"Matka nie chce zajmować się córką, a córka - wrócić do matki". W poszukiwaniu 52 dzieci, które przeżyły Zagładę [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Przeżyły matka i córka, cud nad cudy. Tyle że matka nie chce zajmować się córką, a córka - wrócić do matki" - pisze Anna Bikont w książce "Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie". To reporterska opowieść o czasie powojennym i losach żydowskich dzieci, które przeżyły i wciąż pozostawały pod opieką Polaków.

Od maja 1947 do sierpnia 1948 roku Lejb Majzels, pracownik Centralnego Komitetu Żydów w Polsce, wyjeżdża w teren dwadzieścia osiem razy w poszukiwaniu pięćdziesięciorga dwojga dzieci, które przeżyły Zagładę i pozostają pod opieką Polaków. Każdy wyjazd skrupulatnie odnotowuje: o której wyjechał, o której dotarł, czy znalazł dziecko i za ile naród żydowski może je wykupić. Bo życie każdego żydowskiego dziecka ma cenę. Siedemdziesiąt lat później Anna Bikont powtarza próbę ich odnalezienia. 

"Cena" to reporterskie śledztwo rzucające nowe światło na losy dzieci po Zagładzie. Prowadzone z przenikliwością znakomicie oddaje niepokojącą atmosferę powojnia i burzy pozornie oczywistą ocenę wyborów życiowych ocalałych.

Rozmowy z autorką posłuchaj w podcaście audycji "Nagłe zastępstwo" Jakuba Janiszewskiego:

Publikujemy fragment książki "Cena. W poszukiwaniu żydowskich dzieci po wojnie" Anny Bikont, wydanej przez Wydawnictwo Czarne:

Rozdział 20
Dora: "Pod żadnym pozorem nie chce do matki wrócić"
14 września 1947
Poszukiwana: Dora Goldstein z Jarosławia, lat 11

Gdy Majzels pojechał w sprawie Dory do Jarosławia, dowiedział się, że ta "pod żadnym pozorem nie chce do matki wrócić", a matka, która przeżyła, "nie ma zamiaru wychować dziecka".

Dora urodziła się w 1936 roku "od katolika z nieślubnego łoża". Matka ochrzciła córkę i oddała ją na wychowanie Ukraince. Po wojnie służby miejskie zabrały dziewczynkę od opiekunki w opłakanym stanie i oddały do ochronki. W lipcu 1947 roku sąd zadecydował, że dziewczynka zostanie w zakładzie opiekuńczym.

Archiwum ŻIH. Korespondencja Komitetu z matką Dory Marią Goldstein. Pisze, że dużo choruje, utrzymuje się dzięki pomocy komitetu w Rzeszowie, dorabia praniem. Zwraca się do Komitetu, by wykupił jej dziecko z ochronki. W kolejnym liście ponagla: "Siostry z ochronki wychowują dziecko w duchu swej religii, wrogo nastawiając je do mnie oraz do żydostwa. Jako Żydówka nie mogę pozwolić, by dziecko dostało się w obce ręce". (Chyba chciała zrobić dobre wrażenie. Przecież sama ochrzciła dziewczynkę). Prosi, by za jej pośrednictwem przekazać osiemdziesiąt tysięcy złotych na wykupienie Dory, a potem Komitet może ją zabrać do domu dziecka.

Przeżyły matka i córka, cud nad cudy. Tyle że matka nie chce zajmować się córką, a córka - wrócić do matki.

Tak drastyczne sytuacje musiały być rzadkie, często jednak pojawienie się rodzica po kilkuletniej nieobecności nie było wcale szczęśliwym zakończeniem, tylko kolejną odsłoną dramatu.

Maria Hochberg-Mariańska, która ukrywając się po "aryjskiej stronie", była działaczką krakowskiej Żegoty, opisuje w tekście przekazanym do archiwum kibucu Lochamej ha-Getaot historię górniczej rodziny, która przygarnęła dwójkę żydowskich dziewczynek, jedną ośmioletnią, drugą dwuletnią - Krysię, obie powierzone im przez matki. Mariańska zaproponowała, że będzie przynosić co miesiąc po pięćset złotych na dziecko - tyle Żegota mogła wtedy wypłacać. Nie była to wygórowana suma, ale pomagała przeżyć wojenną biedę. Żona górnika oświadczyła, że przyjmie zapomogę tylko na starsze dziecko.

"»Krysia jest moja«, powiedziała mi przy pierwszym spotkaniu i powtarzała zawsze to samo - pisze Hochberg-Mariańska. - Nie chciała przyjąć dla tego dziecka żadnej pomocy, ani pieniędzy, ani ubrania, nic. Widziałam, jak ślepa i bezgraniczna jest jej miłość do tego dziecka. Tam było zagrożenie, nieustanne niebezpieczeństwo, cień śmierci nad całą rodziną, ona zaś mówiła, że to dziecko wniosło szczęście i pogodę do jej bezdzietnego domu. Nawet mąż - tak mi mówiła - który lubił popić i po pracy rzadko bywał w domu, szedł do swoich kumpli, teraz, odkąd ta mała była u nich, nie opuszczał wieczorami mieszkania. Za każdym moim pobytem w tym domu starałam się w słowach najbardziej oględnych mówić o tym, co będzie, jeśli wróci matka. »Nigdy - powiedziała - nie rozstanę się z Krysią. Jeśli będę musiała ją oddać, to pójdę z nimi tam, gdzie będą, nawet jeżeli będę musiała opuścić męża. Będę nawet za służącą, jak nie będzie innej rady«". Hochberg-Mariańska dodaje, że żona górnika była kobietą uczuciową i uczciwą, "trudno jej było wypowiedzieć wyraźnie takie nieludzkie życzenie - żeby matka, wysiedlona z obozu w Płaszowie, nigdy nie wróciła".

Matka Krysi przeżyła. Po zakończeniu wojny odszukała Hochberg-Mariańską w krakowskim komitecie. "Przyszła sama, szczęśliwa i zgnębiona. »Co ja mam począć? - pytała. - Przecież to moje jedyne dziecko. Mąż zginął. Jestem sama, a ta mała nie chce mnie znać. Chodzę tam co dzień, przynoszę jej zabawki i słodycze i nie wiem, czym ją mogę kupić…«".

Raz przyszły do Mariańskiej obie, razem z dziewczynką. "Dziecko, uczepione ramienia swojej drugiej matki, broniło się przed czułością tej prawdziwej. »Niech pani powie - prosiła górniczka - niech pani poradzi. Pani przecież wie, pani widziała«. »Trochę cierpliwości - powiedziałam - obie musicie sobie pomagać. Dziecko musi wrócić do matki«. Nie wiem, jak długo trwała ta gra, ale w końcu żydowska matka przyszła się ze mną pożegnać. Powiedziała mi, że po wszystkich ciężkich przeżyciach obozowych to było najcięższe. Mała zgodziła się iść z nią na spacer i z tego spaceru nie wróciła już do swojej »mamy«. »Złamałam serce tej kobiety, która mi uratowała dziecko - powiedziała żydowska matka - ale nie mam innej rady. Teraz postaram się jak najszybciej wyjechać z Polski. Wtedy rana zabliźni się szybciej«".

Hochberg-Mariańska namówiła żonę górnika, żeby adoptowała dziecko. Wzięła małego chłopca i przyjechała do komitetu opowiedzieć o tym Mariańskiej. "Ładne dziecko, ale to nie to samo co Krysia. Krysia była moja, za Krysią płaczę co dnia".

Nie wiem, jakie były ich dalsze losy. Zapewne Krysia już nigdy nie spotkała się ze swoją wojenną matką. A może jednak, kiedyś, z czasem?

Danuta Cukierman ze Lwowa w jednym z tomów "Dzieci Holocaustu mówią…" opowiada, jak matka odnalazła ją po wojnie i jak odtąd ona sama spędzała czas między domem (co było ciężkie) a państwowym domem dziecka (co było całkiem przyjemne), kiedy matkę zabierano do szpitala psychiatrycznego. Matka nigdy nie doszła do siebie po tym, jak na jej oczach Niemcy zabili jej brata i bratową, a ich córeczkę wyrzucili przez okno. Była wtedy w ciąży z Danutą. "Ja częściej czułam się matką mojej mamy niż córką - opisuje Danuta. - Moje »matkowanie« zaczęło się, gdy miałam siedem, osiem lat". Zostały we Lwowie, matka nie chciała się repatriować, musiałaby podać poprzednie, żydowskie nazwisko. Po latach przeprowadziły się do Warszawy, rodzinnego miasta jej mamy. "[Mama] kupiła sobie malutkie mieszkanko na Mokotowie. Cała szczęśliwa powiedziała do mojego męża: »Danek, weź dzieci i przyjedźcie do mnie, oglądniecie mieszkanie«. A Danek mówi: »A Danka?«. A ona: »Niech nie jedzie, bo ona taka żydowska, wszyscy od razu będą wiedzieli, że ja Żydówka«. Ja ją rozumiałam, bo wiedziałam, że ona umiera ze strachu".

W Księdze pamięci Węgrowa można znaleźć historię kobiety, która została wywieziona do Niemiec, a wcześniej oddała córkę na przechowanie. Gdy w 1945 roku wróciła do Polski, dowiedziała się od mężczyzny, któremu powierzyła dziewczynkę, że zgubili się w czasie powstania warszawskiego. Wyjechała do Stanów po pogromie kieleckim i wysyłała mu pieniądze w nadziei, że kłamie - że dziewczynka żyje, a on jest z nią w kontakcie. W 1956 roku dostała wizę do Polski, wynajęła prawnika. Ten odszukał opiekuna i poinformował go, że matka dziewczynki zmarła, zostawiwszy spadek. Wtedy mężczyzna "przypomniał sobie", że dziewczynka została w czasie wojny wysłana do sierocińca i stamtąd oddana do adopcji. Wkrótce pojawił się u matki narzeczony córki, prosząc w jej imieniu, by zostawiła dziewczynę w spokoju. Matka odwołała się do sądu, który zarządził ich spotkanie. Na rozprawie córka zwyzywała matkę i odmówiła jakichkolwiek kontaktów.

Oglądałam amerykański film dokumentalny, w którym reżyserka Aviva Slesin odnajduje uratowane dzieci z różnych krajów Europy i wypytuje je o relacje z odnalezionym po wojnie rodzicem lub dalszymi krewnymi.

Harold-Hans Gottsschall z Holandii (skąd pochodzi większość bohaterów filmu) miał pięć lat, kiedy matka oddała go znajomej pielęgniarce. Ojciec Hansa umarł przed wojną, teraz miał pełną rodzinę. Po wojnie matka po niego wróciła. "Znów nie miałem ojca - opowiada. - Tamten czas to były najlepsze lata mojego dzieciństwa" .

Erica Pollak urodziła się w sierpniu 1943 roku, jej matka była w holenderskim ruchu oporu: "Nigdy naprawdę nie zagrało między nami, to była trudna relacja".

Moana Hilfman, też z Holandii, miała cztery lata, kiedy rodzice ją oddali. Przeżyła w kochającej rodzinie. Opiekunowie chcieli ją adoptować, ale po dziewczynkę zgłosili się ciocia z wujkiem. "Byłam maltretowana. Dla mnie wojna zaczęła się po wojnie" - mówi.

Alice Sondike z Polski miała trzy lata, kiedy została rozdzielona z rodzicami. Przeszła przez trzy kolejne domy. Jej matka Julia Mencer przeżyła getto warszawskie, Auschwitz i Dachau.

Córka - przystojna, krótko ostrzyżona blondynka - przepytuje matkę przed kamerą z zimną złością.

- Co mi powiedziałaś? Mówiłaś, że będę miała nową mamę? Ja płakałam?
- Nic ci nie powiedziałam. Tym ludziom powiedziałam, że mogą wszystko, mogą cię ochrzcić, bylebyś przeżyła.
- Byłam przekonana przez te całe lata ukrywania, że ona nie żyje.
- Byłam dla niej kompletnie obcą osobą.
- Musi pani zrozumieć, jak ona wyglądała, kiedy wróciła. Okropnie. Nie byłam w stanie znieść jej dotyku.
- Nie miałam włosów, w zniszczonym ubraniu.
- Miałam pełno wszy i ona mnie z nich iskała. Ja nie wytrzymywałam, że ona mnie dotyka.
- Cokolwiek robiłam, dla niej było źle. "Nie dotykaj mnie", "Idź sobie" - powtarzała.
- Nie mogłam uwierzyć, że to moja matka, nie mogłam.
- Była zagorzałą katoliczką. Biegała do kościoła. Mówiła: "Nie dotykaj mnie".
- Nie uwierzyłam, że jestem Żydówką. To było okropne, kiedy się dowiedziałam.
- Uderzyła mnie, jak jej to powiedziałam.

Zostały przez reżyserkę posadzone blisko siebie na kanapie. To wcale ich nie zbliża, przeciwnie.

Matka:

- W każdym razie teraz mnie kocha.

Córka uśmiecha się do kamery, jakby miała zaraz się rozpłakać.

Odsłuchuję jeszcze raz, by się upewnić, że córka konsekwentnie mówi o matce "ona".

A jak było z Dorą Goldstein? Komitet już załatwiał osiemdziesiąt tysięcy złotych, by za pośrednictwem matki, jak prosiła, wykupić dziewczynkę z ochronki i zabrać do domu dziecka. Ale widać zreflektował się i postanowił najpierw wysłać na miejsce Majzelsa. Ten ustalił, że zakład, w którym znajdowała się dziewczynka, żadnych pieniędzy nie żądał i że "80 tys. zł miały być wykorzystane dla celów osobistych" przez matkę.

Nie udało mi się trafić na ślad Dory. Nie wiem, jak przeżyła wojnę. Czy uchodziła za polskie bądź ukraińskie dziecko, czy była w ukryciu? Czy wiedziała, że jest Żydówką? Czy miała w czasie wojny kontakt z matką (jak ona przeżyła, także nie wiem)? Co się z nią stało dalej? Czy Komitet przestał się nią interesować, kiedy wyszło na jaw, że była ochrzczona? Czy została w zakładzie w Jarosławiu*, czy może zabrała ją któraś z organizacji żydowskich? Trafiły jej się chwile szczęścia w życiu?

* Dora musiała mieszkać u sióstr, które prowadziły Dom Sierot Polskich, nie było po wojnie w Jarosławiu innego sierocińca. Ten zakład w wyniku kolejnych przekształceń funkcjonuje obecnie jako Regionalna Placówka Terapeutyczno-Opiekuńcza. Nie zachowały się archiwa, w których widniałby ślad obecności Dory (Rozmowa z siostrą Jolantą Masternak, 2020).

DOSTĘP PREMIUM