Dom w butelce. "Jak mamie nie starczało pieniędzy na picie, okradała babcię i dziadka z emerytury"

Pamiętam, jak kiedyś się wstawiła, ale poszła do kościoła. Za butlą z gazem znalazłem napoczętą wódkę, wylałem ją, a na butelkę nakleiłem kartkę "Smakowało?" i położyłem na miejsce. Po powrocie zrobiła mi straszną awanturę. To chyba wtedy złamała mi nos - to jedno ze wspomnień Marcina o mamie. Marcin jest DDA, czyli Dorosłym Dzieckiem Alkoholika.

"Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików" Agnieszki Jucewicz i Magdaleny Kicińskiej to zbiór mocnych, głębokich rozmów z dorosłymi dziećmi alkoholików. Jak wyglądało ich dzieciństwo? W jaki sposób uzależnieni rodzice wpłynęli na ich dorosłość? Kiedy rozmówcy uświadomili sobie obecność alkoholowego spadku w swoim życiu? Czy i jak udało im się od niego uwolnić? Kim są dzisiaj?

Fragment książki "Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików":

"Jabłko dla smutnego chłopca"

Marcin, trzydzieści pięć lat

Czasem, kiedy ją widzę, jak siedzi taka skurczona, wystraszona, pijana, to chciałbym, żeby to się wreszcie skończyło…

…żeby umarła?

Tak. Ale boję się, że kiedy to się naprawdę stanie, to moje życie się rozsypie. Jest we mnie taki sabotażysta, który zamiast być moim wewnętrznym kibicem, mówi mi: "Tylko ci się wydaje, że tak dużo zrobiłeś ze swoim życiem, że jesteś taki silny, że tak sobie wszystko posprzątałeś".

Za każdym razem jak dzwoni nieznany numer z kierunkowym z mojej rodzinnej miejscowości, boję się, że to wujek albo ciotka. Chcą, żebym przyjechał i zamknął historię.

Pochował ją?

Długo miałem wyrzuty sumienia, że ją tam zostawiłem, że przeprowadziłem się do Krakowa, wybrałem swoje życie. O tych wyrzutach przypomina mi też rodzina, sąsiadki. Kiedy tam jeżdżę, słyszę czasem: "Gdybyś tu był, byłoby inaczej. W chałupie zabrakło chłopa".

Ale przecież byłeś z nią bez przerwy do czasu, aż poszedłeś na studia, a i tak wtedy piła.

Ten argument się nie pojawia.

Ty sam masz sobie coś do zarzucenia?

Przez długi czas nie mogłem sobie wybaczyć, że kilka razy ją uderzyłem. Na przykład wtedy, gdy strasznie pijana próbowała wyskoczyć przez okno. Wylałem cały alkohol, jaki był w domu, zamknąłem drzwi, więc próbowała w ten sposób. Ściągnąłem ją z tego okna. Upadła. Zaczęliśmy się szamotać. Uderzyłem ją kilka razy w plecy. Do dziś pamiętam ten dźwięk… Od razu odezwał się we mnie potworny lęk i głos: "Będziesz taki jak on".

Jak ojciec?

Tak. "Masz to w genach. Jesteś złym człowiekiem".

Dalej tak o sobie myślisz?

Nie. Widzę to raczej jako gest radykalnej bezradności. Kapitulacja chłopca, który sobie nie radzi z tym, co wokół. Dzisiaj jestem z siebie dumny. Za to, gdzie jestem, w jakim momencie życia jestem, z kim jestem. Może mogłem tylko trochę wcześniej zawalczyć o siebie?

Niektórzy nigdy tego nie robią.

Mam świadomość, że to efekt bardzo ciężkiej pracy, że to nie przyszło samo. Cieszę się, że poszedłem tą ścieżką, bo mogłem wybrać inne. Wiesz, co jest dziwne? Że ja mimo wszystko ciągle lubię ludzi. Lubię życie. Czuję, że mam dużo do zaoferowania światu, i chcę się tym dzielić.

Dlaczego płaczesz?

…bo chyba wreszcie sam to usłyszałem…

Opowiesz o domu?

Wychowałem się w małej miejscowości w Beskidzie Żywieckim, pod Babią Górą. W domu dziadków, rodziców mamy. Ten stary, drewniany dom był centrum rodziny. Mama ma jeszcze brata bliźniaka i dwie starsze siostry, którzy mieszkają niedaleko.

Dziadkowie byli prostymi rolnikami. Bardzo wierzącymi. Babcia nie potrafiła pisać, co dziadek jej czasem wypominał, mimo że sam nie był wykształcony. Ale miał biegłość w czytaniu i pisaniu. Babcia była typem twardej góralki, to ona rządziła w domu. Nie była taką typową babcią, która przytula. To raczej dziadek odgrywał tę rolę. Miał w sobie dużo ciepła i łagodności. Ale potrafił też być stanowczy. Babcia na co dzień tupała nogą, a dziadek w momencie, kiedy przebrała się miarka. Kiedy coś zbroiłem albo kiedy mama już przesadziła. Im jestem starszy, tym bardziej się cieszę, że byli i stanowili bufor. Gdyby nie oni, picie mamy szybciej by eskalowało

Mama nie do końca miała zgodę, że z nimi mieszkamy, ale nie miała wyjścia. Była samotną matką. Nie związała się z moim ojcem ani z nikim później. Nie miała najlepszych relacji z babcią. Non stop były między nimi kłótnie.

Dziadkowie pili?

Dziadek pił raz w roku, w święta. Wszyscy czekali, aż pójdzie do swojego pokoju, otworzy drewnianą skrzypiącą szafę i wyciągnie z kozaka krupnik. Taki rodzinny rytuał. Babcia też raczej stroniła od alkoholu. Jak coś wypijała na uroczystościach rodzinnych, to żeby się wyluzować. Stawała się wtedy figlarna, zaczynała śpiewać, opowiadała żarty. Na co dzień była tytanem pracy. Ciężko pracowała na roli, a przedtem w jedynej istniejącej w okolicy fabryce. W naszym domu nie wolno było odpoczywać, czytać, leżeć. Babcia goniła.

Co z twoim tatą?

Tak naprawdę do minionego roku niewiele na jego temat wiedziałem. Tylko tyle, że mieszka siedemnaście kilometrów dalej, w miasteczku, gdzie potem poszedłem do liceum. Czułem, że nie mogę o niego pytać. Z rozmów dorosłych podsłuchałem, że był milicjantem i "złym człowiekiem". Czasem jak mama się upiła, wyrzucała mi: "Jesteś taki sam jak on!". Albo mocniej: "Ty pierdolony esbeku".

Nie kontaktował się z tobą?

Nie, choć nie był pozbawiony praw rodzicielskich. Przysyłał mi jakieś głodowe alimenty. I listy na zakończenie roku z prośbą o przesłanie skserowanego świadectwa – bezosobowe, pisane na maszynie. Uzależniał alimenty od tego, czy zdałem.

Pierwszy raz dowiedziałem się o nim więcej jakoś na drugim roku studiów. Toczyła się wtedy duża dyskusja o współpracy Kościoła ze służbami PRL-u. Byłem w swoim studenckim mieszkaniu w Krakowie, w telewizorze leciał chyba program Pospieszalskiego Warto rozmawiać. Coś czytałem, ale jednym uchem słuchałem. Pamiętam, że rzucałem wtedy palenie. Aż nagle padło ojca nazwisko. Z telewizora dowiedziałem się, kim był. I już wiedziałem, że będę palił dalej. Pobiegłem do sklepu po papierosy, wypaliłem kilka fajek, a potem poszedłem do kafejki internetowej poszukać więcej informacji. Mając dwadzieścia parę lat, dowiedziałem się, że pracował w komórce milicji w miasteczku, gdzie chodziłem do liceum, i że był wysoko postawiony. Odpowiadał za inwigilację Kościoła, rekrutował agentów. Później zaczęto go określać jako "skruszonego esbeka", bo ponoć dostał polecenie zamordowania jednego z księży, działaczy solidarnościowych, ale odmówił wykonania polecenia służbowego, za co trafił do więzienia.

Co wtedy zrobiłeś z tą wiedzą?

Wtedy przeczytałem minimum. Nie byłem w stanie więcej. Dla mnie kluczowa była wówczas odpowiedź na pytanie: skąd jestem?

Intuicyjnie czułem, że między mamą a nim nie było miłości, tylko przemoc. Podejrzewałem, że może gwałt. I to mi nie dawało spokoju. Dopiero kiedy poszedłem na swoją trzecią, ostatnią terapię, dojrzałem do tego, żeby się z tą historią zmierzyć. W grudniu 2019 złożyłem wniosek do IPN-u o wgląd do akt. Dostałem pięć ciężkich kartonów. I zaczęła się moja przeprawa z nimi. Proces rekonstrukcji historii, która została wymazana.

Znalazłeś odpowiedź na swoje pytanie?

Jak się okazało, po 1989 ojciec jako działacz tamtego systemu miał sporo procesów, w których próbował się wybielić. Wertując relacje świadków, trafiłem na zeznania mojej mamy. Kiedy wyszło na jaw, że ma z nim dziecko, została wezwana na jedną z rozpraw. No i znalazłem odpowiedź. Przeczytałem, że poznali się na zwyczajniej imprezie u, jak się okazało, mojego nauczyciela historii. Spotkali się potem jeszcze ze dwa, trzy razy. Z zeznań mamy wynikało, że kiedy dowiedział się o jej ciąży, przekonywał ją do usunięcia i powiedział, że ma inną kobietę. Ożenił się z nią zresztą. Niedługo po tym, gdy ja się urodziłem, urodziła mu córkę. Z akt wynikało, że miał sporo kobiet. Traktował je przedmiotowo. No i sam pił. Skierowano go nawet z pracy na leczenie.

Intuicja, że to był gwałt, się we mnie wyciszyła, ale uzyskałem pewność, że tam nie było czułości. Coś w środku mi mówi, że tylko siła. I władza.

W każdym razie zrobiło mi się lżej.

Lżej?

Bo zrozumiałem tę przewagę innych ludzi nade mną z czasów mojego dzieciństwa. Wszyscy zdawali sobie sprawę, czyim jestem synem. Znali go i często nienawidzili. I ja to czułem.

Dziadkowie się wstydzili, że mama ma nieślubne dziecko?

Myślę, że na początku tak. To była prawa, katolicka rodzina. Bez żadnych odchyłów, patologii. Przez nasz dom przewijali się księża. A tu nagle taka historia.

Spotkałem go raz. W sądzie. Kiedy skończyłem studia, potrzebował potwierdzenia, że obowiązek alimentacyjny ustaje, mimo że ja niczego od niego nie chciałem. Dostałem wezwanie na rozprawę. Czułem, że jestem dorosły, twardy i że nie pokażę żadnych emocji. Ale to było silniejsze ode mnie. Jak sąd podejmował decyzje, usiedliśmy po przeciwnych stronach korytarza, i coś mnie ku niemu pchnęło.

Krzyczałeś?

Nie. Ale wyszedł ze mnie taki dziwny strumień nigdy niezadanych pytań. Można je streścić do jednego: "Dlaczego mnie odrzuciłeś?".

W trakcie rozprawy, gdzieś między wierszami, powiedziałem, że jestem gejem. Zrobiłem to świadomie. Wiedziałem, że go to zaboli. Na ten mój zalew pytań tylko wstał, popatrzył na mnie z miną triumfatora i powiedział: "Ty pierdolony pedale!". I wyszedł.

Jak się zaczęło picie twojej mamy?

Chyba tak normalnie. Na początku piła tylko na imprezach. Na niektóre mnie zabierała. Później zaczęła pić w domu. Najpierw niewinnie, w weekendy, popołudniami. Potem od rana. A potem już w tygodniu. To był chyba początek mojej podstawówki. Relacje imprezowo-towarzyskie powoli zgasły. Piła sama i ukrywała to picie. Czujnie ją obserwowałem. Kontrolowałem – czy dziś przekroczy granicę, czy nie. Znałem jej stare skrytki, uczyłem się nowych. Pamiętam, jak kiedyś się wstawiła, ale poszła do kościoła. Za butlą z gazem znalazłem napoczętą wódkę, wylałem ją, a na butelkę nakleiłem kartkę "Smakowało?" i położyłem na miejsce. Po powrocie zrobiła mi straszną awanturę. To chyba wtedy złamała mi nos.

Jak to "chyba"?

Bo dopiero jako dorosły uświadomiłem sobie, skąd mam taki "charakterystyczny" nos. Schowałem to wspomnienie głęboko.

Ktoś cię wtedy zawiózł do lekarza?

Nie. Lała mi się krew, potem przestała.

Dziadkowie nie wiedzieli, że mama pije?

Wszyscy wiedzieli. W takich małych społecznościach wszyscy wszystko wiedzą. Babcia była tą pierwszą instancją. Suszyła mamie głowę o jej picie. Awanturowała się, kiedy zauważyła na przykład, że mama zapomniała o placku wstawionym do piekarnika albo przesoliła po pijanemu bigos, którego nie dało się zjeść. Dziadkowie pamiętali straszną biedę i nie znosili marnowania jedzenia. Jak mamie nie starczało pieniędzy na picie, okradała babcię i dziadka z emerytury. Babcia nie potrafiła liczyć, nie umiała oszacować, ile tych pieniędzy zniknęło, ale się domyślała, więc ciągle było trzaskanie drzwiami. Mama miała tyle żalu do babci związanego z tym, że zawsze czuła się gorsza od pozostałych dzieci, nieważna, że na nią ta agresja babci kompletnie nie działała. Czasem się reflektowała, kiedy głos wreszcie zabierał dziadek. Widziałem, że jego słowa mają dla niej moc, że go szanuje. Ale to też nie pomagało.

Gdzie byłeś w tym wszystkim ty?

Zawsze przy niej. Nawet jak się bawiłem, miałem ją na oku. Spaliśmy w jednym pokoju, na jednym łóżku. Dopóki wujek, czyli brat mamy, nie przyszedł i nie powiedział: "Hanka, chłopak jest duży, kup mu łóżko".

Ile miałeś wtedy lat?

Trzynaście? Czternaście?

Spałeś z nią taką pijaną?

Bardzo często. Pamiętam noce, jak wstawała, żeby się napić, a ja bałem się ruszyć, żeby nie zobaczyła, że to widzę. Albo jak piła przy mnie, bo alkohol był tuż przy łóżku… Albo jak nagle się zrywała ze szlochem, bo coś przeżywała. A ja nie wiedziałem… czy mogę ją przytulić.

Jako dziecko starałem się maskować jej picie. Jak była pijana i widziałem, że ktoś idzie, to zamykałem dom, że niby nikogo nie ma. Wydawało mi się, że jestem w stanie to ukryć.

Wiesz, co było najgorsze? Ostatnio przypomniałem sobie o tym w pracy. Mamy taki zwyczaj, że o trzynastej jemy obiad. Nie lubię tej godziny. Mama pracowała w mojej szkole jako sprzątaczka. Przychodziła około trzynastej, na długiej przerwie. Miałem wtedy jeden obowiązek, który sam sobie narzuciłem – pójść i znaleźć mamę. Zobaczyć, czy jest trzeźwa. A jak jest nietrzeźwa – zmusić ją, żeby poszła sprzątać klasy, gdzie już nikogo nie było, żeby nikt jej nie zobaczył.

Ona wiedziała, że taki obowiązek sobie narzuciłeś?

Myślę, że była kompletnie nieświadoma swoich emocji. Nie ma tego wszystkiego, co ja sobie zbudowałem. Nie jest wykształconą kobietą, nigdy nie czytała książek, ale jest też bardzo mądra, tak życiowo. Pamiętaj, że ona ciągnie za sobą ogromny bagaż. Tylko mogę sobie wyobrazić, co musiała czuć młoda kobieta, która chciała miłości, ciepła. Na imprezie spotyka mężczyznę, zachodzi z nim w ciążę, a on jej mówi: mam inną. Zostaje sama. Zaczyna pić.

Do tego żyje w małej społeczności, gdzie picie kobiet jest napiętnowane, gdzie pić wolno tylko mężczyznom.

Usprawiedliwiasz ją?

Już nie. Ale wcześniej potrzebowałem zrozumieć, dlaczego ta historia potoczyła się tak, a nie inaczej. Wejść w jej głowę tak bardzo, żeby zobaczyć, jak tam jest ciemno.

Teraz jestem bliżej siebie. Jej historia ma już mniejszy wpływ na mnie. Jeżdżę tam o wiele rzadziej, raz na miesiąc. Kiedyś nie było weekendu, żebym tam nie pojechał. Bo trzeba było skontrolować, sprawdzić.

Mnie się wydawało, że tak dobrze to maskuje, że nikt tego nie widzi. Jak była lekko wstawiona, to bardzo o mnie dbała. Przynosiła mi olbrzymią ilość jedzenia – jabłka, ciasto drożdżowe. Świetnie gotowała. Myślę, że w ten sposób okazywała mi czułość. To był taki jej list do mnie.

Do trzynastej się uczyłem. A potem tak jakby zwijałem się w sobie. Nie wiedziałem, co przyniesie kolejna przerwa. Czy koledzy nie zobaczą, czy dyrektorka nie zauważy i jej nie zwolni. Pracowała do dziewiętnastej. Najczęściej czekałem na nią. Grałem na pianinie, pisałem coś na tablicy albo siedziałem w bibliotece.

Potem się okazało, że wszyscy wiedzieli. Jak już przestałem chodzić do szkoły, dyrektorka kilka razy musiała odesłać mamę do domu, bo była tak pijana, że nie była w stanie pracować. Ale nigdy jej nie zwolniła. Kiedy z nią porozmawiałem, już jako dorosły, powiedziała mi: "Wiedziałam, w jakiej jest sytuacji, wiedziałam, co to za problem. Nie mogłam tego zrobić".

Mama pracowała w szkole aż do przejścia na rentę, kiedy po pijanemu połamała sobie już wszystko – ręce, nogi. Jak renta się jej skończyła, nie przedłużyli jej umowy. Do emerytury zostało jej z półtora roku. I to był najpiękniejszy czas dla mnie. Nie miała wtedy pieniędzy, przestała pić.

Kiedy napisałeś, że chciałbyś ze mną porozmawiać, wspomniałeś, że moment przełomowy w jej piciu nastąpił, gdy miałeś dwanaście lat. Co się wtedy wydarzyło?

Wydaje mi się, że miałem jednak mniej niż dwanaście lat. Na pewno to było święto Bożego Ciała. Naprzeciwko domu postawiono ołtarz, kwitł jaśmin, była piękna pogoda. Ona wtedy złamała nogę. Gdzieś się przewróciła. Na siłę zawieźliśmy ją do szpitala, bo za nic nie chciała jechać. Jest strasznie uparta. Cieszyłem się, że ma gips, że musi leżeć i że nie będzie chodziła po wódkę. Ale wtedy zaczęła pić jeszcze bardziej.

Skąd miała alkohol?

Przyjaźni sąsiedzi pomogli.

Cała rodzina miała poczucie, że jakaś granica została przekroczona. Odbył się rodzinny synod. Pamiętam ją jak dziś, w pokoju obok, w alkoholowym amoku, wyrzucającą z siebie różne bluzgi na mnie, na dziadków, na wujka, na cały świat. Miała kulę, więc nie dało się jej opanować. Wujek usiadł przy stole naprzeciwko mnie, tak jak ty teraz, popatrzył na mnie, ja byłem roztrzęsiony, pierwszy raz pokazałem rodzinie emocje, a on spytał: "No to co, chłopcze, teraz robimy?".

Dorosły poprosił o pomoc dziecko?

Tak… Wyrzuciłem wtedy z siebie ten chowany wiele lat żal do nich, że wiedzą, ale nie widzą, że nie pomagają, że zostawili mnie z tym wszystkim samego. Wykrzyczałem wujkowi: "Jakim prawem mówisz, że to ja mam coś zrobić? Wy to widzicie od lat". Nie wiem, czy dokładnie to powiedziałem, ale taki był sens. "Ja jestem dzieckiem. Problem jest wszystkich, a nie tylko mój".

I to był moment, kiedy w rodzinie zaczęło się o tym mówić otwarcie. Potem było jeszcze wiele takich synodów, bo mamy picie cały czas eskalowało. Ale ja jednak pozostałem w roli głównego odpowiedzialnego. Kiedyś wpadła w taką furię, że nikt nie był w stanie jej uspokoić. Zapadła rodzinna decyzja, że trzeba zadzwonić na policję. Nie mieliśmy jeszcze telefonu komórkowego, więc ciotka zabrała mnie do domu obok, gdzie był stacjonarny, i powiedziała: "Masz, dzwoń". No i zadzwoniłem.

Czy w tamtym okresie ktoś z dorosłych w ogóle wspominał o leczeniu, o terapii dla mamy?

Dla lokalnych alkoholików leczenie było jedno – wyjazd do szpitala w Andrychowie, "za tory", na oddział zamknięty. Andrychów to był taki straszak.

Mama była tam w końcu dwa razy i raz w Kobierzynie, w Krakowie. Do Kobierzyna pojechała, kiedy już wpadła w straszny ciąg alkoholowy. Jakoś na początku moich studiów. Nie była w stanie się ogarnąć. Wtedy, chyba na fali trzeźwienia, siłą i groźbą rodzina ją przekonała, żeby pojechała. Ale przerwała terapię. I pierwszego dnia po powrocie do domu się upiła. Zresztą jak wracała z Andrychowa, też szybko wracała do picia.

Mama zawsze twierdziła, że nie ma problemu. Nie jest alkoholiczką. Pije okazjonalnie i tak dalej. Często używała argumentów, że piła jej najstarsza siostra, mąż drugiej siostry, ale nie ona. Mówiła: "Popatrzcie na nich, nie patrzcie na mnie".

Za każdym razem gdy podejmowała leczenie, to na mój wniosek złożony do sądu. Sąd ją do tego zmuszał. Sama by nigdy nie poszła. To bardzo długa procedura, potrafi trwać i z półtora roku. Najpierw rodzina musi złożyć wniosek do gminnej komisji przeciwdziałania alkoholizmowi. Potem zeznają bliscy. Potem osobę, która ma iść na leczenie, bada biegły sądowy. Na końcu odbywa się rozprawa, na której sąd zaleca leczenie i daje opiekę kuratora, który sprawdza, pilnuje, czy alkoholik się leczy.

Dłużej nie piła raz, przez półtora roku. Wspomniałem o tym. To było jakieś pięć lat temu, gdy straciła prawo do renty, nie przedłużono jej umowy w szkole, a jeszcze nie miała prawa do emerytury. Była zupełnie bez pieniędzy. Ja ją utrzymywałem. I to był najfajniejszy mój czas z nią. Jeździłem do niej co tydzień. Wiedziałem, że nie mogę jej zostawić pieniędzy, bo zaraz je przepije, więc otworzyłem jej rachunek w sklepie. Źle się z tym czuła, upokarzało ją to, ale nie dało się inaczej. Miałem poczucie, że jest między nami ciągłość opowieści. Widząc, że jest trzeźwa, zacząłem się otwierać, więcej mówić o sobie. Przyjeżdżałem tydzień później i byłem zaskoczony, że wszystko pamięta, dopytuje. Ale dostała pierwszą emeryturę i znów zaczęła pić.

Próbowałem różnych sposobów. Rozmawiałem z prawnikami, czy można ją ubezwłasnowolnić. Ale okazało się to zbyt trudne. Próbowałem się dogadać z listonoszem, że może ja bym przejmował jej emeryturę, naczelniczka poczty dała się nawet przekonać, ale potem się wystraszyła. Gadałem z wójtem, z opieką społeczną, z księdzem, żeby mi pomogli. Bali się ryzykować.

Rozmawiałeś z nią o jej piciu, gdy miała tę półtoraroczną przerwę?

Raczej nie. Byłem tak szczęśliwy, że wreszcie mam mamę, która jest obecna, świadoma, która znów gotuje, sprząta dom, że nie chciałem o tym rozmawiać. Chociaż nie… Raz próbowałem ją przekonać: "Mamo, a może teraz pójdziesz na terapię?". Chciałem jej załatwić nawet taką prywatną, lepszą. Ale nie było dyskusji. "Ja nie będę piła. Nie potrzebuję".

Dzisiaj ma taki system, że budzi się wcześnie rano, gdzieś około szóstej, idzie do sklepu, kiedy jest jeszcze ciemno, żeby nikt jej nie widział, gromadzi alkohol, pije, a potem znów robi zapasy wieczorem, kiedy jest ciemno. Ma dożywotnią emeryturę, ma dom, więc mam świadomość, że ta historia się już raczej nie zmieni.

Pamiętasz, kiedy po raz pierwszy nazwałeś jej problem?

Jakoś w trzeciej czy czwartej klasie zacząłem pisać pamiętnik. Chyba z sześć grubych zeszytów zapełniłem. Miałem potrzebę podsumować każdy swój dzień. Też nie miałem nikogo, komu mógłbym o tym opowiadać. Koledzy mnie raczej nie lubili. Może nie tyle nie lubili, co zawsze byłem inny, bo czytałem książki, nie lubiłem sportu, więc zawsze byłem gdzieś obok. Pisałem ten pamiętnik w kuchni, kiedy wszyscy poszli już spać. W którymś momencie, jak w domu było tak mocno, w sensie mama bardzo piła, otworzyłem go, napisałem długi wstęp, a to, że koleżanka mnie wkurzyła, a to, że coś tam, aż w końcu to zdanie: "Moja mama jest alkoholiczką". Potem jeszcze zrobiłem kilka wpisów, ale to był właściwie koniec. Pamiętnik przestał pełnić swoją funkcję. Z dzisiejszej perspektywy wiem, że w tym pisaniu chodziło o to, żeby samemu sobie to w końcu powiedzieć.

Kto był pierwszą osobą spoza rodziny, której to powiedziałeś?

Chyba Aśce – przyjaciółce z liceum. Zabrała mnie kiedyś do teatru w Krakowie, uwielbiała teatr, i jak wracaliśmy autobusem, to powiedziałem jej, że mama pije. Przyjęła to z dużą troską i miłością. Byłem zaskoczony, ale zrobiło mi się trochę lżej. Potem Pawłowi, mojemu współlokatorowi ze studiów. Była zima, piliśmy wiśniówkę w Krakowie i w pijanym widzie opowiedziałem mu swoją historię. Znów się zdziwiłem, że mnie nie odtrącił, nie wystraszył się, że ma kolegę z patologicznego domu. Tak o sobie myślałem, że jestem z patologii.

Kiedy poczułeś, że chcesz iść na terapię?

Jak się dostałem na studia, to miałem poczucie, że zostawiłem tę całą historię za sobą, że się odciąłem. Było ciężko. Dostawałem te głodowe alimenty od ojca, rodzina uzgodniła, że będę dostawał część emerytury babci. Wynajmowałem jakieś tanie pokoje. Nie pamiętam, co jadłem. Ale jakoś udało mi się te studia skończyć i szybko poszedłem do pracy. Zacząłem sobie to życie powoli układać, nawiązałem przyjaźnie, aż wszedłem w swoją pierwszą relację z mężczyzną. Byliśmy ze sobą trzy lata, kiedy coś między nami zaczęło się psuć i czułem, że sobie z tym nie radzę. Co tydzień byłem w domu, co też oczywiście dodawało emocji, bo mama weszła w swoim piciu na jeszcze większy poziom hardkoru, od kiedy na początku moich studiów zmarł dziadek. Gdzieś po drodze pojawił się znajomy, który powiedział mi, że jego ojciec też pił, a potem popełnił samobójstwo, i że on poszedł na terapię DDA. Wtedy usłyszałem to słowo po raz pierwszy. Wyguglałem sobie, co to jest, i pomyślałem – aha, to może ja też to mam?

Wcześniej nie sądziłeś, że picie mamy może mieć na ciebie jakiś wpływ?

Wydawało mi się, że liczba przeczytanych książek mnie uzdrowiła, że na tyle to sobie rozkminiłem, na tyle jestem empatyczny, że sam to sobie poukładam.

Może w dużym stopniu tak było?

Może. Na pewno w tej całej mrocznej przestrzeni były jasne punkty, które przekonywały mnie, żeby stamtąd uciekać i szukać dla siebie pomocy.

W podstawówce uwielbiałem siedzieć w bibliotece. Było w niej mnóstwo zakurzonych książek oprawionych w szary, brzydki papier, ale raz znalazłem taką piękną, kolorową, nieoprawioną. To był tomik Szymborskiej. Dostała chyba wtedy Nobla, więc trzeba było kupić noblistkę do biblioteki. Kompletnie byłem nieprzygotowany na czytanie poezji. Wpadłem w zachwyt. To było takie „wow"! Potem na polskim rozmawialiśmy o tym, że Szymborska mieszka w Krakowie. I wtedy ten Kraków, to wszystko razem sprawiło, że w mojej głowie zrodziło się marzenie, żeby tam zamieszkać, pójść na studia. Pamiętam, jak się potwornie zryczałem, kiedy źle mi poszedł test przedmaturalny. Bo nagle poczułem, że to koniec, że nigdy tam nie pojadę, że na zawsze zostanę tutaj, w tym domu. A nie chciałem tam już być. Było mi bardzo źle.

Ale nie tylko książki mnie ratowały, też ludzie. Zdania, które zasłyszałem i którym przydawałem dużą wartość. Pamiętam na przykład lekcję polskiego w podstawówce, kiedy nauczycielka po jakiejś przerwie, na której moja mama pojawiła się pijana, zaczęła opowiadać coś, co generalnie nie miało związku z tematem. Miałem poczucie, że mówi to specjalnie do mnie. Generalnie sens tego był taki, że nie można oceniać kogoś przez pryzmat jego rodziców.

I takich sygnałów emocjonalnego wsparcia od różnych osób dostawałem mnóstwo. Sprawiły, że się nie rozwaliłem.

W liceum wydawało mi się, że mogę zacząć od nowa, że te siedemnaście kilometrów dalej nikt mojej mamy nie zna, że jestem czystą kartą. Ale jak dzisiaj myślę o tym, ile pomocy dostałem od swojej wychowawczyni, od koleżanek, to wiem, że tam też wszyscy wiedzieli. Mama kilka razy zresztą pojechała pijana na wywiadówkę. Pamiętam, jak kiedyś na godzinie wychowawczej zbieraliśmy pieniądze na wycieczkę klasową, a ja powiedziałem, że nie jadę. Mama uznała, że jej na to nie stać. Dziewczynom z klasy tak bardzo zależało, żebym jechał, że złożyły się na mnie.

Każdy taki gest sprawiał, że się dziwiłem, że ktoś mnie widzi, że ktoś o mnie myśli.

Poszedłeś na tę pierwszą terapię i…?

Poszedłem nie po to, żeby uporządkować historię z mamą, wydawało mi się, że to mam zamknięte, tylko dlatego, że coś nie grało w moim życiu prywatnym. Zresztą na pierwszym spotkaniu z terapeutką powiedziałem wyraźnie, a nawet ze złością, że nie mam ochoty wałkować swojej przeszłości i że to, co się teraz dzieje, nie ma z nią związku. Zacząłem się powoli otwierać, ale po pół roku moja terapeutka zaszła w ciążę. I przekazała moją sprawę innej. Pojawiłem się u niej tylko raz. Nie zaufałem jej. Nie miała tego, co tamta.

Czyli czego?

Tamta była taką ciepłą, dobrą mamą zastępczą. Lepszą wersją mojej mamy…

Czego się dowiedziałeś o sobie podczas tej pierwszej terapii?

Że czuję? Że mam emocje? Na początku dziwiły mnie jej pytania: "Ale co pan wtedy czuł?". Albo: "Co czujesz teraz?". Nie umiałem tego nazwać. Te pytania wydawały mi się takie z dupy. Z czasem zobaczyłem, że emocje jednak istnieją, i że to nie są tylko słowa. I że jak je nazwę, to czasem robi się lżej. Potem trafiłem na drugą terapię. I tym razem ją skończyłem. Rozstałem się z pierwszym partnerem, potem przez dwa lata z nikim nie byłem, a potem poznałem Tomka, z którym jestem od dziesięciu lat. W pewnym momencie w naszym związku pojawiły się problemy. Rozstaliśmy się na jakiś czas. Rozwaliło mnie to kompletnie, więc postanowiłem dokończyć to, czego nie udało mi się dokończyć podczas pierwszej terapii. I jak ktoś mnie dzisiaj pyta, co mi dała ta druga terapia, odpowiadam, że pomogła mi trochę uporządkować w plecaku. Jako dziecko wszystko pakowałem do plecaka. Brałem zeszyty na cały tydzień, większość książek, mnóstwo rzeczy na plastykę, technikę. Czułem się wtedy bezpiecznie. Bo jeśliby się okazało, że zamiast jakiejś lekcji jest jednak plastyka, to ja byłem przygotowany. I nie chodziło o to, że chciałem być prymusem. Nigdy nie miałem takiej potrzeby. Byłem świetnym uczniem, ale raczej cichym, po prostu chciałem być gotowy na każdą zmieniającą się sytuację. Świat mnie do tego przyzwyczaił.

Na czym polegało to, że sobie uporządkowałeś w plecaku?

Po raz pierwszy w życiu zamiast lęku poczułem jakiś rodzaj spokoju. Rozeznałem się w swoich emocjach. Wróciliśmy do siebie z Tomkiem, zaczęło mi się układać w pracy, zacząłem lepiej zarabiać. To się też zbiegło z okresem, kiedy mama nie piła, więc miałem wrażenie, jakbym był na jakichś złotych wakacjach. Do momentu, kiedy znów mi się rozwaliło w życiu. Tym razem to przyszło z pracy. Zacząłem pracować w nowym miejscu, w dużym zespole. Zbudowałem sobie relacje, nawet zaprzyjaźniłem się z różnymi osobami. Kiedy nagle zmienił się dyrektor, a razem z nim pojawiły się afery mobbingowe i w jedną z nich zostałem wplątany. A raczej – użyty przeciwko bliskiej mi osobie, która w wyniku tego odwróciła się ode mnie i sama zaczęła mnie prześladować. W pierwszym odruchu całą winę oczywiście wziąłem na siebie. Poszedłem na L-4 i stwierdziłem, że już z niego nie wrócę. Zwolnię się, bo nie jestem w stanie pracować z piętnem kogoś takiego wstrętnego. W finale jednak postanowiłem się z tym zmierzyć. Ale to było tak trudne, że poszedłem po pomoc. Nie rozumiałem, dlaczego aż tak mocno to przeżywam. No i okazało się, że mam jeszcze dużo do zrobienia. Tak naprawdę dopiero teraz, mam wrażenie, jestem w prawdziwej terapii.

Dlaczego dopiero teraz?

Bo wreszcie zszedłem bardzo głęboko. Do "piwnicy". Zobaczyłem, że ta moja dawna opowieść cały czas się we mnie odzywa. I że ta "piwnica" wybija szczególnie w momentach, kiedy w moim życiu robi się bardzo stresująco, co sprawia, że od razu sięgam po autodestrukcyjne mechanizmy.

Czyli po co?

Kiedyś w takich sytuacjach szedłem w imprezy, w alkohol, czasem narkotyki. Miałem myśli, że taki już jestem – skażony, wybrakowany, że muszę się pogodzić z tym, że mam w sobie dybuka, ciemną stronę, że jestem zjebany po prostu.

Taki się urodziłeś – zjebany?

Tak, taki się urodziłem. I muszę z tym żyć.

Dopiero w tej terapii zobaczyłem, że to ma gdzieś swoje źródło, którego nie chciałem przez wiele lat uznać. I że w tej "piwnicy" jest często za gęsto i za dużo. Tak jak wcześniej sobie poukładałem w tym plecaku, tak teraz wyciągam z niego rzeczy, które są mi już niepotrzebne, dzięki czemu staje się on lżejszy i łatwiej się idzie. Zostawiam w nim tylko to, co chcę, co mi się naprawdę może przydać. Już się tak nie zabezpieczam – na deszcz, na śnieg, na zaś.

Co z niego wyciągnąłeś?

Między innymi temat mamy. Mimo że on się toczy, że ona cały czas pije, to nie ma na moją codzienność takiego wpływu. Daję sobie prawo na przykład do tego, żeby tam nie jechać, tylko pojechać gdzieś na weekend z moim partnerem. Albo spędzić weekend w łóżku, czytając, jeśli akurat na to mam ochotę. Jak już tam pojadę, a ona jest kompletnie pijana, to nie boję się spakować i wrócić. To jest dla mnie nowe. Raz nawet wróciłem w czasie świąt. Zostawiłem ją samą. Złamałem porządek, bo wzrastałem w opowieści, że nie wolno tego robić, że święta spędza się z rodziną.

Co się stało, że wróciłeś?

Przyjechałem i zastałem ją zupełnie pijaną. Dom był w strasznym stanie. Ona pije teraz tak, że sika pod siebie, oddaje kał pod siebie. Niejedno łóżko było już zmieniane, bo zgniło. Jak wracam stamtąd, to od razu wrzucam ubrania do pralki, tak strasznie śmierdzą. No więc wróciłem… Czułem się z tym strasznie na początku, ale wróciłem.

Zadbałeś o siebie?

Tak. Dzięki tej terapii jest tak, jakbym rekonstruował swój właściwy system operacyjny. Zobaczyłem na przykład, że mam granice i że mam prawo ich strzec. Wcześniej miałem z tym duży problem. Bałem się, że jeśli je postawię, to ktoś nie będzie mnie lubił, a ja potrzebuję takiego sygnału – "akceptuję cię, jesteś fajny".

Co było najcięższe w tym twoim plecaku?

Lęk i strach. O nią, o mnie, o przyszłość. Ale boję się już coraz mniej… Myślę, że efektem tego wszystkiego, co z tymi doświadczeniami zrobiłem, jest stan, który określiłbym jako „pogodny smutek". Ponieważ doświadczyłem życia w takim bardzo ciemnym aspekcie, to chyba nigdy nie będę umiał w pełni poczuć radości, szczęścia, spontaniczności. Pamięć o tym wszystkim zawsze będzie ze mną. W każdym razie nie chcę jej schować, bo ona mi też daje wrażliwość na innych, zwłaszcza na tych, którzy mają, że tak to ujmę – jakąś "skazę" czy "brak". Ale też nie chcę, żeby miała na mnie destrukcyjny wpływ, żeby mi rozwalała moje teraz albo moje jutro.

Jak myślisz, w którym momencie powiesz sobie: dobra, już nie potrzebuję takiej pomocy?

Chciałbym przestać się tak szarpać ze sobą. Poczuć, że przejąłem kontrolę nad swoim życiem. Wiedzieć, że jeśli popełnię jakiś błąd, to nie jest to konsekwencja tego, że nie przepracowałem jakiegoś fragmentu przeszłości, tylko że to jest po prostu błąd, za który biorę odpowiedzialność. Jednym słowem chciałbym poczuć wewnętrzny spokój.

Nie ukrywam, że bycie w terapii daje mi duże poczucie bezpieczeństwa.

Ona się kiedyś skończy.

Wiem, ale chciałbym mieć wtedy przekonanie, że na tyle ufam sobie, że mogę już opuścić ten gabinet. I że jak pojawią się w moim życiu jakieś problemy, to będę potrafił być blisko siebie, a nie siebie krzywdzić. Na razie nie mam tej pewności.

Miałem ogromny problem z tym, żeby nauczyć się, że jestem ważny, że moje potrzeby są ważne. W sytuacjach konfliktowych zwykle myślałem o tym, co czuje ta druga osoba. Jej interes był dla mnie kluczowy, mój pojawiał się długo, długo później. Teraz uczę się dbać o siebie.

To wywołuje niezłe poczucie winy, prawda?

No! Pamiętam początki mojej relacji z Tomkiem. Po jakimś roku bycia razem zaproponował: "To jedziemy na nasze pierwsze wakacje". Wybuchnąłem wtedy: "Jakie wakacje? Ja nie zasługuję na wakacje!". Nigdy wcześniej nie jeździłem. Naprawdę czułem, że wakacje mi się nie należą. A on był przyzwyczajony do tego, że jak człowiek pracuje cały rok, to potem odpoczywa.

Co jest twoim największym kłopotem w relacjach? Żeby zaufać komuś?

Kiedyś mi się wydawało, że jestem tak zjebany, że z nikim nie zbuduję relacji. Jak przyjechałem do Krakowa, ogarnął mnie potworny lęk, że będę sam. I nagle się okazało, że nie muszę się szczególnie starać, że ludzie sami do mnie przychodzą. Na początku byłem nieufny: "O co wam chodzi?", "Dlaczego chcecie się ze mną przyjaźnić? Przecież ja nic nie mam do zaoferowania". A potem się okazało, że jednak mam, że daję im jakiś rodzaj zrozumienia i akceptacji, którego nie dostają gdzie indziej. Paradoksalnie teraz największym moim problemem jest to, że nie jestem w stanie zadbać o wszystkich tak, jak by chcieli, co w konsekwencji rodzi u mnie wyrzuty sumienia. Teraz dużo sobie na tej swojej mapie uporządkowałem. Część relacji wyciszyłem i zostało mi trochę tak jak u Białoszewskiego – "parę osób, mały czas". Jest mi w takim układzie w tym momencie bardzo dobrze. Bo wiem, że toczy się we mnie jakiś proces, który wymaga uwagi, że teraz "światło na mnie". Po raz pierwszy w życiu daję sobie do tego prawo.

Jak teraz na spokojnie myślisz o tym chłopcu, którym byłeś wtedy, w tamtym domu pod Babią Górą, to kogo widzisz?

W terapii napisałem do siebie list. Właśnie do tego chłopca, który ciągle we mnie jest, któremu jest smutno i źle.

Widzę go, jak siedzi przy oknie, na sofie, w rogu kuchni. Jest zgaszone światło, bo trzeba oszczędzać prąd. Na zewnątrz jest ciemno, pada śnieg, a on czeka, aż mama wróci z jakiejś libacji z kolegami z pracy. Czeka i nie może zasnąć… Myślę, że jest bardzo dzielny, samotny i boi się, że mamie coś się stanie. Strach, napięcie, zagrożenie, niepewność są jego naturalnym stanem. Widzę bardzo, bardzo smutne dziecko.

Dzisiaj mam narzędzia, żeby to nazwać. Wtedy nie miałem. Nie umiałem opowiedzieć o tym, co czuję, i nie miałem komu. To sprawia, że jak o nim myślę, to go tak przytulam…

Tego też się musiałeś nauczyć – jak przytulić siebie?

To też jest nowe. Od dziadków dostawałem czułość, ale ona się objawiała na przykład tak, że dziadek obierał mi jabłko. Uwielbiałem ten moment. Siedzieliśmy w kuchni w jesienno-zimowe wieczory. Szaruga. Na zewnątrz było widać cienie ludzi. Dziadek palił papierosy, obierał renety, a ja przychodziłem i prosiłem: "Dziadku, ostrugasz mi jabłko?". Żadne jabłko później nie smakowało tak samo. Wiem, że to był sygnał od niego: "Kocham cię, jesteś moim wnukiem". Do babci z kolei biegłem i ciągnąc ją za sukienkę, mówiłem: "Babciu, znajdziesz mi jajko?". Brała mnie wtedy za rękę, szliśmy do kur i znajdowała tam jajka, z których potem robiła mi jajecznicę.

Masz żal do mamy?

Trudno jest mi źle o niej myśleć… Bo tylko ja mam wgląd w to, jak bardzo jej historia jest smutna, ciężka i poplątana. Ale już nie stawiam jej na ołtarzu jak kiedyś. Jak byłem dzieckiem, nawet jak tak strasznie piła, nikomu nie wolno było nic złego na jej temat powiedzieć. Ani wujkowi, ani ciotce. Pilnowałem tego.

Byłeś jej rycerzem?

Tak, byłem jej rycerzem. I potem wchodziłem w taką rolę też w dorosłym życiu. Kiedy jakiejś znajomej kobiecie działa się krzywda, na przykład w pracy, to była woda na mój młyn. Ze spokojnego, poukładanego chłopca przeistaczałem się w kogoś bardzo stanowczego. W obrońcę. Bardzo męcząca rola na dłuższą metę.

Niedawno podjąłeś kolejną próbę skierowania mamy na przymusowe leczenie.

Podjąłem się tego, bo to jest jedyna rzecz, którą mogę jej dać w tym momencie. Ale pogodziłem się już, że klucz do rozwiązania jej problemu jest w niej i że to ona musi uruchomić w sobie siłę i chęć do tego, żeby się z tym zmierzyć.

Czyli jednak masz nadzieję, że przestanie pić?

Nie mam. Wiem, że nie przestanie, że już sobie nie pomoże.

Robisz to po to, żeby później sobie nie wyrzucać, że nie zrobiłeś wszystkiego?

Robię to, bo ją kocham…

Wiesz, kiedy tam przyjeżdżam i widzę ją taką pijaną albo zmęczoną po przepiciu, posiniaczoną, zasikaną, to najbardziej poruszające jest dla mnie to, że mam koło siebie kogoś, dzięki komu mam wszystko. Dzięki komu mam życie… I wiem, jakie to życie może być strasznie trudne, ale wiem też, jakie potrafi być wspaniałe i piękne… Mam to od niej. Natomiast widzę człowieka, który żyje, lecz tak bardzo nie ma w sobie woli życia. Jest takim wygasłym wulkanem. To mnie chyba najbardziej porusza, że to życie się już w niej nie obudzi.

Z ojcem masz kontakt?

Zmarł trzy lata temu. Nie pojechałem na pogrzeb. To byłby teatr. Wszyscy by na mnie patrzyli: "Patrzcie, nieślubny syn przyjechał".

Pożegnałem się z nim w zeszłym roku. Po tym gdy przedarłem się przez te wszystkie dokumenty z IPN-u. Pojechałem na cmentarz w miasteczku, gdzie został pochowany. Nie miałem żadnych wskazówek, gdzie leży. Szukałem po omacku i to kluczenie, czytanie nazwisk na grobach bardzo było dla mnie przejmujące. W końcu go znalazłem.

Pożegnałeś się z nim?

Pogadaliśmy sobie.

Cieszę się, że to już nie był taki bluzg jak wtedy na sali sądowej. Rozmawiałem z nim już na spokojnie.

Wiesz, co było dla mnie trudne, kiedy czytałem te akta z IPN-u i stenogramy jego zeznań, albo fragmenty, w których opisywał swoje skomplikowane życie? Odkrycie, że miał talent literacki, że potrafił pisać. Wiem, że ja też mam do tego dryg, i ta świadomość…

…że możesz mieć to po nim?

Właśnie, że to z tego źródła pochodzi moja część, z której jestem dumny, która pozwala mi pracować, z której przychodzą jakieś benefity, na początku była nie do zniesienia. Chciałem się od tego odciąć, ale teraz myślę, że to jest OK, że nawet jeśli mam to od niego, to ja to biorę.

Nie wstydzisz się już.

Długo mi to zajęło, żeby przestać się wstydzić tego, kim jestem. Nie rozmawiałbym dzisiaj z tobą, gdyby tak nie było. I to jest bardzo fajne uczucie – nie czuć tego wstydu. Móc podzielić się swoją historią.

"Dom w butelce. Rozmowy z Dorosłymi Dziećmi Alkoholików" wydało Wydawnictwo Agora

DOSTĘP PREMIUM