"Ciemność" ocieka krwią, brutalnością i... liryką. Mroczny okres dziejów Konga na kartach nagradzanej powieści Paula Kawczaka [materiały partnera]

Pewnego wrześniowego poranka 1890 roku Pierre Claes, belgijski geometra, któremu król Belgów Leopold II zlecił dokonanie rozbioru Afryki, wyrusza z Leopoldville na północ. To kanwa wielokrotnie nagradzanej i oryginalnej powieści "Ciemność" Paula Kawczaka, która w przekładzie Justyny Nowakowskiej ukazuje się nakładem nowego wydawnictwa Słowa Fale.

Pełna realizmu magicznego „Ciemność" (oryg. Ténèbre), debiutancka powieść kanadyjskiego pisarza Paula Kawczaka, została obsypana wieloma nagrodami i wyróżnieniami. Czym zachwyciła czytelników, krytyków i jurorów? Co czyni ją wyjątkową na firmamencie ambitnej beletrystyki? Postaramy się odpowiedzieć na te pytania, najpierw osadzając „Ciemność" w geopolitycznym i historycznym kontekście.

Bogactwa naturalne i bieda wśród mieszkańców

Od kilku tygodni słyszymy o kryzysie migracyjnym na wschodniej granicy Polski. Wśród nieszczęśników zamkniętych w pasie granicznym są uchodźcy z Bliskiego i Środkowego Wschodu: Afgańczycy, Irakijczycy, Syryjczycy, ale też uciekinierzy z Afryki, w tym także z Demokratycznej Republiki Konga.

Co to za miejsce? Z pewnością Kongo nie jest to jeden z kierunków wakacyjnych podróży naszych rodaków, żadna Kenia czy rajski Zanzibar. Ten położony w dorzeczu Konga kraj jest drugi w Afryce pod względem powierzchni i czwarty pod względem liczby ludności. Szacuje się, że to jedno z najbogatszych w zasoby naturalne państw świata: największy producent rudy kobaltu oraz główny miedzi i diamentów. Zarazem to jeden z najbiedniejszych krajów, o niestabilnym systemie politycznym, targany konfliktami etnicznymi. Z nieprzebranych bogactw zyski czerpią międzynarodowe firmy, dbające, by Kongo nie było zbyt silne i nie pogoniło neokolonialistów. 

Kolonia belgijskiego króla Leopolda II w XIX w.

Porośnięta lasem deszczowym rozległa kotlina rzeki Kongo w drugiej połowie XIX wieku stała się dla króla Belgów Leopolda II ucieleśnieniem marzeń o posiadaniu kolonii i porządnego kraju do rządzenia. Belgia, o której się wyrażał, że to „mały kraj i mali ludzie", nie mogła zaspokoić jego aspiracji. Po wielu nieudanych próbach udało się mu znaleźć terytorium, do którego nie rościli sobie prawa Anglicy, Francuzi, Hiszpanie, Portugalczycy, Niemcy czy Holendrzy.

Ale by posiąść tę olbrzymią połać ziemi, blisko 80 razy większą niż Belgia, potrzeba było nie lada ekwilibrystyki na arenie międzynarodowej. I tu Leopold okazał się mistrzem. Kupując usługi takich gwiazd ówczesnych mediów, jak Henry Morton Stanley, licznych dyplomatów, organizując kampanie na rzecz walki z handlem niewolnikami (oczywiście zwalczał handel arabski, a nie europejski) i niesienia Afrykanom „cywilizacji i postępu" wyrobił sobie markę oświeconego władcy, któremu Kongo wręcz należy powierzyć w opiekę. 

Okrucieństwa w kolonii króla Belgów

Nieprzypadkowo swoją prywatną kolonię Leopold nazwie Wolnym Państwem Kongo. Ale pod maską filantropa i oświeconego władcy ukrywał twarz wyjątkowo pazerną na bogactwa kraju: kość słoniowa i mleczko kauczukowe z dziko rosnących roślin kauczukodajnych. By skłonić Kongijczyków do pracy przy pozyskiwaniu tych bogactw, stosowano najbardziej drakońskie metody. Kolonialiści brali zakładników: kobiety, dzieci, starców… i grożąc ich śmiercią, zmuszali mężczyzn do zbierania mleczka kauczukowców w dżungli i wypełniania wyśrubowanych norm. Mordy, gwałty, kary fizyczne stały się codziennością. Z użycia broni należało się rozliczyć – amunicja wszak nie była tania, a znudzonym kolonialistom zdarzało się ruszać na polowanie na dzikie zwierzęta – jako dowód konieczności zastrzelenia czarnego robotnika musieli okazać jego odciętą dłoń lub stopę. W przypadku braku trupa, dłoń lub stopę odcinano dzieciom. Ofiar było tak wiele, że do dziś historycy spierają się o ich liczbę. Szacunki mówią o 5 do 10, a nawet 15 milionów ofiar „cywilizacji i postępu" w Kongu.

To początek zbrodni przeciwko ludzkości na terenie Konga. Wiek XX przyniesie następne… 

„Ciemność" jako wyprawa do mrocznego okresu dziejów Konga

O tym mrocznym okresie dziejów Konga traktuje historyczno-przygodowa powieść Paula Kawczaka. Debiut zamieszkałego w Kanadzie francuskiego pisarza to bezkompromisowa wyprawa do samego jądra ciemności. Towarzyszymy brugijskiemu geodecie Pierre’owi Claesowi w misji wytyczenia granic kraju, który w wyniku konferencji berlińskiej (1885) trafił w ręce Leopolda II. Zadaniem geodety jest wykreślić przebieg granicy tam, gdzie nie można polegać na korytach rzek. Krótko mówiąc, geodeta ma wykroić z Czarnego Lądu fragment, który zaspokoi apetyt Leopolda. Owo wykrawanie jest obecne w powieści w różnych aspektach. Pierwszy etap wyprawy Cleasa z Matadi w głąb interioru odbywa się lądem, na grzbiecie wołu. Trzeba ominąć katarakty w dolnym biegu Konga sprawiające, że na odcinku 130 kilometrów majestatyczna rzeka nie nadaje się do żeglugi. Po dwóch tygodniach, w Leopoldville, Cleas i jego towarzysze, wchodzą na pokład parowego stateczku i dalsza wyprawa staje się misją rzeczną.

W wyprawie geodezyjnej bierze udział Xi Xiao, chiński kat i tatuażysta, mistrz starożytnej sztuki lingchi, polegającej na pozbawieniu skazańca ciała w taki sposób, by jednocześnie jak najdłużej pozostawał on świadomy. Xi Xiao jest niewątpliwie mistrzem tych trzech sztuk, a na dodatek od pierwszego wejrzenia zapała miłością do Cleasa.

Mapa kongijskiej wyprawy w 'Ciemności' Paula KawczakaMapa kongijskiej wyprawy w 'Ciemności' Paula Kawczaka materiały wydawcy

Napisana językiem niestroniącym od brutalności, krwistych, dosadnych metafor powieść Kawczaka, jest jednocześnie liryczna, tak jak Xi Xiao, niosący swą katowską profesją śmierć, jakby chciał przemienić egzekucję w prawdziwe dzieło sztuki.

Bohaterowie Kawczaka dźwigają na swoich barkach brzemię przeszłości: doświadczyli krzywd w dzieciństwie, przemocy seksualnej czy fizycznej, odrzucenia z powodu odmienności, niskiego statusu, odtrącono ich miłość… I to oni wyruszają do Afryki, by nieść cywilizację i postęp tamtejszym ludziom. Ale czy to może usprawiedliwić stosowaną na każdym kroku przemoc?

Niewątpliwą zaletą książki Kawczaka jest jej historyczna skrupulatność. Obraz Konga ostatniej dekady XIX wieku jest wierny, fakty sprawdzone, a powieść zaludnia cała galeria postaci historycznych.

Oto pierwsze zdania:

„Uderzeniem chicotte Henry Morton Stanley dobił właśnie pewnego człowieka. Młodego, może piętnastoletniego tragarza, niejakiego Bembe de Mindouli, najętego do pracy w Matadi. Nie ma czasu na zrozumienie. Wszędzie popękana miękka skóra. Wysoka trawa zabryzgana krzykiem, łzami i różową krwią. Minęła dłuższa chwila, zanim psy wprawiły w ruch smukłe, zastygłe kończyny."

Kawczak, począwszy od tytułu, prowadzi mniej lub bardziej intymny dialog z „Jądrem ciemności", najważniejszym dziełem Josepha Conrada. Ba! Sam Conrad – wówczas jeszcze znany jako Józef Korzeniowski – pojawia się na kartach powieści:

Józef Teodor Konrad Korzeniowski był jedynym białym człowiekiem w Kongu, do którego Pierre Claes nie żywił nienawiści. Wszyscy pozostali byli dla niego jedynie nieprawdopodobnymi naroślami życia na rozpalonym ciele Afryki, śmierdzącymi polipami Leopolda II, bezmyślnymi agentami przyczyniającymi się do zrakowacenia współczesnego świata. Gorączkowego i bezowocnego rozsiewania choroby toczącej Europę na pozostałą część planety. (…) Polak nosił w sobie cząstkę czegoś wyższego i wysublimowanego. Możliwość odkupienia. Był jednym z nielicznych w Kongu białych ludzi, którzy odnosili się do czarnoskórych z prawdziwym szacunkiem; gdy o nich mówił lub ich obserwował, jego oczy nie zachodziły bielmem nienawiści, był jednym z niewielu, którzy patrzyli im prosto w oczy, z pełnym człowieczeństwem.

„Ciemność" Paula Kawczaka to krytyczne spojrzenie na europocentryczną wizję świata. Do dziś rdzenna ludność uczy się o tym, jak ich świat został odkryty przez Kolumba… Cooka… Portugalczyków… Anglików… A przecież przed kontaktem z Europejczykami istnieli, tworzyli własne cywilizacje. Czy europejska „cywilizacja i postęp" były warte niewyobrażalnych cierpień i milionów istnień?

Ale „Ciemność" to nie tylko manifest nawołujący do rozliczenia się z przeszłością. To istny poemat napisany przepięknym, sugestywnym, przesiąkniętym emocjami językiem. To narracja, która sprawia, że czytelnik wręcz czuje narastający obłęd afrykańskiej gorączki. I to w okolicznościach przyrody, przy których – jak pisze autor – „ogród Eden wydawał się tylko wstępnym szkicem". Każdą stronę, akapit, zdanie wypełnia metaforyka, symbolika, pasja, ból i zatracenie. „Ciemność" już od pierwszego zdania chwyta czytelnika za serce, a uścisk ten staje się tym mocniejszy, im głębiej zanurzamy się w nierozerwalnie splecione ze sobą historie Pierre’a Claesa, Xi Xiao, Vanderdorpego i innych bohaterów. To powieść, w której przemoc internalizowana jest niedosłownością, dzięki czemu może wydawać się czymś pięknym, estetycznym, wyszukanym; bo, jak przyznał w jednym z wywiadów Paul Kawczak, to jeden z tych zabiegów, które sprawiają, że można w ogóle o niej pisać, że można ją sobie do głębi uświadamiać. Realizm magiczny, ekstaza, cierpienie, krew, pot, erotyka, nieubłagany żar – to wszystko sprawia, że „Ciemność" pochłania się jednym tchem i że po jej lekturze nie można się uspokoić. „Mroczna, gorzka, deliryczna" – tak o „Ciemności" napisała Joanna Gierak-Onoszko, autorka „27 śmierci Toby’ego Obeda", która swoim posłowiem opatrzyła polskie wydanie powieści Kawczaka. 

130 lat później nadal trwa rabunkowa eksploatacja kraju

Od czasów opisanych w „Ciemności" minęło 130 lat, a w Kongu dalej trwa rabunkowa eksploatacja. Zmieniły się tylko pozyskiwane w sercu Afryki dobra: wówczas była to kość słoniowa i mleczko kauczukowe, dziś kawa, olej palmowy, miedź, kobalt i inne rzadkie metale i minerały. Wówczas zyski płynęły do kasy Leopolda II, dziś zasilają międzynarodowe korporacje. Różnica jest też taka, że 130 lat temu rdzenna ludność nie otrzymywała żadnego wynagrodzenia, albo zapłatą była swoista waluta: kawałki miedzianego drutu i znoszone ubrania. Dziś robotnicy otrzymują zapłatę, tyle że często nie przekracza ona dolara za dzień pracy…

Lektura „Ciemności" Paula Kawczaka w pięknym przekładzie Justyny Nowakowskiej nikogo nie pozostawi obojętnym. To 300 stron literatury najwyższej próby. 

DOSTĘP PREMIUM