"Zobaczyła to samo, co Franek. Sowa naprawdę mrugnęła". Stawiszyński o mądrości i wiedzy. Dla dzieci! [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Konsumpcjonizm, marnotrawstwo i umiar, przebodźcowanie i wszechobecność elektroniki, subiektywizm i obiektywizm, względność wiedzy i czasu, rola przypadku, znaczenie dóbr niematerialnych, pielęgnowanie relacji międzyludzkich i humanitarne traktowanie zwierząt - o tym wszystkim pisze w swojej pierwszej książce dla dzieci "Misja Sowy. Tosia, Franek i sekrety filozofii" Tomasz Stawiszyński, filozof i eseista, prowadzący w TOK FM m.in. program "Kwadrans filozofa". Specjalnie na Dzień Dziecka prezentujemy jej fragment.
Zobacz wideo

Książka "Misja Sowy. Tosia, Franek i sekrety filozofii" Tomasza Stawiszyńskiego została wydana nakładem wydawnictwa Słowne Młode. W dniu jej premiery - 1 czerwca - poniżej prezentujemy jej fragment. 

Tłum w centrum narastał z minuty na minutę. Droga, chociaż krótka, wcale nie była łatwa. Chodzenie po centrach handlowych wydaje się bardzo proste, kiedy obok są rodzice. Są duzi i doskonale sobie radzą, wiedzą, kogo trzeba wyminąć, kiedy zwolnić, a kiedy przyspieszyć. Kiedy jednak jesteś mały i zdany tylko na siebie, sprawa jest bardziej skomplikowana. Ale Franek i Tosia jakoś sobie z tym radzili. Nie przejmowali się ludźmi, którzy nie przejmowali się też nimi, bo wpatrywali się nieustannie w swoje telefony. Krok po kroku rodzeństwo zbliżało się do kawiarni.

- O rany! - Franek krzyknął tak głośno, że Tosia pomyślała: "Uff!... Znaleźli się!". Po chwili jednak zorientowała się, że chodziło o coś innego. Jej młodszy brat wpatrywał się szeroko otwartymi oczami w wystawę sklepu. Hmmm… gotowa była przysiąc, że jeszcze kilka minut temu, kiedy przechodzili tędy całą rodziną, wcale tego sklepu tutaj nie było.

Na niewielkim drewnianym szyldzie przytwierdzonym do drzwi widniał napis: "Bardzo Dziwny Sklep". Czy to jakieś żarty albo chwyt promocyjny? Zaciekawiona Tosia zaglądała przez szybę. W środku było prawie pusto. Zauważyła, że pod ścianami leżało kilkanaście książek. Stał tam też globus, okrągły stolik, a na nim imbryk i cztery filiżanki. Wokół rozsiadły się trzy skórzane fotele, które wyglądały, jakby miały co najmniej sto lat. Nie one jednak przykuły uwagę Tosi. W wystawowym oknie, na atłasowej poduszce, siedziała biała pluszowa sowa. Wpatrywała się w dzieci przenikliwymi, szklanymi oczami. Tosia znieruchomiała.

Franek patrzył na sowę jak zaczarowany i nie spuszczając z niej wzroku, zapytał:

- Czy… czy widziałaś ten sklep wcześniej, kiedy tutaj przechodziliśmy?

- Nieee - odparła powoli Tosia. Czuła, że dzieje się coś bardzo dziwnego. I nawet jej się to podobało.

Nagle Franek krzyknął: - Mrugnęła!!! Tosiu, widziałaś to?! Sowa mrugnęła!

- Co ty opowiadasz! Zabawki nie mrugają ot, tak sobie - obruszyła się Tosia, ale nie zabrzmiało to zbyt przekonująco.

Siostrzane poczucie odpowiedzialności nakazywało jej strzec brata przed myleniem fantazji z rzeczywistością, jednak tym razem miała wrażenie, że coś jest inaczej.

Przecież zobaczyła to samo co Franek. Sowa naprawdę mrugnęła.

A potem zrobiła to jeszcze drugi, trzeci… i czwarty raz. Dzieci podeszły bliżej, żeby sprawdzić, czy to przypadkiem nie złudzenie optyczne albo jakiś wbudowany w zabawkę mechanizm.

- To taka specjalna pluszowa sowa, która mruga. Na pewno jest na baterie - Tosia postanowiła chwycić się ostatniego racjonalnego argumentu, który przyszedł jej do głowy.

- Ej, serio tak myślisz?... A co to w ogóle jest za sklep? - Franek, niewiele myśląc, popchnął drzwi wejściowe.

Chcąc nie chcąc, Tosia ruszyła za bratem. Powoli weszli do środka i rozejrzeli się niepewnie. Zupełnie nie wiedzieli, co teraz zrobić. Nikogo tutaj nie było poza pluszową sową, która wciąż siedziała na atłasowej poduszce w oknie wystawy, odwrócona do nich plecami. Dziwne, że nie było tu żadnej lady i kasy, żadnych półek czy rzeczy, które nadawałyby się do kupienia.

- No dobrze. - Nagle usłyszeli wysoki głos, na dźwięk którego oboje aż podskoczyli. - Skoro już tu jesteście, siadajcie, proszę. Czekałam na was!

Popatrzyli na siebie przestraszeni nie na żarty. Przecież nie chcieli zrobić nic złego. I w ogóle to, kto do nich mówił? Nie było tu nikogo. No, chyba że…

- Owszem, owszem, to ja - znów rozległ się charakterystyczny wysoki głos.

A potem pluszowa sowa z gracją zeskoczyła z poduszki i uniosła się w powietrze, machając cętkowanymi skrzydłami.

- Nazywam się Pani Sowa - powiedziała - ale możecie mówić do mnie po prostu Sowa. Bardzo się cieszę, że wreszcie mnie odwiedziliście. Czekałam na was od dawna. Czasu mamy niewiele, a do zrobienia jest mnóstwo. Dlatego lepiej od razu weźmy się do pracy. Wszystko wyjaśnię wam przy filiżance herbaty, świeżo zaparzyłam. Siadajcie, proszę, do stołu.

Tosia i Franek nie kryli zdziwienia. Nie mogli uwierzyć własnym uszom i oczom. To działo się naprawdę? Odjęło im mowę, więc nic nie powiedzieli, tylko posłusznie podreptali za Sową do nakrytego stolika.

DOSTĘP PREMIUM