Autorzy "Gomory": Jan Paweł II to symbol, przedmiot bałwochwalczego kultu [Fragment książki]

Były jezuita, antropolog kultury prof. Stanisław Obirek oraz adwokat ofiar pedofilii w Kościele Artur Nowak w swojej najnowsze książce - "Gomora. Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele" - przyglądają się polskiemu Kościołowi.
Zobacz wideo

Ten system jest chory – taką tezę stawiają autorzy książki "Gomora. Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele".

Nieprzypadkowo nawiązują tytułem do słynnej "Sodomy" Frederica Martela, bo podobnie jak on, ujawniają mechanizmy charakterystyczne dla tej instytucji. Odpowiadają też na pytanie, dlaczego polski Kościół nie jest zdolny do reform?

Fragment książki "Gomora. Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele":

GNIEW

Psychomanipulacja i straszenie diabłem

Egzorcyści nie prowadzą żadnych statystyk. Nic nie wiemy na temat tego, kto do nich trafia i jak przebiegają egzorcyzmy. Egzorcyzmów nie można rejestrować i odbywają się one bez świadków.

Co istotne, coraz bardziej znaczącą grupę klientów egzorcystów stanowią dzieci. Oczywiście ich zgoda na udział w tego typu praktykach nie jest brana pod uwagę. Za dzieci decydują rodzice. Dla fanatyków sprawa jest prosta. Skoro dziecko jest opętane, nie ma nic do gadania. Nie potrzeba diagnozy psychiatry i psychologa. Ostateczną decyzję, czy "opętanego" poddać rytuałowi, podejmuje egzorcysta.

W dyskusji prowadzonej przy okazji premiery filmu "Uwolnij mnie" etyk i psycholog, ksiądz profesor Andrzej Kobyliński stwierdził, że wyczynom sycylijskich zakonników powinna się przyjrzeć prokuratura. Biorący udział w dyskusji ksiądz Andrzej Grefkowicz z diecezji warszawskiej wskazał, że film przedstawia autentyczne przypadki opętania. Na pytanie Kobylińskiego, z czego czerpie tę wiedzę, odpowiedział tak jak zwykle odpowiadają egzorcyści: z wieloletniego doświadczenia. Bo egzorcysta jest jak lekarz: wystarczy, że spojrzy, i już wie, co komu dolega. Doświadczenie egzorcysty jest ponad nauką, lekarzem i zdrowym rozsądkiem.

Ale w Polsce nie brak i psychiatrów, dla których opętanie jest realnym zjawiskiem. Szokujące jest jednak coś innego. Okazuje się bowiem, że te osobliwe poglądy są uwzględniane w ich codziennej praktyce. W styczniu 2014 roku psychiatra dr Dominika Skrok-Wolska była gościem audycji Nocne Światła w Radiu Puls. Według niej pewne choroby, między innymi depresja, stany psychotyczne, schizofrenia, choroba dwubiegunowa, uzależnienia i zaburzenia kompulsywno-obsesyjne, są spowodowane działaniem demona. Pani doktor opowiadała między innymi o pacjentce, której wytłumaczyła, że jej problemy psychiczne mogą być związane z tym, że nie pochowała męża po katolicku. Doszło do spięcia i pacjentka wybiegła z gabinetu. Według doktor Skrok-Wolskiej dotknęła czułego punktu pacjentki. Fakt, że kobieta już do niej nie wróciła, lekarz wytłumaczyła tym, że odciągnął ją "zły duch". Sprawę drążyli dziennikarze. Chcieli uzyskać informację od przełożonych pani doktor, która na co dzień pracowała w Wojewódzkim Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Świeciu. Sławomir Biedrzycki, zastępca dyrektora do spraw lecznictwa, uznał, że są to prywatne poglądy pani doktor.

***

Ksiądz profesor Andrzej Kobyliński modę na egzorcyzmy wiąże z pentekostalizacją. Chodzi o ekspansję praktyk wspólnot zielonoświątkowych i przejmowanie przez katolików ich metod ewangelizacji. Obietnice uzdrowień z chorób somatycznych i psychicznych za wstawiennictwem Jezusa – "tu i teraz" – ściągają na spotkania z charyzmatycznymi liderami tłumy.

Kobyliński uważa, że przełomowy w tej swoistej transformacji Kościoła katolickiego w Polsce był rok 2007.

To wtedy zaczęto zapraszać nad Wisłę charyzmatycznych liderów religijnych. W ostatnich latach podbili oni polski Kościół, gromadząc na stadionach, przed odbiornikami radiowymi i telewizyjnymi miliony uczestników i słuchaczy. Najbardziej znani z nich to Gloria Polo z Kolumbii, James Manjackal i Jose Maniparambil z Indii, Maria Vadia z USA, John Bashobora z Ugandy, Myrna Nazzour z Syrii, włoscy duchowni Antonello Cadeddu i Enrique Porcu.

Ludzie chcą być szczęśliwi, zdrowi, uwolnić się z traum. Jezus działa natychmiast. Doświadczyło tego wielu polskich biskupów. Między innymi w trakcie rekolekcji w seminarium duchownym w Koszalinie prowadzonym przez Enrique Porcu i Antonella Cadeddu na posadzkę oprócz setki proboszczów i wikarych padło trzech biskupów uczestniczących w nabożeństwie. Między innymi Edward Dajczak.

W ramach Kościoła, zwłaszcza w środowisku charyzmatyków i egzorcystów, wszystko da się wyjaśnić działaniem złego ducha. Te środowiska ustawiają się w kontrze wobec psychologii. Jakiś czas temu miesięcznik "Egzorcysta" reklamował książkę Anny Wasiukiewicz "Niebezpieczna psychologia". W zapowiedzi tej publikacji można było przeczytać, że pionierzy psychologii "byli ateistami i na ogół wywodzili się z rodzin protestanckich lub żydowskich. Byli rewolucjonistami, którzy za cel stawiali sobie walkę z religią, Kościołem oraz tradycyjną moralnością". Nadto według autorki "niechęć do religii, zwłaszcza do chrześcijaństwa, cechowała każdego z liczących się twórców psychologii wszystkich wiodących kierunków. Wśród tzw. ojców założycieli psychologii nie znajdziemy ani jednego wierzącego katolika".

Niestety nie jest to opinia odosobniona. To raczej charakterystyczna reakcja wielu katolików na współczesną kulturę. Jeden z najbardziej wpływowych i charyzmatycznych przywódców katolickich ostatnich dziesięcioleci, Jan Paweł II, określał ją jednoznacznie jako "cywilizację śmierci". Choć on sam twórczo rozwijał niektóre XX-wieczne kierunki filozoficzne (fenomenologia) oraz zdobył się na akceptację teorii Darwina, to jednak jego negatywny stosunek do wielu przejawów współczesnego indywidualizmu przeważył. Wielu polskich księży i hierarchów, powołując się na dziedzictwo polskiego papieża, nie tylko stygmatyzuje całe grupy społeczne, lecz także w swoim zamknięciu na rozwój humanistyki upatruje źródło własnej świętości.

Jan Paweł II to symbol, przedmiot bałwochwalczego kultu. W obliczu prawdy o nadużyciach w czasach jego pontyfikatu i nieludzkiej nauki o seksualności człowieka jest jednak kolosem na glinianych nogach. Gdzie uciekną polscy katolicy, kiedy nastąpi dekonstrukcja jego mitu? Wiele wskazuje na to, że alternatywą dla konserwatywnych katolików w Polsce będą właśnie ruchy charyzmatyczne.

– To największa rewolucja w świecie chrześcijańskim ostatnich lat – uważa ksiądz Kobyliński. – Szacuje się, że pentekostalnych wiernych może być już nawet miliard. Często odchodzą oni z bardziej tradycyjnych Kościołów protestanckich i z Kościoła katolickiego.

Ta "rewolucja zielonoświątkowa" – jak widać – oddziałuje już teraz na kształt Kościoła w naszym kraju.

NIECZYSTOŚĆ

Tajemnice, brak kontroli i kapturowe sądy

 Choroba rzymska – mawiają z dziwnym uśmieszkiem wtajemniczeni duchowni o aktywnych księżach gejach. Owa choroba po zsyłce Juliusza Paetza (jego wcześniejsze losy opisaliśmy w pierwszym rozdziale) z Watykanu do Łomży bynajmniej nie ustąpiła. Myślano pewnie, że kiedy zostanie biskupem, to się ustatkuje. Brzmi to dość naiwnie. Nas jednak taki sposób myślenia nie dziwi wcale, bo mentalność ludzi Kościoła to szczególny stan umysłu. Wiara miesza się w nim ze swoiście pojmowanym "chłopskim rozumem" i przekonaniem, że rewersem grzechu jest łaska nawrócenia.

Paetz oczywiście się nie "nawrócił" ani nie ustatkował. Przeciwnie. Przemożna władza i zupełny brak kontroli, które osiągnął dzięki tytułowi biskupa, jeszcze bardziej go rozbisurmaniły. Działalności Paetza przyglądał się Tomasz Polak, który przed zmianą imienia i nazwiska oraz stanu duchownego na świecki, jeszcze jako ksiądz Tomasz Węcławski był rektorem Arcybiskupiego Seminarium Duchownego w Poznaniu. Dziś to uznany filozof, kierownik Pracowni Pytań Granicznych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Ale niespełna dwadzieścia lat temu rozpaczliwie poszukiwał sojuszników, którzy wsparliby jego starania o odizolowanie Paetza od kleryków, których arcybiskup nachalnie molestował.

Jak wspomina w rozmowie ze Zbigniewem Nosowskim na łamach „Więzi", podczas pobytu w Krakowie uciął sobie dość ciekawą rozmowę przy kolacji w Wierzynku z miejscowym metropolitą.

– W pewnym momencie kiwnął na mnie, że mam do niego podejść, odsunął innych i zaczął mnie wypytywać o Juliusza Paetza. W końcu powiedział: "A myśmy się spodziewali, że jak się go przesunie do Poznania, to księża poznańscy nie pozwolą się tak wodzić za nos jak księża łomżyńscy. I to się sprawdziło". To "my" w jego ustach oznaczało w moim przekonaniu ówczesne kierownictwo polskiego episkopatu – albo tych polskich biskupów, którzy mieli ogólniejszą orientację i zarazem coś do powiedzenia w Rzymie.

A więc znów awans

W Poznaniu jednak miarka się przebrała. Doszło do tego, że klerycy z poznańskiego seminarium unikali Paetza. Według Jerzego Morawskiego, który jako pierwszy opisał molestowanie kleryków i księży przez arcybiskupa Paetza, starsi klerycy obmyślili swoiste zasady bezpieczeństwa dla młodszych kolegów w trakcie scrutinium, czyli rozmowy w cztery oczy z arcybiskupem (każdy kleryk w trakcie nauki w seminarium odbywa ją trzykrotnie): "Arcybiskup na przywitanie poda ci rękę, ty swoją wysuń, ale usztywnioną w łokciu. Tak, abyś szybko ją cofnął, gdy on uściśnie twoją dłoń. Poczuje twoje usztywnienie. To będzie dla niego sygnał, że nic z tobą nie wskóra".

Paetz nie krył się z zalotami. I tu kolejny fenomen. Formalnie podległy mu rektor seminarium, ksiądz Tadeusz Karkosz, wydał arcybiskupowi zakaz wstępu do seminarium znajdującego się 200 metrów od Pałacu Biskupów na Ostrowiu Tumskim. W odróżnieniu od poprzednika, który rzadko tam bywał, Paetz wpadał tam często, zwykle niezapowiedziany.

Tomasz Polak osobiście udał się do Włoch, by o sprawie poinformować papieża. Było kwestią czasu, kiedy prawda o metropolicie wybuchnie w mediach. Okazją do przedstawienia sprawy papieżowi miała być kolacja, na którą został zaproszony. Jednak zanim usiadł do stołu, osobisty sekretarz papieża Stanisław Dziwisz wydał mu zakaz, by rozmawiał na ten temat.

***

Jeszcze jedna zasada gomory: ważni dostojnicy kościelni często są otoczeni przez filtry. To sekretarze i odźwierni. Nie zawsze jest tak, że blokując dostęp do swych pryncypałów, chcą coś przed nimi ukryć. Często ich użyteczność wobec przełożonych polega na tym, żeby nikt im nie zarzucił, że mają oficjalną wiedzę o nadużyciach.

***

Ówczesny szef Kongregacji Nauki Wiary Joseph Ratzinger, widząc bezradność Tomasza Polaka, doradził mu, żeby napisał – razem z innymi zaangażowanymi w sprawę księżmi i świeckimi – list w trzech egzemplarzach i wysłał do niego, do kardynała Sodano i za pośrednictwem nuncjusza do papieża. – Ratzinger dodał wyjaśnienie: "Trzeba tak zrobić, ponieważ wtedy ci inni wiedzą, że inni też wiedzą, na przykład kardynał Sodano wie, że ja wiem, a ja wiem, że kardynał Sodano wie".

Ale i to na niewiele się zdało.

Sprawa Paetza zakończyła się jak wiele innych w czasach pontyfikatu Jana Pawła II. Wyrok, wobec indolencji Watykanu, wydały media. Oskarżony trzy lata wcześniej przez jednego z kleryków poznańskiego seminarium Juliusz Paetz odszedł. Do dziś jednak tak naprawdę nie wiemy, z jakiego powodu. W święta Wielkiej Nocy, w czwartek 28 marca 2002 roku, Watykan poinformował, że arcybiskup Juliusz Paetz złożył rezygnację z zajmowanego urzędu i została ona przez papieża Jana Pawła II przyjęta. Nie podano żadnej przesłanki prawnej, na podstawie której Paetz rozstał się z urzędem. My ją znamy, choć nie została przewidziana przez prawo kanoniczne. Był nią głośny tekst Jerzego Morawskiego, który jako pierwszy opisał molestowanie kleryków i księży przez arcybiskupa Paetza w "Rzeczpospolitej" z 23 lutego 2002 roku.

Jak działa watykański wymiar sprawiedliwości? Po latach, 16 lipca 2020 roku Kongregacja Nauki Wiary opublikowała vademecum dotyczące sposobu postępowania w sprawach karnych należących do jej kompetencji.

Czytaliśmy ten tekst z zaciekawieniem. Sporo w nim meandrów, w których gubią się nawet świeccy prawnicy. Ale ów dokument dowodzi, że Kościół, przynajmniej teoretycznie, działał i działa w ramach przepisów i procedur prawnych. Niby nie ma w tym nic odkrywczego. Jednak, jak ujawniają co jakiś czas media, wiele spraw – takich jak ta dotycząca Juliusza Paetza – jest w Kościele załatwianych według zupełnie arbitralnych kryteriów. Czyli po uważaniu papieża i biskupów. Oraz na słowo, bez jakichkolwiek świadków i śladów do odnalezienia w archiwach. Przedstawiane przez nas w tej książce sprawy dotyczące homoseksualnych drapieżców i pedofilów, arcybiskupa Wiednia Hansa Hermanna Groëra, kardynała Theodore’a Edgara McCarricka, wreszcie arcybiskupa Paetza dobrze pokazują, że Watykan od lat działa w proceduralnym niebycie, którego apogeum przypadło na czas pontyfikatu Jana Pawła II.

Historie tych ponurych postaci to dowód na to, że jedyną siłą, przed którą Kościół potrafi się ugiąć, jest presja opinia publicznej. Nie bez kozery twierdzi się, że media stanowią dziś najbardziej wpływowy ośrodek kształtujący rzeczywistość.

***

(…)

Wielką karierę przy nuncjuszu arcybiskupie Józefie Kowalczyku zrobił Piotr Libera. Ten nikomu nieznany kapłan sekretarzem nuncjusza apostolskiego w Polsce został w 1989 roku. Sposób sprawowania urzędu przez nuncjusza Kowalczyka był jednym wielkim skandalem polegającym na zamiataniu pod dywan brudów polskiego Kościoła. No ale przecież taka była rola nuncjusza Kowalczyka. Nie kto inny jak polscy biskupi poprosili Jana Pawła II, żeby nuncjuszem w Polsce został Polak, co jak pamiętamy, uzasadniali tym, że tylko rodak zrozumie specyfikę nadwiślańskiego Kościoła. Brzmi to niedorzecznie i absurdalnie, ale gdy Kowalczyk został pierwszym po przełomie 1989 roku nuncjuszem, nikt się nad tym nie zastanawiał. Nikt nie stawiał pytań, jaki ma sens powierzenie kontroli nad polskimi biskupami koledze.

Przy okazji osiemdziesiątej rocznicy urodzin Kowalczyka zgotowano mu prawdziwą fetę. W rodzinnych Jadownikach Mokrych została odprawiona uroczysta msza z tej okazji.

W homilii podczas obchodów osiemdziesiątej rocznicy urodzin Kowalczyka kardynał Dziwisz powiedział, że jubilat podejmował liczne inicjatywy i działania służące jedności Kościoła. "Nikt nie zliczy, ile spotkał osób, z iloma rozmawiał, ile napisał listów, ile sporządził dokumentów, ile podjął zadań, a to wszystko po to, aby umacniać Kościół wewnątrz i jednocześnie przybliżać Kościół do świata, ale także świat do Kościoła". Dziwisz dobrze wie, co mówi. Polscy biskupi mają za co dziękować Kowalczykowi. Zwłaszcza za listy ze skargami pokrzywdzonych, które chował do szuflady albo przekazywał hierarchom oskarżonym o nadużycia i tuszowanie pedofilii. Dziś już wiemy, że tak się działo chociażby przy okazji sprawy Paetza.

"Kościół w Polsce pragnie włączyć się w Te Deum, dziękując za dar Twojego życia" – piał z zachwytu nad Kowalczykiem prymas polski arcybiskup Wojciech Polak. „Dziękujemy za Twoją odpowiedź na dar życia. Przez te wszystkie lata była to odpowiedź odważna, radosna, pełna nadziei. Jest to także dziękczynienie za to, że to życie przyniosło tak błogosławione owoce".

Wracając do Libery, już sam fakt, że współpracował z Kowalczykiem, wydawać się mógł wiecznym stygmatem. Ale w polskich warunkach okazał się dozgonną zasługą. Tylko nieliczni jednak to rozumieją.

W 1996 roku Libera został biskupem pomocniczym w diecezji katowickiej. Święcenia biskupie, których udzielił mu sam Jan Paweł II, były dla niego przepustką do innych urzędów. Być może arcybiskup Kowalczyk chciał przejąć kontrolę nad episkopatem, którego twarzą był w tym czasie niepokorny biskup Tadeusz Pieronek. Młody duchowny, którego ukształtował pod swoimi skrzydłami nuncjusz, okazał się doskonałym wyborem. Już w 1998 roku to właśnie Libera zastąpił biskupa Pieronka na stanowisku sekretarza generalnego Konferencji Episkopatu Polski. Dlaczego Pieronek mógł nie pasować Kowalczykowi? Odpowiedź wydaje się prosta. Pieronek, wierny tradycji Soboru Watykańskiego II, rozumiał potrzebę dystansowania się Kościoła od udziału w bezpośredniej polityce. Nie chciał też katolickich partii. Twierdził wreszcie, że w sprawach ważnych dla Kościoła powinien on paktować nawet z diabłem.

W 2007 roku następca świętego papieża uczynił Liberę ordynariuszem w diecezji płockiej. Ale w lipcu 2019 roku Libera na kilka miesięcy przestał sprawować urząd płockiego ordynariusza, żeby czynić pokutę. Czy była to decyzja dobrowolna? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że według ustaleń dziennikarzy śledczych przy okazji prac Komisji Majątkowej wzbogaciła się bliska rodzina biskupa, konkretnie jego bratanica.

***

Co do pokuty, którą rzekomo czynił od lipca 2019 roku w klasztorze kamedulskim biskup Libera, reakcje duchownych z Płocka są znamienne. Jakoś to im nie pasuje do Libery, zapalonego myśliwego, hodowcy psów, miłośnika koni, który lubi wygodę i cygara. Przekonało to jednak zapatrzonego w swojego biskupa Mirosława Milewskiego. Młody biskup pomocniczy ogłosił w entuzjastycznym twitcie w maju 2019 roku:

"Mój biskup Piotr Libera idzie na pół roku, od 1 VII, do kamedułów. Spełnia się jego wielkie życiowe pragnienie!".

Milewski to naśladowca Libery. Jego znajomi twierdzą, że ten młody, obiecujący duchowny w pewnym momencie zmienił front. Spróbował cygar, podobnie jak jego mentor nabył sobie nawet psa. No i oto niczym filip z konopi objawił się jako jeden z najmłodszych biskupów w historii polskiego Kościoła.

Milewskiego lubią media, a młody biskup potrafi się w nich znaleźć. Polacy są przyzwyczajeni do tego, że rozmowa z hierarchami na żywo to wielka łaska. Media zresztą wiele od biskupów nie oczekują, nie dociskają trudnymi pytaniami. Zadowala ich sama obecność biskupa i to, że raczy odpowiadać na ugrzecznione pytania. Biskup Milewski lubi się pokazywać w RMF FM u redaktora Mazurka. Widzowie pokochali go, gdy zwierzył się, że jeździ samochodem średniej klasy i zarabia co miesiąc zaledwie 3 tysiące złotych.

O to, jaka jest jego stawka za bierzmowania oraz odpusty, redaktor Mazurek oczywiście nie zapytał. Relacje duchownych z hierarchią w diecezji Milewskiego nie wyglądają tymczasem dobrze. W jednym z listów grupy duchownych z diecezji płockiej opublikowanych przez media czytamy: "Kapłani to nie czarny motłoch, godny pogardy. Księża nie zatracili swej godności. (…) Duchowieństwo w części zastraszone i wasalne, ujarzmione sposobem finansowania Kościoła polskiego staje się mało efektywne i o zgaszonym duchu. Jesteśmy reliktem w całym Kościele powszechnym, gdzie szanuje się godność kapłana, a nie tylko poucza innych o godności człowieka".

Posłuchaj podcastu!

Ksiądz Paweł Brzeziński z diecezji płockiej w liście otwartym do Libery tak tłumaczył powody, które sprawiły, że porzucił kapłaństwo: "Niestety, nie podejmę tego wyzwania. Nie mam już siły. Jedyne kryterium przydatności i użyteczności w pracy duszpasterskiej to bezwolne posłuszeństwo, będące czasem solidarnością w złu. Niestety, wiele środowisk kościelnych gnije przez to od środka. Świat zewnętrzny pewnie nie jest lepszy, ale tam przynajmniej nikt nie udaje, że jest inaczej, i nie uzasadnia podłości i zła Ewangelią Chrystusa, posłuszeństwem i dobrem Kościoła".

Ale Milewski widzi problem gdzie indziej. Przy okazji afery związanej biskupem Edwardem Janiakiem w diecezji kaliskiej, o czym opowiedzieli bracia Sekielscy w "Zabawie w chowanego", grzmiał: "To, co tam się działo, to jest klasyczny przykład działania lawendowej mafii w Kościele. Homoseksualiści kryją homoseksualistów, tuszują afery i udają, że nic się nie dzieje. Żyją w innym świecie – nie jest to świat Kościoła".

Odważna wypowiedź młodego biskupa poszła w świat. I znów duchowni z diecezji płockiej mieli z tego ubaw. Cóż za hipokryzja? – nie dowierzali nasi znajomi z tej diecezji. Okazuje się bowiem, że sam Milewski jeszcze niedawno miał spore kłopoty, które sam na siebie sprowadził. W trakcie pobytu w Anglii, gdzie miał szlifować angielski, zamiast na plebani zamieszkał w malutkim mieszkaniu korepetytorki i jej matki, tyle że matka nauczycielki przebywała wtedy w Polsce.

Biskup nie potrzebował luksusów. Pomieścił się z korepetytorką w apartamencie one bed room flat. W Kościele się nie pojawiał, nie meldował się też w parafii. Sprawą zajmował się nawet Watykan. Milewski spowodował zgorszenie, tym bardziej że na czas korepetycji z biskupem kobieta odwołała lekcje dla parafian. Ta sprawa nas nie gorszy, bo wiemy, że w historii diecezji, z której wywodzi się zarówno biskup Milewski, jak i biskup Libera, nie takie rzeczy się działy, i to w czasach nie aż tak odległych. Mamy na myśli biskupa Bogdana Sikorskiego, który był włodarzem tej diecezji w latach 1964–1984. W Wikipedii znajdziemy na jego temat skromną, ale pełną uznania notatkę. Jednak z przecieku historyków, którzy od lat pracują nad jego biografią, dowiadujemy się, że nie tylko przez lata żył w konkubinacie, lecz także swojemu synowi urządził w kościele katedralnym ślub z wielką pompą. To nas znowu nie gorszy, jednak wydaje się nam, że takie fakty powinny być podane do publicznej wiadomości jako przykład wielkiej tolerancji i wyrozumiałości słynącego przecież z surowości prymasa Stefana Wyszyńskiego.

Skoro jednak Milewski pali się, by być recenzentem poczynań innych biskupów, pewnie znów czuje się mocny. Spadł na cztery łapy – mówią nam dobrze poinformowani przedstawiciele płockiego kleru. Dodają jednak, że większej kariery w Kościele już nie zrobi. Wracając do "angielskiej sprawy", z opresji próbował Milewskiego ratować jego protektor. Wietrząc zagrożenie dla kiełkującej kariery swojego delfina, zażądał od jednego z księży, który zwrócił uwagę na niestosowne zachowanie Milewskiego, by pisemnie go przeprosił. Był to jeden z warunków zgody Libery na przejście owego księdza pod jurysdykcję angielskiego biskupa, a co za tym idzie – uwolnienie się spod rządów Libery. Ksiądz miał też zapłacić za swoją edukację w polskim seminarium.

Postawił się, nie przeprosił i znalazł uznanie w Watykanie – w przeciwieństwie do tandemu biskupów z Płocka.

***

Książka "Gomora. Pieniądze, władza i strach w polskim Kościele" premierę miała 15 września, wydana została przez Wydawnictwo Agora

Można ją kupić w Kulturalnym Sklepie

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM