"Ucieczka od bezradności", czyli jak udajemy, że śmierć nie spotka ani nas, ani naszych bliskich [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Tomasz Stawiszyński nie boi się ani trudnych tematów, ani myślenia przewrotnego, idącego w poprzek utartych schematów. Z zacięciem badacza odrzucającego łatwe i oczywiste rozwiązania bierze na warsztat wszystko to, co w kulturze wyparte, czego się boimy, o czym wolimy zapomnieć, a co - paradoksalnie - jest nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji.

Czego obawia się współczesna kultura? Jakie tematy wypiera? I jak możemy poradzić sobie w świecie, w którym nie ma miejsca na bezradność? 

Śmierć, żałoba, smutek, bo o nich między innymi mowa, to tematy, od których społeczeństwo późnego kapitalizmu odwraca wzrok. Stara się je ukryć, zdeprecjonować, sprowadzić do patologii wymagającej farmakologicznej albo terapeutycznej interwencji. W zamian oferuje nam iluzję wspólnoty zbudowanej w bańce social mediów, opartej na ideologiach wzmagających plemienną lojalność albo nowych mitach, które niebezpiecznie zaczynają przypominać teorie spiskowe.

Dlaczego wciąż uciekamy przed bezradnością? Przed tym, że przemijamy, starzejemy się i nieustannie tracimy to, co pragniemy zachować?

Fragment książki "Ucieczka od bezradności":

W eseju "Pornografia śmierci" (1955), a dekadę później w książce Death, Grief and Mourning in Contemporary Britain twierdził on, że w dzisiejszej kulturze śmierć zajmuje dokładnie tę samą pozycję, jaką w epoce wiktoriańskiej zajmował seks. Stała się wielką nieobecną, wielkim wypartym, wielkim tabu. Teza ta niewątpliwie wciąż zachowuje aktualność. Bo rzeczywiście o śmierci prawie już dzisiaj nie rozmawiamy. Nie konfrontujemy się z nią. Unikamy jej za wszelką cenę. Udajemy, że nie spotka ani nas, ani naszych bliskich. Relegujemy ją nie tylko ze swojego indywidualnego życia, ale także z przestrzeni publicznej – co oczywiście się ze sobą sprzęga, bo im mniej wyobrażeń i dyskusji o niej do nas dociera, tym mniej sami uświadamiamy sobie jej wszechobecność.

Przesiedlamy ją na kozetki starannie ukryte za szpitalnymi parawanami, zostawiamy lekarzom, medykalizujemy. Jej nadejście traktujemy jak efekt zaniedbań, bolesne memento o konieczności regularnych badań i odpowiedniego reżimu treningowego, nie zaś konsekwencję niezbywalnej dyspozycji do nieistnienia wpisanej w nasze indywidualne i gatunkowe DNA. Postrzegamy ją tym samym jako błąd wymagający korekcji, współczesne wcielenie boskiej kary. Z tą jedynie różnicą, że aktualnie w zestawie najcięższych grzechów zamiast pychy czy chciwości znajdują się takie występki, jak palenie papierosów, niedostatek aktywności fizycznej, nieodpowiednia dieta albo złe emocje połączone z nie dość pozytywnym nastawieniem do rzeczywistości.

W ten właśnie sposób śmierć wkomponowuje się w układ moralistyczno-racjonalistycznych uzasadnień, gdzie funkcjonuje jako możliwe do uniknięcia ogniwo jakiegoś łańcucha przyczyn i skutków, a nie ostateczny horyzont wszelkich ludzkich działań i starań. Nieuchronny, absurdalny, zawsze niemożliwy do przewidzenia w stu procentach charakter śmierci ulega tutaj specyficznej reinterpretacji czy raczej mistyfikacji. W książce Natural Causes: An Epidemic of Wellness, the Certainty of Dying, and Killing Ourselves to Live Longer zwróciła na to uwagę Barbara Ehrenreich, świetna amerykańska eseistka i biolożka molekularna.

Ehrenreich po osiągnięciu siedemdziesiątego piątego roku życia zrezygnowała ze znacznej części badań okresowych rekomendowanych przez współczesną medycynę. "Jestem już wystarczająco stara, żeby umrzeć" – zadeklarowała, wskazując przy tym, że całkiem spora część procedur medycznych, których celem jest przedłużanie biologicznej egzystencji, generuje zdecydowanie więcej szkód niż korzyści. A poza tym nosi wyraźne znamiona zachowań o charakterze rytualnym – od ich faktycznej wartości diagnostycznej bądź medycznej znacznie istotniejszy bowiem jest komponent psychologiczny: stan świadomości indukowany u kogoś, kto się tym wszystkim działaniom poddaje.

W radykalnej medykalizacji śmierci, a także w rozwijającej się na Zachodzie od lat siedemdziesiątych kulturze wellness i fitness, Ehrenreich dostrzega nowe wcielenie średniowiecznego chrześcijańskiego moralizmu, w myśl którego nieszczęścia dotykające człowieka zawsze są zawinione, nigdy przypadkowe. W średniowiecznym uniwersum rządzonym niepodzielnie przez wszechmocne bóstwo nic nie dzieje się bez jego woli, a przynajmniej bez biernego przyzwolenia. Wyznawcy – zobowiązani do przestrzegania określonych reguł i podtrzymywania rytuałów – w obawie przed wieczną karą gorliwie wypełniają swoje powinności. Jeśli dotrzymają zobowiązań i zadowolą bóstwo, mogą nieśmiało liczyć na łaskę, a gdy dotyka ich nieszczęście lub katastrofa, postrzegają to jako konsekwencję własnych zaniedbań czy sprzeniewierzeń.

Współczesny totalny lęk przed śmiercią oraz idący z nim w parze kult życia i zdrowia generują sytuację w zasadzie analogiczną. Jednostka staje się tu odpowiedzialna za dobrą kondycję swojego ciała dokładnie tak samo, jak kiedyś zobowiązana była troszczyć się o zbawienie duszy. Obawa przed śmiertelną chorobą –  absolutnym końcem biologicznego życia – równa się obawie przed wiecznym potępieniem. W niezauważalny dla współczesnego człowieka sposób (gdybyśmy go bowiem zapytali, ochoczo odżegnałby się od wszelkich religijnych inklinacji) doszło więc do specyficznego przemieszczenia w jego świadomości. Troska o duszę – wehikuł do nieśmiertelności w zaświatach – zamieniła się w troskę o ciało, wehikuł do nieśmiertelności tu i teraz.

W tym sensie wellness i fitness to właściwie nowe religie, zespół doktryn i praktyk mających funkcje transcendentne: przekroczyć immanentny rozpad, uodpornić się na siły entropii. Innym jeszcze modelowym przejawem tego przemieszczenia jest nowa gałąź na pograniczu nauki i futurologii, czyli immortalizm. Idea niezwykle popularna zwłaszcza wśród wizjonerów z Doliny Krzemowej. Takie postacie, jak biogerontolog i założyciel Fundacji Matuzalema Aubrey de Grey czy Ray Kurzweil – człowiek zażywający dziennie kilkadziesiąt tabletek, żeby doczekać momentu, kiedy uda się przetransportować jego tożsamość na jakiś krzemowy nośnik – inwestują dzisiaj potężne pieniądze, czas i wysiłek w wynalezienie nowoczesnego eliksiru nieśmiertelności.

I chociaż naukowcy zajmujący się procesami starzenia wprost twierdzą, że są to przynajmniej na razie wyłącznie fantazje i że nie jesteśmy nawet o centymetr bliżej rozwikłania zagadki przemijalności, niż byliśmy, powiedzmy, pięćdziesiąt czy sto lat temu – de Grey i Kurzweil nic sobie z tego nie robią. A rzesze odbiorców i odbiorczyń ich przekazu (eksponowanego na okładkach czasopism, w witrynach internetowych oraz setkach tysięcy filmików na YouTube) zasypiają codziennie z nadzieją, że podobnie jak całą masę innych problemów tak i ten z pewnością uda się "amerykańskim naukowcom" prędzej czy później rozwiązać.

Cóż, jest to właśnie wiara par excellence. Bo też i zapalczywość, z jaką poświęcamy się ćwiczeniom na skomplikowanych urządzeniach do rzeźbienia masy mięśniowej; oddanie, z jakim pokonujemy biegiem kolejne kilometry, wypacając litry potu w stanie endorfinowego transu; samozaparcie, z jakim odmawiamy sobie różnorakich smakołyków, pilnując dietetycznego reżimu, i wreszcie mieszanina zazdrości, wyższości, zawiści i satysfakcji, z którą przyglądamy się tym wszystkim skazanym na potępienie – otyłym, palącym, pijącym i objadającym się bez umiaru – otóż to wszystko niczym istotnym nie różni się od zapalczywości, oddania, samozaparcia, resentymentu i Schadenfreude, tak charakterystycznych dla wszelkiej maści fundamentalizmów.

***

Sięgnijmy po jeszcze inne przykłady. Ktoś relacjonuje na portalu społecznościowym chorobę i śmierć bliskiej osoby. Po wzruszającym opisie heroicznych zmagań z cierpieniem, momentów ekstremalnej bezradności i ekstremalnej intymności, jaka pojawia się pomiędzy dwojgiem ludzi, kiedy nie ma już żadnej nadziei – następuje nagle emocjonalna filipika przeciwko paleniu papierosów.

Oczywiście, jest ona w pewnym sensie zrozumiała – w kontekście przedwczesnej śmierci najbliższej osoby wszystko jest zrozumiałe, każda racjonalizacja, każda pretensja do losu. A jednak czuć tu jakiś dysonans, podskórne przekonanie, że zmarły poniekąd sam na siebie sprowadził nieistnienie. Że materia naszych ciał, będących wszakże emanacją "świata natury" – kolejnego substytutu bóstwa, które się obłaskawia i któremu składa się hołd przez zdrowe, czyli "zgodne z naturą" życie – jest wyjściowo doskonale uporządkowana, przejrzysta i... żywotna. I że gdyby traktować ją zgodnie z pewnym zestawem zasad (nie palić, nie pić, uprawiać sporty, zdrowo się odżywiać), zapewniłaby nam życie, nawet jeśli nie nieskończone, to przynajmniej wystarczająco długie, żeby jego finał nie zaprzątał w tej chwili naszych myśli.

Nie mówiąc już o tym, że finał ów wyglądałby najpewniej jak uosobienie starości prezentowane dziś w reklamach, tych kondensatach nowoczesnych pragnień, projekcjach zbiorowej nieświadomości skolonizowanej przez specjalistów od marketingu: oto uśmiechnięty, przystojny, prężny staruszek o włosach przyprószonych siwizną, który mimo podeszłego wieku prowadzi aktywne, pełne pasji życie, a na jakieś sporadyczne dolegliwości przyjmuje odpowiednie tabletki, niezawodnie eliminujące wszelki dyskomfort. Czy nie o tym wszyscy marzymy?

Wydawnictwo: Znak Literanova. Data premiery: 14 września 2021

DOSTĘP PREMIUM