Abu Azrael, Ojciec Anioła Śmierci - dla Irakijczyków jest bohaterem, który pokonał Państwo Islamskie [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Abu Azrael nazywany jest też irackim Rambo. O tym, dlaczego stał się w swoim kraju bohaterem, pisze Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz "Dziennika. Gazety Prawnej" w książce "Prywatne armie świata. Czyli jak wyglądają współczesne konflikty".

Zbigniew Parafianowicz, dziennikarz "Dziennika. Gazety Prawnej" zajmujący się sprawami międzynarodowymi, wyruszył na Bliski Wschód i na Ukrainę, by przekonać się, jak wyglądają konflikty z udziałem najemników, odpowiedzieć na pytania kim są osławione rosyjskie zielone ludziki i kto nimi dowodzi? Do czego posuwają się najemnicy walczący w Syrii, Libii i na wschodzie Ukrainy? Kto destabilizuje sytuację w Afryce?

Fragment książki "Prywatne armie świata. Czyli jak wyglądają współczesne konflikty":

Kręcący się po szyickich dzielnicach Bagdadu Abu Azrael ma status celebryty. Mieszkańcy stolicy robią sobie z nim selfie, jakby był gwiazdą Hollywood. Kluby bokserskie i siłownie budują swoją markę dzięki współpracy z Ojcem Anioła Śmierci, bo to właśnie oznacza Abu Azrael w języku arabskim. Dla Irakijczyków jest bohaterem, który właściwie sam pokonał Państwo Islamskie. Najpierw podczas bitwy w Al-Falludży, a później w reszcie kraju. W tej legendzie wyręczył jako dowódca nieformalnego oddziału rząd i armię. Obronił szyitów i stał się półbogiem.

"Dotrzymuję słowa, dlatego ludzie wierzą mnie, a nie politykom z telewizji. Oni wiele mówią i wiele obiecują, ale nie robią nic" – tłumaczył w rozmowie z telewizją France 24. Aby pokazać, kim jest, prezentował reporterom zawartość bagażnika. Przekonywał, że zawsze wozi ze sobą kamizelkę kuloodporną, noktowizor, granaty dymne i broń. Nie wiadomo, kiedy może się przydać. Na części tego sprzętu widnieje logo nawiązujące do Kata’ib Hezbollah (Brygady Hezbollahu), prywatnej milicji, która nad Tygrysem i Eufratem ma takie same interesy co Iran. "Należymy do Brygady Imama Alego. Trenowaliśmy w Libanie z Hezbollahem, a później w Iranie. Swoje umiejętności doskonaliliśmy przez lata na ulicach Iraku" – opowiadał Abu Azrael dziennikarzom z Francji.

(…)

Współczesny Irak należy do takich ludzi jak Abu Azrael. "To iracki Rambo. Pogromca Daesz" – mówi na nagraniu France 24 jego kolega z siłowni. Rambo i zarazem znawca mediów społecznościowych, który swoją karierę zawdzięcza bardziej rozumieniu mechanizmów działania Twittera, Instagrama i Facebooka niż zdolnościom wojskowym. "Posiekam ich w pył" – tak brzmi jego maksyma, która stała się viralem sięgającym daleko poza granice Iraku. Powtarzały je stare babcie w czarnych hidżabach w Al-Falludży, młode dziewczyny na fitnessie w Berlinie i transwestyci w Tajlandii. Tłumy w Teheranie i Bejrucie nagrywały filmy, które później trafiały do sieci jako szyicki hot challenge. Anonimowi internauci kręcili kreskówki, na których brodaty mężczyzna przypominający Abu Azraela bił przywódcę Państwa Islamskiego i pomagał osobom starszym.

Nowy bohater był nie tylko dowódcą półprywatnego batalionu. Stał się ikoną popkultury. Relacjonował wydarzenia, w których uczestniczyła jego formacja, niczym wytrawny reporter. Nagrania walk na smartfonie natychmiast trafiały do internetu, na oficjalny profil facebookowy Abu Azraela. W szczycie walk z Państwem Islamskim w maju 2015 roku miał 221 tysięcy followersów. "Filmujemy się, by wysłać wiadomość do naszego przeciwnika. Oni filmują, jak niszczą i zabijają. My nagrywamy to, jak bronimy ludność Iraku" – opowiadał we France 24. Nagranie powstało w prowincji Salah ad-Din, 150 kilometrów na północ od stolicy. Przed pick-upem irackiego Rambo poruszały się trzy humvee amerykańskiej produkcji. „Jedziemy po bardzo niebezpiecznej okolicy. Otacza nas Daesz. Nie bądźcie zaskoczeni, gdy usłyszycie strzały z karabinów maszynowych" – ostrzegał.

Grupa dotarła w końcu do największej w Iraku rafinerii w Bajdżi, gdzie stacjonowała armia iracka. Jej oficerowie zapewniają, że utrzymanie takich miejsc jak Bajdżi i walka z ISIS byłyby niemożliwe, gdyby nie brygada Abu Azraela. Umundurowani żołnierze zachowują się jak fani Rambo w Bagdadzie: natychmiast robią sobie z nim selfie i ustawiają do zdjęcia grupowego. "Gdy Daesz tylko usłyszy jego imię, zaraz będzie stąd uciekał" – mówi jeden z nich. "To kluczowa postać dla budowania morale naszych oddziałów" – dodaje. W końcu na nagraniu dochodzi do kuriozalnej w swojej dosłowności sytuacji. Z pobliskich zabudowań słychać strzały. Pierwszy do boju rusza – bardzo teatralnie – Abu Azrael, za nim dwóch towarzyszy. Cała trójka w pełnym oporządzeniu, czyli w kamizelce taktycznej i z plecakiem. Chwilę później pojawia się żołnierz w kamuflażu amerykańskim z czasów operacji Iracka Wolność w 2003 roku. Za moment dołącza jeszcze jeden. Jest uzbrojony w smartfon. Abu Azrael strzela i rzuca się na ziemię. Wstaje. Przyjmuje filmowe pozy. Żołnierz filmuje, wyprostowany, jakby był kuloodporny albo jakbyśmy byli świadkami ustawki. W końcu Abu Azrael podchodzi do reporterów i zarządza odwrót. "Dobrze, gdybyśmy się stąd zabrali" – rekomenduje.

Rambo się zaprezentował, opowiedział swoją historię, nakręcił co trzeba na profil facebookowy i się podlansował. Nie powiedział jednak o tym, że trasa jego batalionu znaczona jest nie tylko nagraniami, ale też kolejnymi zbrodniami na sunnitach. Ta naprędce powołana formacja ma ogromne zasługi w wyzwalaniu kraju spod panowania Państwa Islamskiego, nikt jednak nie rozliczał jej z tego, co robiła z członkami ISIS i wspierającą ich ludnością. Jak mówił w rozmowie ze mną Abu Ali, sunnita z Tikritu, który ostatecznie razem z rodziną zbiegł do Mosulu, a później kurdyjskiego Irbilu, Tikrit, który nawet w chaosie po obaleniu Saddama w 2003 roku był najbogatszym miastem kraju, po rajdach szyickich zamienił się w widmo. "Wszyscy wiedzieli, że tacy jak Abu Azrael nie będą pytali, czy ktoś popierał Daesz, czy nie. Nie wyobrażałem sobie życia pod panowaniem szyitów. Oni oprócz wojny z dżihadystami załatwiali swoje porachunki z sunnitami" – opowiadał. "Grabili, palili i rabowali. Na to wszystko była cicha zgoda i Bagdadu, i Zachodu, który chciał mieć spokój z Państwem Islamskim i nie interesował się losem rodzin takich jak moja. Nawet walczący z Daesz Kurdowie mieli żal o plądrowanie wiosek".

Abu Azrael rzeczywiście nie chwali się tym, co jego ludzie robili w Tikricie. Nagrania z czyszczenia miasta trafiły na Facebooka dopiero po ocenzurowaniu. Udało mi się namówić bagdadzkich rozmówców na zaprezentowanie i przekazanie wersji sauté. Filmiki dokumentują zbrodnie wojenne popełniane na osobach uznawanych za bojowników Państwa Islamskiego. Sunnicki rozmówca z Tikritu przekonywał mnie jednak, że w wielu wypadkach śmierć spotykała zwykłych ludzi, którzy nie zdążyli uciec na północ, tak jak on sam. Na wielu nagraniach można zidentyfikować bataliony, które odpowiadają za zbrodnie. Wyraźnie widoczne jest logo grup powiązanych z Brygadami Hezbollahu. Jeden film przedstawia scenę, na której dogorywający mężczyzna przyczepiony jest linami do humvee i ciągnięty po szutrowej drodze, aż umrze. Na kolejnym widać półprzytomnego człowieka ze związanymi z tyłu rękoma i raną brzucha, w którą próbuje się wgryźć pies. Kolejny przedstawia dwóch mężczyzn niosących człowieka z zasłoniętymi opaską oczami. Pod umocnieniami typu hesco rzucają go na ziemię, po czym oddają salwę z AK-47. Inne nagranie przedstawia grupę jeńców bitych pałkami po poranionych stopach. Kolejne – "prozaiczne" rozstrzelania. To wszystko nagrywane jest ze śmiechami w tle. Jakby na pamiątkę. Tak, aby z dumą można było to pokazać w domu przy rodzinnym posiłku.

"Uwierz, że nie są to najbardziej drastyczne nagrania" – powiedział mi jeden z bagdadzkich informatorów.

Relacje Abu Aliego i filmy ze smartfonów towarzyszy Abu Azraela pokazują to samo, co opisano w raporcie Human Rights Watch ze stycznia 2016 roku. Dotyczy on przede wszystkim prowincji Salah ad-Din, czyli tej, do której dowódca Brygady Alego pojechał z reporterami France 24. Jak czytamy, uzbrojone grupy szyickie zniszczyły tysiące domostw i zabijały również osoby niezaangażowane w konflikt. "W części przypadków śmierć cywilów powiązana jest z ich pochodzeniem" – komentował zastępca dyrektora organizacji na Bliski Wschód Joe Stork. "Dopuszczano się zabójstw, porwań i zniszczenia mienia na dużą skalę przy całkowitej bezkarności" – dodawał. Raport bazował na rozmowach z lokalną ludnością, dowództwem batalionów szyickich i kurdyjskich działaczy politycznych. Opisano między innymi to, co działo się w mieście Tuz Churmatu pod Kirkukiem: szyicki oddział po zamachu samobójczym z wykorzystaniem samochodu pułapki wziął do niewoli 150 sunnickich mężczyzn. Ponad 30 z nich zamordowano, a wielu poddawano torturom.

Część nagrań, które dostarczyli mi informatorzy iraccy, pochodzi właśnie z tego regionu. W kwietniu 2015 roku Siły Mobilizacji Ludowej oficjalnie zostały wciągnięte na listę formacji podlegających dowództwu irackiemu. Rząd Hajdara al-Abadiego wziął tym samym odpowiedzialność za ich poczynania, ale była to całkowita iluzja. Do dziś są one narzędziem w rękach lokalnych przywódców duchowych i liderów. Wykorzystuje je do swoich celów również irański Korpus Strażników Rewolucji. Rządzący w Tuz Churmatu Szelal Abdul powiedział śledczym z Human Right Watch, że nikt nie interesował się zbrodniami dokonanymi przez szyickie formacje na lokalnej ludności. Weźmy na przykład przypadek specjalisty od nawadniania terenów, 42-letniego Araba Mohammeda Murszida Szakura i jego brata, policjanta. 16 marca 2015 roku próbowało ich porwać czterech zamaskowanych mężczyzn. Napastnicy poruszający się pojazdem bez numerów rejestracyjnych zastrzelili Szakura, gdy szukał schronienia w biurze, a jego brat trafił do niewoli. Oficjalnym zarzutem była współpraca z ISIS.

Szyici urządzali sobie regularne rajdy po miastach. 18 października 2015 roku w Tuz Churmatu uzbrojeni mężczyźni na motorze zabili 25-letniego Sada Abdullaha. Jak relacjonował lokalny dziennikarz, nikt nie przyznał się do zabójstwa. Nie było też żadnego śledztwa, a ten człowiek zginął tylko dlatego, że jest sunnitą.

Sam Abu Azrael przyznawał, że miał lekką rękę do karania jeńców. Viralem było nagranie, na którym widać, jak siekierą rąbie na plastry ciało jeńca spod Bajdżi. Przekonywał później, że właściwie niczego złego nie zrobił, bo zabity należał do ISIS, a czynność była zgodna z jego zasadą obracania wszystkiego w pył. "Powiedzieli, że wysłali przeciwko nam najbardziej elitarne oddziały. I co? Mamy już trzeciego i go kroimy" – mówi na nagraniu.

Za tak oczywistą i nieskrywaną brutalność spłynęła na niego fala krytyki. Nawet próbował się tłumaczyć. Najpierw przekonywał, że zabił zagranicznego terrorystę z Azji lub Kaukazu. "Czy spaliłbym sunnitę?" – pytał retorycznie. Wyraził również żal, że wideo zostało upublicznione. W tym samym czasie w rozmowie z AFP kreował się też na zwykłego człowieka, ojca piątki dzieci. "Widzisz mnie, jak odwożę dzieci do szkoły, jestem przecież pokojowo nastawiony. ISIS pokazuję jednak inną twarz" –opowiadał. Jego wizerunek od początku jest drobiazgowo konstruowany. Od zdjęć na rowerze, na których się uśmiecha, a jednocześnie prezentuje karabin szturmowy amerykańskich sił specjalnych FN SCAR schowany w skrzynce na pomidory umieszczonej na bagażniku, po fotografie z VIP-ami z irackiego rządu. Według irańskiej, lecz arabskojęzycznej telewizji Al-Alam Abu Azrael to nauczyciel wychowania fizycznego oraz trener taekwondo i strzelectwa. Jego prawdziwe imię i nazwisko to Ajub Faleh al-Rubaje. W rozmowie z AFP ujawnił, że w przeszłości walczył w Armii Mahdiego, która kontrolowała bagdadzkie miasto Sadra i słynęła z nękania amerykańskich wojsk. Miał też brać udział w operacjach przeciwko siłom Baszszara al-Asada pod Damaszkiem.

"Prywatne armie świata. Czyli jak wyglądają współczesne konflikty" wydało Wydawnictwo MANDO

DOSTĘP PREMIUM