na pomoście i oddycha głęboko, chcąc oswoić się z wonią zgnilizny, nim stanie przed bramą prowadzącą do znajdującej się na wyspie osady, w której spędzi resztę życia. W 1936 roku ma zaledwie dwadzieścia jeden lat. Jeszcze kilka tygodni temu snuł marzenia o czekającej go po studiach na ateńskim uniwersytecie karierze prawniczej, choć przecież od wielu lat żył ze świadomością swojej choroby. I doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej czy później zaprowadzi go ona właśnie tutaj. Nadzieję na to, że nigdy się to nie wydarzy, mógłby mieć tylko głupiec. On jednak ją miał i może właśnie dzięki niej przeżył ostatnie lata, pozbawiony matki, z dala od ojca i rodzinnego domu. Miał tylko Marię, starszą siostrę, a i ją niedawno mu zabrano. Teraz on sam, tak jak Maria kilkanaście miesięcy wcześniej, czeka na Aleksandra, który zniszczoną drewnianą łodzią zawiezie go na wyspę. Maria, tak jak Epaminondas, ma trąd.

Oboje przez lata ukrywali się w Atenach, wysłani tam przez najbliższych z kreteńskiej wsi Agia Triada. Było im ciężko z daleka od wszystkiego, co znali, ale mieli siebie nawzajem. Epaminondas, zwany zdrobniale przez rodzinę i przyjaciół Nondasem, mógł chodzić do szkoły – na jego ciele nie było widocznych śladów trądu. Maria nie miała tyle szczęścia. Jej ciało gniło, a twarz, wyraźnie zmienioną przez trąd, trzeba było ukrywać przed światem. Kiedy jednak ktoś przypadkiem ją zobaczył, oboje, Nondas i Maria, mówili, że rysy dziewczyny zniekształciły poparzenia, jakich doznała w pożarze. Gdyby ktoś doniósł na policję, że ona i on są chorzy, trafiliby do leprozorium, możliwe, że na Spinalondze – oboje przecież pochodzili z Krety. A Spinalonga jest gorsza niż śmierć. Maria przebywała więc głównie w domu, czytała, szyła, gotowała, sprzątała, czekała, aż Nondas wróci ze szkoły, potem z uniwersytetu, i opowie jej, co robił w ciągu dnia, z kim się spotkał, z kim rozmawiał. Starali się żyć normalnie.

Bali się, to oczywiste, ale strach nie przyćmił ich czujności. Najpierw ojciec, potem już sam Nondas za każdym razem wybierał dla nich lokum położone trochę na uboczu. Tylko takie domy lub mieszkania wynajmowali. Wszystko po to, żeby uniknąć bliskich relacji z sąsiadami, chociaż ci przecież byli zawsze, nawet jeśli dom Marii i Nondasa od tego sąsiedzkiego znajdował się stosunkowo daleko.

To dlatego często zmieniali miejsce zamieszkania, a przeprowadzki organizowali z najwyższą ostrożnością, jak w 1931 roku, gdy wprowadzali się do domu przy ulicy Liossion. Z rzeczami załadowanymi na ciężarówkę zrobili kilkanaście objazdów po mieście, by upewnić się, że nikt ich nie śledzi, chociaż i to nie gwarantowało pełnego bezpieczeństwa. W domu przy Liossion faktycznie nie mieszkali długo. Musieli się wyprowadzić, gdy ktoś doniósł na nich zarządcy nieruchomości. 

Ze wspomnień Remoundakisa:

Dwa miesiące przed zakończeniem umowy najmu odwiedzili mnie dwaj mężczyźni: zarządca naszej nieruchomości w towarzystwie kierownika hotelu znajdującego się tuż przed starą kliniką mojego brata. Kierownik usłyszał od jakiejś dobrej duszy, że moja siostra jest chora. Obaj panowie przyszli, żeby poinformować mnie, że córka zarządcy niebawem bierze ślub, a dom, w którym mieszkamy, ma otrzymać w posagu. Powiedziałem mu, że nasza dzierżawa wygaśnie dopiero za dwa miesiące, a ja już zapłaciłem za ten okres czynsz. Na co on odpowiada: „Jeśli nie posprzątasz domu w ciągu trzech dni, zgłoszę cię na policję za… no cóż, wiesz dlaczego!". Potem odwrócili się na pięcie i odeszli, pozostawiając nas sparaliżowanych w sytuacji tego nieoczekiwanego zagrożenia[1].

Mimo wszystko Remoundakisowie będą się skutecznie ukrywali w Atenach aż do września 1935 roku, gdy donos w sprawie trędowatej Marii zostanie złożony w ateńskiej policji.

Na ciele Nondasa przez wiele lat nie było nic, co mogłoby wzbudzić choć cień podejrzenia u zdrowych ludzi. Kiedy jednak stracił Marię, kiedy i jego samego kilka miesięcy później uwięziono, wystarczyło zaledwie kilka godzin, jedna noc w komisariacie i zmienił się nie do poznania. Trąd tak wyraźnie zaznaczył swoją obecność na jego twarzy, że nie mógłby dłużej unikać zesłania.

Tamtej nocy – w 1936 roku, niedługo po tym, jak po raz pierwszy postawił stopę na pomoście Spinalongi – zanotował w dzienniku: "Kilkaset metrów od brzegu, na łodzi, którą prowadził Aleksander, mój Charon, odzyskałem przytłumione rozpaczą zmysły. Wpatrywałem się w ogromną fortecę, była tuż przede mną. To ona miała mnie strzec i ustalać granice ziemi, na której będę żył. Wyniosła, masywna i niedostępna"[2].

***

Wyspa jest niemal pozbawiona plaży. W całości zabudowana, tylko gdzieniegdzie poprzetykana zielenią drzew. Sucha i skalista. Nie pasuje do rajskich widoków zatoki Mirabello. Spinalonga sprawia wrażenie rzuconej tu trochę przypadkiem.

Kilkunastu starców spogląda na Remoundakisa. Nie wiedzą jeszcze, co o nim myśleć. Wygląda inaczej niż każdy inny mieszkaniec kolonii. Ma na sobie schludny strój, tak różny od łachmanów, w których chodzą oni. Ma też krótko przystrzyżone, uczesane włosy. Siedzi na tarasie przed nimi, spoglądając na morze. Wiedzą, że jest mądry, potrafi pisać i ładnie mówi. Oni sami nigdy do szkoły nie chodzili, w wiejskich domach panowała bieda. Nie potrafią się nawet podpisać.

Jeden po drugim podchodzą do tego młodego człowieka, żeby się przedstawić. I mówią: – Powiedzieli nam, że weźmiesz nas pod opiekę. Chcemy ci przyrzec, że zrobimy wszystko, cokolwiek postanowisz.

Mówią o tym, co ich trapi, już od pierwszych dni traktują go jak wyrocznię. Na wyspie jest wtedy trzysta trzydzieści osób, z których trzydzieści to pozostawieni samym sobie obłożnie chorzy. Wioska jest brudna, wokół domów zalegają śmieci. Wszędzie pałętają się kury. Obok wielu kwater stoją proste szafki z przewierconym blatem, które zastępują toaletę. Do nich chorzy się wypróżniają. Odkąd prawie czterdzieści lat temu wyjechali tureccy osadnicy, domów nikt nie pobielał.

W aptece brakuje leków, dostępne są tylko aspiryna, jod, kwas borowy, laudanum – nalewka z opium. Czasem na półkach pojawia się olej czaulmugrowy (chaulmoogra), czasem można dostać wyciąg z krzyżownicy (polygali) lub pokrzyku wilczej jagody (belladonny). To nie zmieni się aż do końca drugiej wojny światowej.

Brakuje też bandaży. Chorzy sami opatrują sobie rany, używając do tego fragmentów tkanin z własnej starej bielizny. Próbują dbać o rany. Robią okłady z mydła i cukru albo z nasączonych oliwą z oliwek liści diktamosu (lebiodki kreteńskiej), rośliny uważanej na Krecie za lek dobry na wszelkie dolegliwości[3]. "Bandaże" zmienia się codziennie, by potem odłożyć je w dużych koszach. Niemal natychmiast obsiadają je muchy. Na wyspie jest w tamtym okresie dziesięć praczek, żon chorych pacjentów. Za każdym razem, gdy przychodzą po kosze z brudnymi "bandażami", mocno nimi potrząsają, a potem czekają, aż wypadną z nich wszystkie robaki.

Nondas musi działać szybko. Prędzej czy później trąd dopadnie i jego, to wie na pewno. W ciągu kilku kolejnych lat przekona się, że choroba uczyni go bardziej zależnym od innych, niż w tej chwili przypuszcza.

Potrzebuje tylko czasu, by chorzy mu zaufali. Niebawem zaczną między sobą szeptać: "Remoundakis jest naszym zbawicielem". Nie wszyscy i nie do końca rozumieją, co ma na myśli, gdy po raz pierwszy zbiera ich na głównym placu osady i mówi o prawach człowieka. Wiedzieli, że mają jakieś prawa. Aż do teraz nie mieli pojęcia, co z tą wiedzą zrobić.

"Widziałem świat skrzywdzonej niewinności. Wszystko to byli zwyczajni wieśniacy. Wydawało mi się, że tęsknią za tym, aby jakaś wykształcona osoba została wysłana na wyspę właśnie po to, by bronić ich praw. Zaprowadziło mnie tutaj przeznaczenie"[4] – pisze w dzienniku Nondas.

Remoundakis jest charyzmatyczny i potrafi to wykorzystać. Po trosze to umiejętność wrodzona, po trosze udoskonalona podczas studiów prawniczych. Wiele zawdzięcza profesorom od prawa konstytucyjnego i administracyjnego. Svolos i Maridakis byli naprawdę doskonałymi mówcami. Pierwszego studenci często porównywali do Platona. Znał się na rzeczy i był niezwykle dowcipny. Drugi zwracał uwagę słuchaczy niezwykle donośnym głosem. W pamięci Nondasa zapisze się jako człowiek zdolny do wypowiadania stu trzydziestu słów na minutę. Nondas miał więc dobrych nauczycieli. To dzięki nim teraz bez większego trudu przekonuje chorych, że trzeba działać. Wierzy w to także on sam, nie wie przecież, jak długo choroba pozwoli mu żyć.

Trąd nie będzie dla niego łaskawy – pozbawi go obu dłoni, nosa i – na dwadzieścia sześć ostatnich lat życia – wzroku. Zanim jednak do tego dojdzie, Epaminondas Remoundakis zdoła na stałe zapisać się na kartach kreteńskiej historii jako buntownik ze Spinalongi.

"Spinalonga. Wyspa trędowatych" wydało Wydawnictwo Agora, data premiery - 30 czerwca 2021, książkę można kupić w kulturalnysklep.pl

DOSTĘP PREMIUM