"Dla kobiet, które zdradziły rasę i miały wydać na świat mieszańca, opracowano rytuał" [FRAGMENT KSIĄŻKI "CZYSTKA"]

Mężczyźni mieli do wyboru albo sami zabić żonę, albo zostawić to bandytom. Najczęściej nie potrafili sami tego zrobić. "Czystka" to rodzinna saga, śledztwo genealogiczne Katarzyny Surmiak-Domańskiej, badanie historii rodziny, która w latach 40. XX wieku żyła na Kresach.

"Czystka" to opowieść o międzypokoleniowym przekazywaniu traum. O tym, jak skutecznie można je przenosić na bliskich także poprzez milczenie. Jej autorka Katarzyna Surmiak-Domańska, badając losy swojej rodziny, która doświadczyła rzezi wołyńskiej i przesiedlenia, próbuje między innymi odzyskać babcię, która nigdy nie poznała, gdyż zmarła przed jej narodzeniem w szpitalu psychiatrycznym. 

Fragment książki "Czystka"":

Wiosną 1944 roku obszar w promieniu stu kilometrów od Siemianówki przypomina tarczę strzelniczą początkującego snajpera. Środek nietknięty, kręgi leżące dalej posiekane od trafień. W Buciskach i Miedziakach – dziewięćdziesiąt kilometrów na północny wschód od Siemianówki – banderowcy mordują ponad sto dwadzieścia osób. W Mikołajowie – -dwadzieścia kilometrów na południe – pięć. W Radziejowie – dwadzieścia kilometrów na południe – pewien szesnastolatek sam przez kilka godzin broni domu. Zdołał zabić kilkoro napastników i uratował siebie. Cała jego kilkuosobowa rodzina zginęła. W Dobrzanach – trzydzieści kilometrów na zachód od Siemianówki – upowcy dokonują egzekucji na Polce, żonie nauczyciela Ukraińca. Kazano mu wybierać: sam ją zabijesz, czy my mamy to zrobić? Nie potrafił sam.

Siemianówka zamienia się w twierdzę. Jak piszą Zawada oraz Bednarski, każdej nocy wystawiane są warty w sile trzystu ludzi. Każdy, kto nosi spodnie, ma obowiązek się do niej stawiać. Od kilkunastolatków po zdrowych siedemdziesięciolatków. Wartownicy stoją w wielu miejscach, po kilkunastu ludzi w każdym punkcie. W rękach trzymają kosy, ale to tylko dla zachowania pozorów wobec Niemców. Większość kosynierów ma w zanadrzu ukryty pistolet.

Bronuś jest za mały, by stać z kosą. Co rano chodzi paść krowę nad Stawczanką, gdzie rozciąga się wspólne pastwisko dla Siemianówki i Miłoszowic. To miejsce ponad podziałami. Dzieci ukraińskie bawią się tu wspólnie z polskimi. Kwestie narodowościowe ich nie obchodzą.

Zbrodnia, do której doszło w nocy z soboty 20 maja na niedzielę 21 w Pustomytach, w domu mojego stryjecznego pradziadka Antoniego Surmiaka, stawia Siemianówkę w stan podwyższonej gotowości. Po raz pierwszy banderowcy uderzają tak blisko. To zaledwie pięć czy sześć kilometrów. Na skróty, brzegiem rzeki idzie się niecałą godzinę. W Pustomytach mieszka na stałe część siemianowskich akowców, na przykład bracia Karola i Marii, Walenty i Marcin.

Do 1914 roku Pustomyty były austro-węgierskim ośrodkiem sanatoryjno-wypoczynkowym, znanym z kąpieli borowinowych. Przeważającą większość mieszkańców stanowili grekokatolicy. Sytuacja zaczęła się zmieniać jeszcze przed wybuchem pierwszej wojny światowej, kiedy to Bank Polski w Łańcucie postanowił sprzedawać ziemię w Pustomytach, ale tylko Polakom. Po wojnie, już w czasach II Rzeczpospolitej, zaczęto sprzedawać także Ukraińcom, lecz pod jednym warunkiem: kupujący musiał przejść na obrządek rzymskokatolicki. Chętnych nie brakowało, społeczność polska, czy też spolszczona, sukcesywnie rosła. We wszystkich trzech miejscowych szkołach podstawowych uczono wyłącznie po polsku. Według stanu na 1 stycznia 1939 roku mieszkało tu dziewięćset dziesięciu Polaków, trzystu Ukraińców, którzy przeszli na wyznanie rzymskokatolickie, oraz pięciuset czterdziestu ukraińskich grekokatolików, którzy trwali przy swojej coraz bardziej zagrożonej tożsamości. To z Pustomytów pochodził znany greckokatolicki biskup Wołodymyr Sterniuk, który w 1943 roku, będąc proboszczem na Wołyniu, dowodził jednocześnie bandą OUN-UPA. Wskazywał, kogo należy zabić. W kazaniach nawoływał do „wyplewienia pszenicy z kąkolu". Pszenicą byli Ukraińcy, a kąkolem – Polacy. Podczas jednego z nabożeństw poświęcił dziesięć noży przeznaczonych do wycinania "kąkolu".

W niedzielę rano 21 maja 1944 roku Bronuś śpi na przypiec-ku w kuchni w domu cioci Marii. Budzą go głosy rozmawiających kobiet. Otwiera oczy. W kącie przy piecu widzi małą dziewczynkę. Kilkuletnią, z krótkimi włoskami. Ciocia głaszcze ją po główce. Dziewczynka rozmazuje się w pamięci chłopca. W głowie zostaje jej obraz i jej opowieść. To historia z drugiej ręki, powtórzona przez ciocię. Obrosła w to, co ustalono później na podstawie innych źródeł.

W sobotę 20 maja w domu młynarza Antoniego trwa zjazd rodzinny Surmiaków. Przyjechali krewni i powinowaci z innych wsi. W sumie około dwudziestu osób. Jest wśród nich syn Antoniego Józef ze swoją ukraińską żoną, Julią, jest synowa Maria, żona drugiego syna, Jana – przebywającego za granicą, pewnie na robotach w Niemczech. Napastnicy są młodzi, wszyscy z Pustomytów. Jak wiadomo z notki znalezionej przeze mnie w internecie, Maria przed śmiercią zwracała się do nich po imieniu. Najpierw zadźgali Antoniego przed wychodkiem. Widząc znajome twarze, pewnie nie wszczął nawet alarmu. Umarł cicho. Przypuszczalnie ci, którzy zostali w izbie, nie zdziwili się, gdy przez uchylone drzwi nagle weszło kilka nowych osób. Na wielu wsiach do dzisiaj nie ma dzwonków przy wejściu, nikt nie puka. Naciska się klamkę i wchodzi. Może zanim zaczęli strzelać, zamienili kilka grzecznościowych zdań?

Do Julii nie zamierzali strzelać. Dla kobiet, które zdradziły rasę i miały wydać na świat mieszańca, opracowano specjalny rytuał. Powtarza się makabryczny scenariusz: kobieta błaga o litość, jej mąż dostaje wybór – sam zabijesz żonę albo my to zrobimy. Józef odmawia. Zwykle mężczyźni odmawiali. Niedobrze. Lepiej by było zawczasu przećwiczyć sobie w myślach, jak zabić najbliższą osobę szybko i w miarę bezboleśnie. Bandyci robią tak, żeby bolało. Zaczynają od dziecka. Rozpruwają brzuch Julii, wyjmują płód, uśmiercają. Potem dobijają kobietę. A potem Józefa i innych.

Dziewczynka o krótkich włoskach przygląda się temu zza pieca. Kiedy wszyscy już leżą w kałużach krwi, nagle jeden z napastników ją dostrzega. Wbija w nią wzrok, podnosi pistolet, celuje w głowę. Nie musi się spieszyć, może chwilę się z nią podroczyć. Nagle zmienia zdanie, mówi do niej: „Ty taka mała, na ciebie szkoda kulki". Chowa broń, sięga po nóż. Zbliża się do dziewczynki z wyciągniętym ostrzem. Ona robi krok w tył. Jeden, drugi… Nagle potyka się. Następuje nieoczekiwany zwrot akcji. Napastnik kieruje wzrok w dół. Wpatruje się uważnie w ziemię. Trudno tak szybko dojrzeć, lampy naftowe pewnie już potłuczone, a noc z 21 na 22 maja jest bezksiężycowa, sprawdziłam. Ale tak – to, o co potknęła się dziewczynka, to stopa. Wystaje spod łóżka. Należy do kogoś wciąż jeszcze żywego, kto korzystając z zamieszania, próbował znaleźć kryjówkę. Być może nie jest sam. Pod tym łóżkiem, struchlałe ze strachu, mogą tłamsić się trzy albo nawet cztery osoby, pewnie mało tam miejsca, skoro jednej nogi nie udało się wciągnąć w całości. Drgająca stopa wzbudza wielkie zaciekawienie napastnika. Prawdopodobnie jest to dorosła polska stopa. Napastnik waha się, zerka to na nią, to na dziecko. Wybiera stopę. Kuca z nożem przy łóżku. Dziewczynka czmycha. Wybiega z domu i ciemną nocą biegnie sześć kilometrów wzdłuż Stawczanki prosto do domu cioci Marysi.

Kim była? Na pewno naszą bliską krewną, skoro znała drogę na pamięć. Może córką Józefa i Julii? Choć nie wiem, czy oni posiadali dzieci poza tym, które miało się dopiero urodzić. A może jej rodzicami byli Maria i Jan? Może to sześcioletnia Zosia Surmiak? Wiek by się z grubsza zgadzał. Ale to jednak nie mogła być ona, bo jak uda mi się ustalić, Zosia Surmiak ukryła się na strychu razem ze starszym bratem Tadeuszem. Z kolei od córek cioci Marysi Janiny i Hanny usłyszę, że ich kuzynką, która po masakrze zjawiła się w ich w domu w Siemianówce, była Bronka, starsza siostra Zosi. Tylko że Bronka miała w 1944 roku piętnaście lat. Dziewczynka ze wspomnienia nie mogła być też trzyletnią Zosią z łóżeczka, uspokajaną przez umierającą Stefanię Surmiak z domu Wojciechowską. Bo ją, całą i zdrową, znaleźli nazajutrz w tym łóżeczku sami Wojciechowscy.

Ludziom po latach mylą się imiona, sylwetki odrywają się od przynależnych im zdarzeń, podczepiają się pod inne, przypadkowe. Nikt z żyjących dziś osób, poza moim ojcem, nie kojarzy małej uciekinierki z krótkimi włoskami. A ojciec wciąż widzi ją bardzo wyraźnie, skuloną w kącie przy piecu w szarym świetle poranka. I pamięta te powtarzane przez nią słowa: "Ty taka mała, na ciebie szkoda kulki".

Mord w leżącym na skraju wioski domu Antoniego miał być pierwszym etapem pustomyckiej czystki. Po wyjściu od Surmiaków zabójcy podpalili dwie sąsiednie zagrody. Szliby dalej, gdy nie wydarzyło się coś niespodziewanego. Z płonącego gospodarstwa wybiegły konie. W popłochu przegalopowały przez drewniany most na Stawczance. Bandyci wzięli huk kopyt za odgłos maszerującego wojska. Uznali, że z Siemianówki nadciąga odsiecz. Zlękli się, odpuścili.

W poniedziałek 22 maja zabili jeszcze polskiego rzeźnika, jego córkę i furmana. A jeszcze potem – a może w tak zwanym międzyczasie? – pojawili się przed cerkwią w pobliskich Leśniowicach. Przyszli prosić greckokatolickiego księdza o błogosławieństwo dla dalszych mordów. I tu spotkała ich niemiła niespodzianka. Ksiądz odmówił. Mało tego, upadł przed mężczyznami na kolana i zaklinał, żeby się opamiętali. I że jeżeli mają zamiar dalej mordować, to niech zaczną od niego. Ta postawa zbiła bandytów z pantałyku. Dzięki koniom, a potem bohaterskiemu ukraińskiemu księdzu nikt więcej w Pustomytach nie zginął. Niestety, nie zapisano nazwiska księdza.

"Czystka" została wydana przez Wydawnictwo Czarne, ukazała się 29 września

DOSTĘP PREMIUM