Ratowała Żydów w czasach Zagłady. "Każdy krok od dzieciństwa prowadził mnie do tego miejsca" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Irena Gutówna w czasie II wojny światowej uratowała dwanaścioro Żydów. W 1982 roku została za to uhonorowana tytułem Sprawiedliwej wśród Narodów Świata. Przez wiele lat nikomu nie opowiadała o swoich wojennych losach, aż w końcu spisała je w książce "Ratowałam od Zagłady".

Podczas likwidacji getta w Tarnopolu latem 1942 roku Irene Gut-Opdyk, czyli wtedy Irena Gutówna uratowała przed wywózką i śmiercią dwanaścioro Żydów: szóstce pomogła ukryć się w lesie, dokąd regularnie dostarczała im żywność, pozostałych sześcioro umieściła w piwnicy willi Rügemera. Kiedy esesman odkrył, że Irena ukrywa Żydów, zażądał, by została jego kochanką. Gutówna przystała na to z trudem, po latach jednak stwierdziła, że „to naprawdę nie była wysoka cena za życie tylu osób".

Fragment książki "Ratowałam od Zagłady":

Jakby w obawie, że zabraknie im czasu, wiosną 1943 roku Niemcy nasilili przeprowadzanie Aktions przeciw Żydom. Coraz częściej oddziały Rokity wpadały do getta, by je "przerzedzić", to samo działo się w Arbeitslagrze.

– Dużo ludzi decyduje się na ucieczkę do puszczy – powiedział mi pewnego dnia Hersz Morris. – Lepiej żyć w lesie jak dzikie zwierzę, niż czekać na śmierć w getcie.

Zdecydowaliśmy z bratem, że tak zrobimy. Zabierzemy nasze żony i ukryjemy się w leśnych ostępach. Oglądałam kryjówkę, którą zrobili za ścianą z półkami, i patrzyłam na Hersza z niedowierzaniem.

– Jak będziecie tam żyli? Uśmiechnął się gorzko.

– Jak wolni ludzie.

– Wcale nie wolni – wtrącił Steiner z gniewnym wyrazem twarzy. – Jak zwierzęta, na które trwa obława.

– Puszcza da nam szansę przetrwania – upierał się Hersz. Zwrócił się do mnie: – Irene, musisz nam pomóc się tam dostać.

Spoglądałam to na Hersza, to na jego żonę.

– Dajcie mi parę dni – powiedziałam i wyszłam z pralni, nie podejmując dalszych rozmów. Nie stawiałam sobie pytania, czy mam to zrobić. Myślałam tylko, w jaki sposób. Każdy krok od dzieciństwa prowadził mnie do tego miejsca. Musiałam wybrać właściwą drogę albo już nigdy nie być w zgodzie ze sobą. Chcę zaznaczyć, że nie byłam żołnierzem ruchu oporu, nie przemycałam Żydów poza getto, nie występowałam przeciw SS i hitlerowcom. Pierwszy krok jest zawsze niewielki – zaczęłam od zostawiania pudełka z jedzeniem pod płotem. Teraz zastanawiałam się, jak zdobyć wóz z gospodarstwa, gdzie mieszkała Helena, i przewieźć nim po cichu braci Morrisów z żonami dziesięć kilometrów za Tarnopol, na skraj mrocznej puszczy. Jednak nawet moje pierwsze bardzo nieśmiałe próby pomagania Żydom w getcie w Radomiu mogły skończyć się dla mnie rozstrzelaniem. Wiedziałam, że zabić można tylko raz, czy to z błahego, czy poważnego powodu.

Hitlerowców nie obchodziło, czy ktoś zostawia jedzenie pod płotem, czy też przemyca wozem czworo ludzi. Ja też wtedy o tym nie myślałam. Poczułam ulgę, że Janina wyjechała, bo to, co zamierzałam zrobić, dla niej także byłoby śmiertelnie niebezpieczne. Miałam teraz dwadzieścia jeden lat, przez poprzednie cztery lata życie mnie nie oszczędzało. Musiałam walczyć o przetrwanie. A przecież to powinien być czas spędzony na nauce, miłości, zakładaniu rodziny, pracy lub na stu innych czynnościach. Jednak tak się nie stało. Przez cztery lata byłam w samym środku wojny i teraz miałam już inne nadzieje i oczekiwania. Jedyne, czego chciałam, to nie umierać w mękach i jak najbardziej pokrzyżować Niemcom plany, zanim odejdę.

Pewnego ranka pod koniec maja Helena przyjechała dwukółką. Wcześniej Schulz dał mi wolny dzień, a bracia z żonami mieli się ukryć w nocy przy drodze. Niesposobność, zrobią to. Będę czekać z wozem przy drodze. Wypożyczyłyśmy go za wódkę i papierosy ukradzione z magazynu. Kiedy wdrapywałam się na siedzenie, przez głowę przelatywały mi błyskawice myśli – kradłam z magazynu, przemycałam uciekających Żydów. Nie mogłam uwierzyć, że to robię. Wyjechałam z Tarnopola, kierując się na północ do Janówki i modląc się, aby promienie słońca i miarowy stukot końskich kopyt ukoiły moje nerwy. Wpatrywałam się w chudy koński zad ruszający się przede mną i śledziłam walkę konia z muchami, wsłuchując się w śmignięcia długiego ogona poprzetykanego źdźbłami słomy. Kilometr za Tarnopolem droga zaczęła się zwężać przy kępie brzóz. Usłyszałam gwizd i ktoś zawołał mnie po imieniu. Ściągnęłam lejce i zatrzymałam dwukółkę. Droga przede mną była pusta, nikogo nie było widać aż do zakrętu przy polu ziemniaków. Spojrzałam w tył przez ramię – za mną także nie było nikogo. W słońcu widać było tylko pył wzniecony kołami. Skinęłam głową i czworo ludzi wynurzyło się z lasu. Szybko wskoczyli na wóz, po czym w milczeniu wczołgali się do przygotowanej pod sianem i workami ziemniaków kryjówki. Cmoknęłam na konia i ruszyliśmy. Przystanek nie trwał nawet minuty i kiedy wyjechałam z brzozowego zagajnika, nikt by się nie domyślił, że teraz mam czterech pasażerów. Starałam się głęboko oddychać, aby zachować spokój i równowagę. Po chwili dostrzegłam wieżyczkę kościoła i wkrótce wjechałam do Janówki. Kury i gęsi uciekały spod kół, robiąc rwetes dokoła. Przed kościołem starszy ksiądz przycinał krzaki róż. Spojrzał na mnie i uśmiechnął się przyjaźnie.

Nie wiedziałam dlaczego, ale jego uśmiech napełnił mnie odwagą. Patrzyłam na drogę i kiedy przed oczami pojawił mi się ciemny pas lasu, poczułam, jakby ktoś zaciągnął zasłonę w oknie. Wokół panowała cisza, słychać było tylko tarcie gumowych opon o ubitą ziemię i miarowy stukot końskich podków. Podejrzewałam, że ktoś mnie obserwuje. Wszyscy dobrze wiedzieliśmy, że w puszczy można spotkać nie tylko lisy i dziki. Kryli się tam uciekinierzy i partyzanci, wszyscy wyjęci spod prawa przez wojnę. Niemcy nigdy nie wysłaliby do puszczy małych patroli. Droga stała się węższa, cień rzucany przez sosny dawał ochłodę. Usłyszałam dalekie wołanie jakiegoś ptaka, potem następne. Koń cały czas strzygł uszami, jakby wyczuwał obecność kogoś lub czegoś. W końcu ściągnęłam lejce i odwróciłam się do tyłu.

– To jest chyba bardzo dobre miejsce – powiedziałam. Siano na wozie poruszyło się i moi pasażerowie jeden po drugim usiedli, wypluwając i wybierając z włosów źdźbła suchej trawy. Hersz wstał i pomógł żonie stanąć na nogi. Hermann zrobił to samo, cała czwórka rozglądała się wokoło z ciekawością i niepokojem.

– Nasz nowy dom – powiedział dzielnie Hersz. Zeskoczyli na ziemię, ja też. Każde z nich uroczyście po kolei uścisnęło mi rękę, podczas gdy drugą z całej siły trzymałam lejce, aż wrzynały mi się boleśnie w dłoń.

– Przywiozę prowiant, gdy tylko będę mogła – powiedziałam, głośno chrząkając. Weszli między drzewa, odgłos kroków stłumiła gruba warstwa igliwia. Stałam i patrzyłam, jak coraz głębiej zanurzają się w las. Zobaczyłam ich jeszcze w ukośnych promieniach słońca padających poprzez konary i niemal w tej samej chwili na dobre znikli mi z oczu. Podeszłam do konia, przytuliłam twarz do jego łba, nasze oddechy mieszały się. To ja musiałam się uspokoić, nie zwierzę. Po chwili, trzymając uzdę, zawróciłam konia, koła dwukółki podskakiwały na mchu pobocza. Najbliższej niedzieli do tego samego miejsca przywiozłam dwóch następnych przyjaciół z pralni, Abrahama Klingera i Dawida Rosena. Z trudem powstrzymywałam łzy, kiedy schodzili z wozu. Czułam się jak wyrodna matka, która wywozi dzieci do lasu i tam je porzuca. Przez parę minut patrzyłam, jak przemykają pomiędzy pniami drzew, dopóki ciemna puszcza ich nie pochłonęła.

DOSTĘP PREMIUM