"Zabójcze aplikacje". Mamy wielkie ekrany, bo na mobilkach można oglądać pornografię? [FRAGMENT KSIĄŻKI]

TikTok i mapy Google'a, Messenger i Candy Crush Saga, kolorowe emoji i szarzy panowie w garniturach używający Twittera, jako politycznej broni. Michał R. Wiśniewski w "Zabójczych aplikacjach" rozkłada na czynniki zagrożenia i korzyści płynące z coraz to nowszych cyfrowych rozwiązań. Osadza je też w szerszym kontekście: społecznym i politycznym.

Żyjemy w czasach trzech ekranów – telewizora, komputera i komórki, które konkurują ze sobą o naszą uwagę. Smartfony zmieniły sposób, w jaki konsumujemy i tworzymy treści. Do tego z nimi zasypiamy i się budzimy. Dlatego o nich jest książka Michała R. Wiśniewskiego.

Fragment książki "Zabójcze aplikacje", rozdział Trzy ekrany:

Pomyślałem,"że będzie zabawne, jeśli napiszę tę książkę na telefonie komórkowym. "Napisał książkę na komórce". Jaki obraz przywołuje to zdanie w wyobraźni? Może kogoś, kto maniakalnie naciska klawisze numeryczne, zamieniające cyfry w litery, a te w słowa podpowiadane przez magiczny słownik T9? Oczywiście bez polskich znaków diakrytycznych, żeby nie przepłacić za esemesy. Albo kogoś, kto wytańcowuje kciukami po klawiaturze ekranowej kolejne rozdziały najnowszej powieści, która stanie się hitem Wattpada i trafi pod strzechy jako serial młodzieżowy na Netflixie. Nikogo nie dziwi, że na telefonie można pisać. Scenę "Dziennikarz dyktuje przez telefon gorącego newsa" można zobaczyć w starym kinie.

Wreszcie zapewne ktoś wpadł na najbardziej prozaiczne wyjaśnienie – oto jest smartfon z wielkim ekranem, na którym po prostu można odpalić najprawdziwszego Worda i pisać jak gdyby nigdy nic na klawiaturze podłączonej przez bluetooth. Zestaw, który od normalnego komputera różni się jedynie gabarytami. Komputery. Tak powinniśmy myśleć o swoich komórkach, choć wciąż uważamy je za coś odmiennego. Całkiem słusznie – wzięły się z zupełnie innej kultury i stworzyły zupełnie nową erę komputeryzacji. Nowy cyfrowy świat, w którym programy nazywa się apkami.

Powyższy fragment naprawdę napisałem na smartfonie. I naprawdę myślałem, że będzie zabawnie, jeśli napiszę tę książkę na telefonie komórkowym, ale eksperyment się nie udał. Okazało się, że to przedziwne doświadczenie. Okienko kieszonkowego Worda jest o połowę mniejsze niż na laptopie, więc nagle kurczą mi się akapity, jakby mój mózg dokonał jakiegoś przeskalowania tylko dlatego, że naraz widzę połowę tego co na normalnym monitorze. Smartfon to jednak coś zupełnie innego niż mały komputer. Zmienił sposób, w jaki konsumujemy i tworzymy treści. Żyjemy w czasach trzech ekranów: telewizora, komputera i komórki, konkurujących ze sobą o naszą uwagę.

Ruchome obrazki

Jeśli ktoś się zastanawia, dlaczego smartfony przestały się mieścić w dłoni i kieszeni, odpowiedź brzmi: wideo. Ktoś sprawdził coś w Excelu i okazało się, że im większy ekran, tym więcej treści się konsumuje. Po sieci krążył kiedyś śmieszny obrazek pokazujący ewolucję komórek. Rezygnacja z dwupodziału klawiatura–ekranik na rzecz wielkiej dotykowej płaszczyzny miała się wedle niego zbiec z odkryciem, że na mobilkach można oglądać pornografię. Coś w tym pewnie jest, ta branża zawsze jest w awangardzie postępu.

Na temat oglądania filmów na telefonie wypowiadali się najwięksi reżyserzy, jedni pogodzeni z postępem, inni (słynna tyrada Davida Lyncha z 2008 roku) uznający to za świętokradztwo. Jestem dzieckiem kina, ciągle wierzę w magię seansu; celebrację oglądania w ciemności i skupieniu, których dziś nie da się zapewnić w warunkach domowych. Telewizor przestał być magiczną skrzynką, centrum domowego ogniska. Widać to nawet w scenariuszach reklam. Wspólne oglądanie kojarzy się z imprezami sportowymi: koledzy, chipsy, piwo i mecz. Seriale z apki Netflixa, HBO GO, Amazon Prime, Apple TV coraz częściej konsumuje się w samotności, patrząc na ekran komórki. Kiedyś napisałbym "mały", ale jak wspomniałem, jest już tak duży, że można odpalić na nim Worda. Trzyma się go również bliżej twarzy. Nagle okazuje się, że wszystkie trzy ekrany tak naprawdę zajmują tyle samo pola widzenia. Nowy zwyczaj: ogląda się dwa ekrany naraz. Na dużym leci kolejny odcinek serialu, na komórce prowadzimy konwersację przez komunikator albo przeglądamy Instagram. Nie da się skupić na czymkolwiek, tyle się dzieje! I nie jest to "ta dzisiejsza młodzież" – ileż razy widziałem komcie na temat filmu wysłane w trakcie oglądania. Może więc właśnie oglądanie na komórce jest najlepsze dla filmu, bo jej ekran zmienia się z rozpraszacza w ekran centralny.

Niestety, nowa wersja systemu iOS pozwala na odpalenie na przykład Netflixa w okienku, które można dowolnie skalować i umieszczać na ekranie. Da się więc jednocześnie przeglądać Facebooka i zerkać na serial na tym samym urządzeniu. Bezmyślna konsumpcja, jak w czasach MTV! Chcę tu zwrócić uwagę na jeden aspekt TikToka – on wymaga uwagi. Nie da się go oglądać tak, jak ogląda się telewizję – włączyć i zostawić. Skończony filmik zaczyna się od nowa, jeśli nie wyłączymy ani nie przewiniemy, utkniemy w tej pętli. Telewizja tymczasem ogląda się sama (Netflix przynajmniej pyta, czy wciąż żyjemy, po kilkunastu odcinkach nieustannego oglądania). Oto wynalazek ostatnich lat: pionowe wideo przeznaczone do oglądania na komórkach. Trzymany w ręku smartfon nie zasłania całego świata jak telewizor, nie odcina jak kino czy rzeczywistość wirtualna. Również w tej rzeczywistości można oglądać filmy. Kask PlayStation VR pozwala na takie doświadczenie – odpalenie filmu z płyty BR na wirtualnym ekranie kinowym. W życiu nie czułem się tak samotny jak wtedy, kiedy tkwiłem w czarnej przestrzeni nierzeczywistości sam na sam z filmem. Za to jakiż byłem skupiony na odbiorze! Nie widzę jednak przyszłości dla tak prezentowanej treści. Sam zrobiłem to tylko dlatego, że można w ten sposób oglądać Blu-Ray 3D. I dlatego, żeby powiedzieć sobie: "Wow, ale cyberpunk". Gibson, choć to lider ruchu, którego symbolem były lustrzane okulary, nie pisał o zaparowanych szkłach.

Pionowe komórkowe seriale rozwijają się w Chinach, ojczyźnie TikToka (znanego tam jako Douyin). Sztuczki montażowe i narracyjne wymyślane przez tiktokerów sprawdzają się potem w tych serialach. Odcinki są znacznie krótsze od klasycznych formatów telewizyjnych, pionowy układ ekranu zmusza zaś (i zachęca) twórców do szukania nowych sposobów opowiadania lub sięgania po narzędzia, które w normalnym serialu raczej się nie sprawdzają. Inaczej odbiera się na przykład monolog wewnętrzny bohaterki na wielkim telewizorze, a inaczej w niewielkim osobistym odbiorniku trzymanym w dłoni. Dominują komedie romantyczne i melodramaty (jakże intymne stają się miłosne wyznania), pojawiają się również seriale pełne dziwnych zdarzeń i szalonych zwrotów akcji. Smartfonowy serial powstał i w Australii. Ma coś z filmów Quentina Tarantino – autotematyczność. Content (2019) już w tytule nawiązuje do kultury internetu. To angielskie słowo, używane także w polskim żargonie zawodowym, oznacza treści wypełniające portale, media społecznościowe i przede wszystkim smartfony. Losy głównej bohaterki, która po wrzuceniu pechowego wideo postanawia zmonetyzować niesławę i zostać influencerką, widzowie śledzą przez pryzmat ekranu jej smartfona – aplikacji, komunikatorów i serwisów społecznościowych.

Z krótkimi odcinkowymi formami fabularnymi eksperymentuje Snapchat, który pod marką "Snapchat Originals" publikuje serialiki takie jak The Dead Girls Detective Agency (utrzymany w klimacie popularnego Riverdale) czy CoEd. Wszystko młodzieżowe. Czego innego spodziewać się po aplikacji, która dała światu filtr pozwalający nałożyć na twarz wirtualną maskę psa? Odcinki trwają po pięć minut. Chociaż widać ich telewizyjne korzenie, są przeznaczone dla konsumentów snapchatowych treści. Wśród proponowanych produkcji można znaleźć również serial dokumentalny (czy raczej "reality") Endless Summer, śledzący losy Summer Mckeen,  gwiazdy sieciowych wideo. Bohaterki odcinkowych fabułek używają oczywiście Snapchata.

Branża muzyczna zaczęła produkować teledyski dopasowane do pionowych ekranów smartfonów. Pod frazą "vertical video" na YouTubie znajdziemy oczywiście idolkę młodego pokolenia, Billie Eilish, i sporo innych twórców. Format zachęca do tworzenia minimalistycznych, intymnych teledysków, takich jak Too Good At Goodbyes Sama Smitha. Chun-Li raperki Nicki Minaj jest utrzymane w stylu snapchatowym, jakby artystka chciała przekroczyć granicę prywatności lub takie przekroczenie umiejętnie rozegrać. Czasem pionowy teledysk to wersja alternatywna dla oficjalnego teledysku. Na przykład Delicate Taylor Swift. O ile normalny teledysk to nagrana na bogato historia rodem z kina, o tyle w komórkowej wersji piosenkarka zabiera widza na spacer, w czasie którego śpiewa do kamerki, jakby była jeszcze jedną dziewczyną z TikToka. Poza na dziewczynę z sąsiedztwa interesująco skontrastowana z obrazem wyalienowanej gwiazdy marzącej o chwili wytchnienia, który oglądamy w wersji telewizyjnej. Pionowe teledyski można znaleźć też jako ozdobniki na Spotify. Zamiast okładki płyty coraz częściej pojawia się tam wideo wypełniające ekran. Czasem są to przerobione normalne teledyski, na przykład Swan Song Duy Lipy z filmu Alita. Filmiki towarzyszące piosenkom na Spotify często są jedynie krótkimi animacjami albo krótkimi scenkami przypominającymi animowane gify. Tak jest między innymi w przypadku nowej płyty niemieckich hiphopowców (co ciekawe – dojrzałych) z grupy Fettes Brot. Serwis udostępnił nawet narzędzie, które reklamuje słowami "Przyciągnij uwagę swoich fanów w zupełnie nowy sposób dzięki funkcji Canvas – krótkim zapętlonym wizualizacjom, które możesz dodać do każdego swojego utworu w Spotify. To sztuka na miarę ery cyfrowej".

Nie tylko branża muzyczna postawiła się do pionu. Wertykalne wideo zaczęły publikować serwisy medialne, takie jak twitterowy profil telewizji BBC News. W strumieniu są przycinane do kwadratu, ale po kliknięciu rozwijają się na cały ekran. To efekt badań marketingowych, z których wynikło, że konsumenci najlepiej wchłaniają treści podane właśnie w ten sposób. Strony z poradami dla sprzedawców internetowych zaroiły się od instrukcji, jak wykonać najlepsze pionowe wideo. Wszystko, żeby tylko nie zginąć w szumie.

"Zabójcze aplikacje" wydało Wydawnictwo Czarne, książka premierę miała 29 września 2021 roku

DOSTĘP PREMIUM