"Kraj niespokojnego poranka". Koreanki coraz rzadziej słyszą: "Czy urodziłaś już syna?"

Korea Południowa to państwo, którego mieszkańcy żyją najdłuzej na świecie. Wielkie bogactwo spotyka się tam ze skrajnym ubóstwem. Religie konkurują ze sobą niczym firmy, a wojny toczą nie tylko partie, lecz także regiony, pokolenia oraz płcie. Koreę Południową opisał Roman Husarski w książce "Kraju niespokojnego poranka".

Pod maską, którą sami Koreańczycy chcą pokazywać światu, znajdziemy trudną historię i jeszcze trudniejszą współczesność. Roman Husarski nie idzie w stereotypy i uproszczenia i podróżując po Korei, szuka informacji u źródeł - w rozmowach z ludźmi. 

Fragment książki "Kraj niespokojnego poranka":

Gdy koreańscy politycy mówią o "hwa", czyli o harmonii, ludzie niewychowani w tej części świata zazwyczaj podchodzą do tego obojętnie. Ostatecznie termin ten kojarzy się obcokrajowcom pozytywnie, jako pewnego rodzaju "jedność" lub "wspólnota". Tymczasem hwa jest jedną z najważniejszych wartości w koreańskiej kulturze, która w praktyce oznacza zwalczanie wszelkich przejawów indywidualizmu. W okresie rządów dynastycznych oznaczało absolutne podporządkowanie się jednostki i zaakceptowanie swoich ról społecznych. Porządek miał charakter kosmiczny i był tworzony od rodziny, przez władcę, aż po samo niebo. Konfucjańska wizja świata miała zapewniać stabilność, jednak często prowadziła do tragedii i rosnącego resentymentu w tkwiących w sztywnej hierarchii ludziach. W rodzinach cała władza spoczywała w rękach ojca, a młodsi mieli być podporządkowani starszym. Popularnym neokonfucjańskim sloganem edukacyjnym było "jangyuyuseo", czyli "Niech młodsi odstąpią pierwszeństwo starszym". Można sobie wyobrazić, jaki wpływ miała taka ideologia na psychikę.

Ten niezwykle trudny temat został przejmująco odmalowany przez mistrza sageuk (koreańskiego filmu historycznego) Lee Jun-ika. Sado (od tytułu pośmiertnego bohatera) opowiada autentyczną historię księcia Jangheona (1735–1762), który został skazany przez ojca na śmierć głodową przez uwięzienie w skrzyni na ryż. Widz obserwuje zmagania młodego księcia (w tej roli znany z młodzieżowych dramatów Yoo Ah-in), który bezskutecznie próbuje usatysfakcjonować surowego ojca (rewelacyjna kreacja Song Kang-ho), nie dając sobie rady w świecie sztywnych konfucjańskich ram. Jangheon niczym w antycznej tragedii staje przed niemożliwym do dokonania wyborem, a jego ucieczka z pałacu i szaleństwo wydają się w pełni zrozumiałe. Wraz z rozwojem fabuły obserwujemy rosnącą przepaść pomiędzy dwiema postaciami, które stają się alegoriami dwóch archetypicznych figur w kulturze koreańskiej – konfucjańskiego uczonego i szamana.

Konflikt pomiędzy chłodnym racjonalizmem chińskiej filozofii a emocjonalnym, zakorzenionym w naturze światem rdzennych koreańskich wierzeń sięga tysiąca lat. Widoczny był szczególnie w okresie dynastii Yi. Konfucjańskie władze obawiały się wszystkiego, co niekontrolowane. Szamanizm był określany jako "zabobon", a rytuałom nadawano konfucjańską, pozbawioną transu formę. Jednak nawet w okresie największej kontroli zdarzali się arystokraci, jak również władcy, którzy nie wytrzymywali presji i uciekali w szamanistyczną mistykę, dając upust emocjom. Konflikt objawia się w zsekularyzowanej wersji także w dzisiejszej Korei. Młodzi ludzie coraz częściej krytykują "brak współczucia" swoich ojców, bezlitosną hierarchię społeczną i skostniały system edukacji, oparty głównie na uczeniu się na pamięć i pozbawiający dzieciństwa. Okrutna kara za nieposłuszeństwo księcia jest również owocem hipokryzji – król nie chce, by w pałacu polała się szlachetna krew. Do konfucjańskich zasad podchodzi pragmatycznie, uważając, że choć są wymagające, przynoszą więcej dobra i "ocalą królestwo" – jest to argumentacja bliska współczesnej konserwatywnej scenie politycznej w Korei.

Konfucjanizm to jednak nie wszystko. Zbyt często nadużywa się tych ram interpretacyjnych w odczytywaniu koreańskiej kultury. Pewien amerykański wykładowca z Uniwersytetu Hankuk w okresie moich studiów napisał nawet artykuł, w którym sugerował, że k-pop jest neokonfucjańską pornografią. Choć echa etyki konfucjańskiej można odnaleźć we współczesnej koreańskiej moralności, nie należy ich wyolbrzymiać. Młodzi ludzie nie wydają się specjalnie zainteresowani tym, w jaki sposób siła li kształtuje świat. Kobiety coraz rzadziej słyszą powszechne kiedyś pytanie: "Czy urodziłaś już syna?". Badania jasno pokazują, że starsi ludzie nie mają w Korei lepszego statusu niż w innych krajach. Już od dawna nie dziwię się, gdy w środkach komunikacji młodzi ludzie nie ustępują miejsc starszym. Czy to jakiś konfucjański paradoks? Z jednej strony zapomina się, że hierarchia odnośnie do wieku obowiązywała jedynie w obrębie klasy. Konfucjański uczony nie tracił czasu nawet na znacznie starszego chłopa. Z drugiej – zbyt często pomija się temat skutków japońskiej kolonizacji na koreańską psychikę. Trzydzieści pięć lat ideologizacji zmieniło stare pojęcia i wprowadziło nowe. W skrócie: etyczne ideały zastąpił prosty kult siły, przekonanie o wyższości rasy Yamato i musztra wojskowa.  Kosmiczna hierarchia została, ale tym razem wieńczył ją cesarz Hirohito.

Jedną z wprowadzonych przez Japończyków zmian na poziomie międzyludzkim było wymaganie prawie bezwzględnego posłuszeństwa od kogoś tylko dlatego, że jest o rok młodszy. Dziś pytanie o wiek stanowi jedno z pierwszych, jakie się słyszy, poznając nową osobę w Korei. To skutek militarnej poprawki konfucjańskich zasad posłuszeństwa wobec starszych. Okupacyjny rząd składał się głównie z wojskowych, którzy zarządzali Koreą, posługując się najlepiej znaną sobie logiką. Społeczeństwo miało funkcjonować jak porządny garnizon. Rozpowszechniono termin "seoyeol", pochodzący od japońskiego "seiretsu", który oznacza „formować linię". To wtedy w Korei zadomowiły się wyrazy "sempai" (starszy) i "kōhai" (młodszy), dziś funkcjonujące w koreańskiej wersji jako "seonbae" i "hubae". W koreańskim środowisku pracy posługiwanie się tymi zwrotami to norma. Warto podkreślić, że kultura "seonbae" i "hubae" nie tyle oznacza szacunek do starszych, ile szacunek do hierarchii we własnej grupie. Formowanie linii i zwalczanie indywidualizmu ma się dobrze i dziś. Kiedyś, gdy rozmawiałem z Sun Hyoun-woo, twórcą Talk to Me in Korean, obecnie największego internetowego serwisu do nauki języka koreańskiego, wyznał mi, że zaczął się uczyć języków z powodu chęci ucieczki od hierarchii obecnej w koreańskim społeczeństwie.

–  Nie przepadam za dyskutowaniem w swoim ojczystym języku. Załóżmy, że jesteś starszy i się ze mną nie zgadzasz. Przyparty do muru możesz powiedzieć: "Jestem starszy, więc wiem lepiej". Dyskusja skończona. Prawdę mówiąc, nie wypada nawet rzucać wyzwań starszym od siebie, bo jest to uważane za bardzo niegrzeczne. Najgorsze, że już rok robi różnicę. Po angielsku można się wypowiadać znacznie swobodniej. Kwestie hierarchii są silnie związane z językiem, nic więc dziwnego, że niektórzy szukają alternatyw w komunikacji. Sun Hyoun-woo chce, by jego czteroletni syn był dwujęzyczny. Mieszkając w Seulu, zwraca się do niego właściwie wyłącznie po angielsku. O swoich wysiłkach w tej kwestii opowiada na prywatnym kanale YouTube’a, który ma ponad sto dwadzieścia tysięcy subskrypcji.

Temat hierarchii obecnej w języku jest niezwykle trudny. Gdy powstawały obie Koree, stanęły przed dylematem odpowiedzi na pytanie, jak rozwiązać ten problem. Czy w państwie komunistycznym lub demokratycznym językowa hierarchia jest jeszcze akceptowalna? Można powiedzieć, że oba systemy odpowiedziały twierdząco. Północ w typowo nacjonalistyczny sposób, uznając hierarchię za rodzinny skarb. Nawet komunistyczny zwrot "towarzyszu" funkcjonuje w dwóch różnych stopniach, w zależności od pozycji rozmówcy. Do dziś Koreańczycy z Południa dziwią się, jak bardzo sztywne są zasady mowy u sąsiadów. W programach poświęconych uciekinierom z KRLD publika wydaje okrzyki zdziwienia, gdy słyszy zwroty już na Południu nieobecne. Jest zaskoczona, kiedy dowiaduje się, że popularnej formy grzecznościowej kończącej się charakterystycznym "yo" w Korei Północnej używają niemalże wyłącznie kobiety[1].

 Marzenie o harmonii ma też ksenofobiczne i wykluczające oblicza. Jay, mój koreańsko-amerykański znajomy, o powrocie do Korei zadecydował po tym, jak do władzy doszedł Trump. Podkreślał, że jego otoczenie stało się skrajnie "toksyczne" i "upolitycznione". Jak sam dziś przyznaje, wpadł z deszczu pod rynnę.

–  Nie potrafię tu znaleźć akceptacji. Jestem strasznie samotny. Czuję się pozbawiony domu – opowiada mi podczas wspólnego posiłku doenjang-jjigae, taniej zupy z pasty sojowej wymieszanej z tofu, chili, grzybami i małżami. W pracy w firmie nie czuje się najlepiej. – Inni Koreańczycy mają mi za złe, że wciąż mam amerykański paszport. Mówią: "Jeżeli jesteś prawdziwym Koreańczykiem, to musisz z niego zrezygnować". W firmie nie traktują mnie jak swojego. Spotykam się z totalną obojętnością. Biorą mnie tylko wówczas, gdy mnie potrzebują. Wiesz, jak mówią na mnie za plecami? "Geomeun meori migugin", czyli "czarnowłosy Amerykanin". To bardzo obraźliwy zwrot. I za co to? Przed wyjazdem odbyłem służbę wojskową! Gdy byłem w Ameryce, zawsze czułem się patriotą. Kibicowałem swojemu krajowi we wszystkich ważnych rozgrywkach sportowych. Oglądałem regularnie wiadomości z kraju. Teraz okazuje się, że nie jestem wystarczająco koreański. Inni pracownicy lubią poprawiać mnie, gdy coś przekręcę w języku, którego używam. Nie chcę wracać do rasistowskiej Ameryki, ale kim ja właściwie jestem? Nie jestem ani Koreańczykiem, ani Amerykaninem.

Kolektywny impuls łączy wszystkich Koreańczyków. Nie chodzi tu o prosty nacjonalizm i gloryfikowanie państwa. Niechęć do instytucji jest powszechna. Stereotypowy Koreańczyk nie ufa politykom, lekarzom ani naukowcom, jeśli osoby te nie należą do jego grupy kontaktów. Przypomina to trochę chiński koncept guanxi, tłumaczony najczęściej jako sieć relacji czy koneksji. Koreańczycy od najmłodszych lat są uczeni, że należą do większej grupy. Pracujesz nie na siebie, ale dla rodziny, dla klasy, dla miejsca pracy, wreszcie dla miasta, dla regionu i ostatecznie dla narodu. Nie oznacza to, że Koreańczycy nie mają prywatnych pragnień i poglądów, ale często je tłumią, by sprostać wyzwaniom grupy. Tożsamość ta jest więc w pewien sposób płynna, ponieważ punkty odniesienia stale się zmieniają (inne będą w pracy, inne wśród rodziny, w kościele i tak dalej). Niestety, często ci, którzy w jakiś sposób nie potrafią sprostać lub podporządkować się kolektywnym zasadom, są skazani na wykluczenie. W Korei Północnej za złamanie zasad konsekwencje są jeszcze groźniejsze.

[1] Podobnie było w przeszłości w Korei Południowej, ale wraz z demokratyzacją forma ta się upowszechniła. Dotarła do mnie informacja, że na fali popularyzacji południowokoreańskich dram w KRLD młodzież i bogata klasa z Północy również zaczyna potajemnie używać tej formy.

"Kraj niespokojnego poranka" wydało Wydawnictwo Czarne, premiera 28 lipca

DOSTĘP PREMIUM