"Aborcję mieliśmy 13 kwietnia. Niecały miesiąc później znowu byłam w ciąży". Prawda o aborcji, która jest [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Aborcja stawała się narzędziem władzy nad rozrodczością, cwanym wytrychem dla podejrzanych praktyk politycznych, przedmiotem językowych manipulacji i kondensatorem złych emocji. I to mimo tego, że była tak uparcie wypierana, obrzydzana i piętnowana. Publikujemy fragment książki "Aborcja jest" Katarzyny Wężyk.
Zobacz wideo

Przez stulecia o aborcji decydowali głównie mężczyźni, tak jest do dziś. Katarzyna Wężyk oddaje głos kobietom, które usunęły ciążę. Ich szczere opowieści obnażają zafałszowanie aborcyjnej rzeczywistości w Polsce. Autorka pyta, dlaczego zdecydowały się na zabieg. Jak go zrobiły w kraju z tak restrykcyjnym prawem, tak bardzo piętnującym przerywanie ciąży. I jak się wtedy czuły. Historie Polek zestawia z opowieściami Amerykanek stojących po obydwu stronach barykady. Wężyk przygląda się również historii aborcji: jak kobiety radziły sobie w czasach, gdy mogły liczyć tylko na zioła i akuszerki, a za zabieg groziły surowe kary. Sprawdza, jak aborcja stawała się narzędziem władzy nad rozrodczością, cwanym wytrychem dla podejrzanych praktyk politycznych, przedmiotem językowych manipulacji i kondensatorem złych emocji. A także tworzy nieoczywiste świadectwo tego, jak dziś "wkurwione" kobiety wychodzą na ulice w obronie swoich praw.

Po przeczytaniu tej książki rodzi się pytanie: czy ideologie wykorzystywane by uzasadnić zakaz aborcji przed wiekami różnią się od tych używanych dziś przez ludzi, którzy chcą odebrać kobietom prawo do decydowania o swoim ciele i życiu.

Książka "Aborcja jest" Katarzyny Wężyk otrzymała nagrodę Grand Press 2021 w kategorii "książka reporterska roku". Autorka odebrała również nagrodę czytelników.

Publikujemy fragment książki "Aborcja jest" Katarzyny Wężyk, wydanej nakładem Wydawnictwa Agora.

Ida

Nasza historia jest dość przewrotna i romantyczna zarazem. Wszystko potoczyło się bardzo szybko: poznaliśmy się w marcu 2018 roku, dokładnie 7 marca, aborcję mieliśmy 13 kwietnia. Niecały miesiąc później znowu byłam w ciąży. Jesteśmy razem, mamy prawie dwuletnie dziecko, psa. Bardzo się kochamy. Pewnie kiedyś weźmiemy ślub.

Kiedy poznaliśmy się z Jonaszem, to był strzał, zakochaliśmy się w sobie natychmiast. Zaszliśmy w ciążę, bo - cóż, sporadycznie się zabezpieczaliśmy, namiętność brała górę. Wcześniej raczej nie zdarzało mi się uprawiać seksu bez zabezpieczenia. Tutaj może zadziałał instynkt?

Zrobiłam test, bo spóźniał mi się okres. Wynik pozytywny. A ja nigdy nie widziałam się w roli matki, dzieci mnie nie kręciły. Jonasz powiedział, że uszanuje każdą moją decyzję i będzie mnie wspierać. Zdecydowałam: usuwamy.

Wyszukaliśmy w Google fundację Girlinneed, która wysyła tabletki. Wypełniłam ankietę: maksymalnie piąty tydzień ciąży, 29 lat, ogólny stan zdrowia zdrowia OK, waga 55 kilogramów. Zrobiliśmy przelew - około 250 złotych, zapłaciliśmy po połowie. Kilka dni później kurier przywiózł przesyłkę: zwykła szara koperta, nadawca typu Jan Kowalski, w środku kilka tabletek i karteczka z instrukcją. Czekaliśmy z aborcją do weekendu, żeby nie zajmować się innymi rzeczami.

Fizycznie naprawdę źle to zniosłam. To był chyba najgorszy dzień w moim życiu - czułam się fatalnie, bolał mnie brzuch, wymiotowałam, miałam rozwolnienie - i to jest bardzo delikatne określenie na to, co się ze mną działo. Mdlałam na sedesie. Leciało ze mnie z każdej strony. Tabletki bierze się partiami, co kilka godzin, więc cały proces trwa pół dnia. W przerwach między kolejnymi dawkami chciało mi się wymiotować, więc musiałam połykać własne wymiociny, żeby nie zwrócić tabletek. Jonasz sprawdzał na forach, gdzie dziewczyny dzieliły się swoimi doświadczeniami aborcji farmakologicznej, czy to normalne. Pisały, że u niektórych to tylko lekki ból brzucha, inne mdleją i wymiotują. No niestety, przytrafił mi się hardkorowy scenariusz. Nie chcę nikogo straszyć, ale dobrze wiedzieć, czego można się spodziewać.

Czy bałam się, że coś poszło nie tak? Trochę. Najbardziej tego, że będę musiała jechać do szpitala. Wyobrażałam sobie izbę przyjęć i te stygmatyzujące spojrzenia - "to ta od aborcji".

Jonasz był przy mnie cały czas, widział, przez co przechodzę. Siedział pod drzwiami, zaglądał, podawał wodę, uczestniczył w tej całej mało romantycznej fizjologii. I został. Nigdy nikt nie oglądał mnie w takim stanie, a już na pewno nie po tak krótkim czasie znajomości. Kilka dni później powiedziałam mu, że przez to wszystko, co razem przeszliśmy, mam pewność, że jest właśnie tą osobą, z którą chcę być. Ta sytuacja, paradoksalnie, nas wzmocniła.

Dlatego gdy po miesiącu okazało się, że jestem znowu w ciąży, zdecydowaliśmy się urodzić. Wiem, że to raptem kilka tygodni różnicy, ale przez taki czas naprawdę dużo może się zmienić, i w głowie, i w relacji. Po raz pierwszy w życiu miałam poczucie bezpieczeństwa, prawdziwego partnera obok i świadomość, że w razie potrzeby ktoś nie zwieje i zaopiekuje się mną. Nami. W posiadaniu dziecka zawsze odstraszało mnie to, że koniec końców to na mnie spadnie odpowiedzialność i to ja będę musiała się poświęcać. Relacja z Jonaszem uświadomiła mi, że nie muszę powielać schematu, w którym się wychowałam, że można żyć inaczej.

Okładka książki Katarzyny Wężyk 'Aborcja jest'Okładka książki Katarzyny Wężyk 'Aborcja jest' fot. mat. prasowe

W styczniu 2019 roku przyszła na świat nasza córka.

Ani przez chwilę nie żałowaliśmy żadnej decyzji - ani o aborcji, ani o urodzeniu dziecka. Choć czasami, jak mała dawała nam popalić, to żartowaliśmy: "Ciesz się, że ciebie zostawiliśmy".

W przepracowaniu aborcji, zrozumieniu, że nie popełniłam żadnej zbrodni, nikogo nie zabiłam, pomogło mi chyba to, że widziałam, co ze mnie wyleciało. Przynajmniej wydaje mi się, że to było "to", bo wcześniej organizm usuwał same skrzepy. Siedziałam w wannie i po prostu nagle wypłynął ze mnie taki kawałek galaretki. Galaretowaty zlepek. Żadne małe dzieciatko z rączkami i paznokciami. Bardziej to przypominało gil z nosa niż to, czym straszy się na lekcjach religii.

Powiedzieliśmy lekarce, która prowadziła ciążę, że mamy za sobą aborcję. Zapytała tylko, z jakiego powodu. Nic nie powiedziała, niczego też nie zapisała w karcie. Nigdy też nie czułam, żeby nas gorzej traktowała z tego powodu. Nie wiem, jakie ma poglądy. Nie dała po sobie poznać.

Do ciąży podeszliśmy bez spinania się. Nie projektowaliśmy sobie dziecka, nie malowaliśmy pokoiku na różowo. Było nam wszystko jedno, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka, zresztą podejście do płci mamy raczej płynne. Dowiedzieliśmy się w dniu narodzin. Kiedy rósł mi brzuch, nie myślałam o nim per "moje dzieciatko". Dziwnie czułabym się, gdybym miała nazywać je po imieniu, mówić: moja córeczka czy mój synek. Oczywiście, dbałam o siebie, chciałam jemu/jej stworzyć jak najlepsze gniazdo, żeby się dobrze rozwijało.

Gdy urodziła się nasza córka, to nie poczułam nagłego wylewu miłości - bardzo się cieszyłam, ale miłość pojawiła się stopniowo, w trakcie nawiązywania z nią relacji.

Był zresztą w trakcie ciąży moment okropnego strachu. Około 12. tygodnia bada się płód pod kątem wad rozwojowych. Wyszło nam spore prawdopodobieństwo, jak się później okazało, błędnie, zespołu Downa. Płakałam, nie wiedziałam, co zrobić. To już nie był piąty tydzień, to było coś, co widziałam na USG, co już pielęgnowałam w sobie. Bałam się, że jeśli diagnoza zostanie potwierdzona, to będę musiała podjąć najtrudniejszą decyzję. A nie wykluczałam aborcji. To wtedy pojawiały się myśli, że jestem morderczynią. Potworną egoistką. Weszło mi to katolickie myślenie, że może powinnam się poświecić. Ale tez nie byłam gotowa, żeby wychowywać dziecko z zespołem Downa. Macierzyństwo samo w sobie jest poświeceniem, ale macierzyństwo z niepełnosprawnym dzieckiem jest rezygnacją z własnego życia. Zrobiliśmy badanie, skądinąd bardzo drogie - w normalnych krajach takie badania są refundowane - które na szczęście wyszło prawidłowo.

Przerwanie pierwszej ciąży nie jest dla mnie cezurą ani dramatycznym przeżyciem, które mnie zmieniło. Bałam się, że włączy się w głowie autostygmatyzacja, bo z każdej strony jesteśmy przecież atakowane antyaborcyjnym przekazem. Zwłaszcza że odcięcie pępowiny - rodziny katolickiej, w której dorastałam - trwało dość długo. Najbardziej zdziwiło mnie to, że nie miałam wyrzutów sumienia.

Chciałabym móc w przyszłości porozmawiać z moją córką o aborcji. Jak nie będzie potrzeby, to jej nie powiem, że usuwałam ciążę. Ale jeśli sama stanie przed taką decyzją, to pewnie przywołam tę historię, żeby wiedziała, że nie jest z tym sama.

DOSTĘP PREMIUM