Maciej Siembieda kryminały pisze ręcznie, na brudno. "Często korzystam ze słownika synonimów, jestem jego fanatykiem"

- Kiedy prowadzę zajęcia ze studentami z warsztatu prasowego, wynajduję w słowniku słowa, które mają najwięcej synonimów. Są takie, które mają ich 30-40. Wtedy zadaję bestialskie ćwiczenie: proszę o napisanie jak największej liczby synonimów. Zazwyczaj nikt nie przekracza dziesięciu, a czasem pięciu - mówił w audycji "Kultura osobista" pisarz Maciej Siembieda.
Zobacz wideo

"Gambit", "Wotum" i wreszcie "Kukły" - to tylko trzy najnowsze z książek napisanych przez Macieja Siembiedę. Wieloletni dziennikarz, reportażysta i pisarz w rozmowie z Pawłem Kierzniewskim zdradził tajniki swego warsztatu. Przyznał np., że wszystkie swoje książki pisze ręcznie, "w brudnopisie". - Upieram się przy terminie "brudnopis", bo jest on pokreślony, pełen odsyłaczy. Poza tym trzeba mieć technologię, żeby zostawić miejsce na wpisanie odpowiedniego słowa - wyliczał autor cyklu kryminałów o prokuratorze Jakubie Kani. 

Okazuje się jednak, że rękopisy, choć mogłyby się wydać przestarzałe, mają swoich fanów. - Co roku dostaję prośby o przekazanie ich na WOŚP. Rękopis jednej kartki "Gambitu" został sprzedany za chyba 700 zł, natomiast rękopis "Wotum", całe cztery kartki, za ok. tysiąca zł. Myślę, że jest to kupowane jako osobliwość - podsumował autor. I dodał, że być może współczesne pokolenie debiutantów puka się w czoło, on jednak zachęca do pisania ręcznego. - Namawiam do pisania na kartce, bo to służy ulepszaniu tekstu, jego melodii - dodawał.

Co więcej, Maciej Siembieda przyznał, że w czasie pisania często korzysta ze słownika synonimów. - Jestem jego fanatykiem. Polszczyzna jest tak niesłychanie bogata, że dobieranie słów, co zawsze służy urodzie opowieści, jest rzeczą fantastyczną - zaznaczał. I, jak dodał, świadomość bogactwa naszego języka stara się szerzyć. - Kiedy prowadzę zajęcia ze studentami z warsztatu prasowego, wynajduję w słowniku słowa, które mają najwięcej synonimów. Są takie, które mają ich 30-40. Wtedy zadaję bestialskie ćwiczenie: proszę o napisanie jak największej liczby synonimów. Zazwyczaj nikt nie przekracza dziesięciu, a czasem pięciu - opowiadał w Pawłowi Kierzniewskiemu. 

- Posiłkowanie się słownikiem synonimów jest wielką przygodą, odkryciem znaczeń językowych. Może jestem starym nudziarzem, ale to dla mnie fantastyczna, doskonaląca przygoda - mówił pisarz. 

"Prawda jest fundamentem książek"

Paweł Kierzniewski pytał Macieja Siembiedę o jego najnowszą książkę "Kukły". Jej akcja dzieje się w 1997 roku, kiedy to prokurator Jakub Kania dostaje prywatne zlecenie od niemieckiej dziennikarki - ma rozwikłać sprawę pożaru jednej ze śląskich rezydencji tuż przed wybuchem II wojny światowej. Sprawa powiązana jest z makabrycznym odkryciem w tamtejszym kościele, a prowadzi do organizacji zrzeszającej ludzi Himmlera. 

Autor książki "Kukły" zdradził nazwę miejscowości, która stała się inspiracją dla fabuły kryminału. Opowiedział również historię z 1993 roku, która jest jej kanwą. - Było to odkrycie krypty grobowej z sarkofagami w kościele w Tworkowie koło Raciborza. Zawartość trumien była tak nieprawdopodobna, że niepokoiło mnie to przez wiele lat. Sensację przykryło to, że archeolodzy, którzy weszli do krypty, pochorowali się - opowiadał autor. Wspominał, że dotarł na miejsce jako jeden z ostatnich dziennikarzy. - Nie miałem już o czym pisać, ale zainteresowałem się tym, że trumny i to, co było w nich, natychmiast zamurowano w krypcie. Okazało się, że w 1993 roku weszła ekipa remontowa, potem panowie z katedry mikrobiologii, którzy pobrali próbki. Zanim wytruli, to weszli archeolodzy, którzy się pochorowali. Potem wrócili mikrobiolodzy i wytruli wszystko. Z tego reportażu wyrosła książka - opowiadał Siembieda.

Na koniec polecił również książki do czytania na wakacje - niezawodne i ponadczasowe. Zachęcamy do odsłuchania całej rozmowy z pisarzem!

A dla subskrybentów Dostępu Premium TOK FM mamy specjalny prezent - kryminał na wakacje w wersji do słuchania! Już dziś w Aplikacji TOK FM i na tokfm.pl można znaleźć książkę Macieja Siembiedy "Wotum" w formie audiobooka. To 13 godzin znakomitej lektury w doskonałej interpretacji Mariusza Bonaszewskiego. KLIKNIJ I SŁUCHAJ >>

DOSTĘP PREMIUM