"U nas od stuleci nic się nie zmieniło". O życiu na pograniczu ukraińsko-polskim [FRAGMENT KSIĄŻKI]

- To nie jest opowieść o utraconych Kresach. To historia wielokulturowości i problemów dzisiejszego pogranicza - mówił w rozmowie z Karoliną Głowacką w TOK FM Krzysztof Potaczała, dziennikarz, reporter, autor książki "Tak blisko, tak daleko. Bieszczady po drugiej stronie granicy", wydanej przez Prószyński i S-ka.
Zobacz wideo

Premierę książki zaplanowano na 23 czerwca, ale już dzisiaj prezentujemy jej fragment: 

Przy rozwalającym się płocie obok krytej strzechą chałupy krząta się gospodyni. Ogorzała twarz, badawcze spojrzenie.

- Sława Isusu Chrystu! - wita się Iwan.
- Sława na wiki! - odpowiada. - Wy turysty? Pewnie głodni? Mleka dam, sera. A widzieliście tego małego na koniu? Diabeł, nie dziecko. O mało ludzi nie stratował i jeszcze świniaka prześwięcił. Tfu!

Paraskewia Pyriak jest już pochylona ku ziemi. Jej dobytek to dwie kozy i chuda jak szczapa krowa.

- Stara jest, niedługo pociągnie - twierdzi. - Ja też stara i żyć się nie chce. Cziłowik [mąż] dawno w grobie, dzieci uciekły do miasta…

Wrosła w Libuchorę jak drzewa. Stąd byli jej ojciec, matka, dziadowie. Tu przeżyła wojnę, i to czynnie.

- Ot, dokument.

Kobieta pokazuje pożółkłą książeczkę, w której napisane, że ona, Paraskewia Pyriak, bohatersko walczyła przeciwko okupantowi w wielkiej wojnie ojczyźnianej. Podobnie jak dwustu siedmiu innych mieszkańców wsi, z których siedemdziesięciu trzech oddało życie, a szesnastu odznaczono medalami za odwagę, co potwierdzają ukraińskie wydawnictwa historyczne.

Pamięta polskich sąsiadów, żyła z nimi jak z rodziną. Zawsze zapraszali ją na Wigilię i śniadanie wielkanocne, a potem ona - w czasie ukraińskich świąt - zapraszała ich. Polaków było mało, gubili się między Rusinami czy - jak kto chce - Ukraińcami - ale mieli tę przewagę, że mieszkali we własnym kraju. W razie kłopotów mogli się poskarżyć władzom w powiecie, a te patrzyły na swoich łaskawszym okiem.

Chyża, w której mieszka, stoi prawie sto lat. Identycznych z wyglądu zamieszkanych chałup, połączonych ze stodołą, stajnią i chlewem, zostało w Libuchorze około dwudziestu - bez kominów, z jedną izbą, niekiedy klepiskiem zamiast podłogi. Drugie tyle jest pustych - właściciele przenieśli się do nowych albo umarli, a następców nie było.

Na piecu przylegającym do sieni Pyriakowa szykuje strawę. W środku prawie w ogóle nie czuć dymu. Jak to możliwe? Iwan prowadzi na podwórze, pokazuje pod dachem mały otwór.

- Dym tędy uchodzi. Z pieca odprowadzany jest na poddasze, stamtąd na zewnątrz. A jakieś dwadzieścia lat temu były we wsi nawet całkiem kurne chaty.

W potoku Libuchora, nieopodal gospodarstwa Paraskewii, stoi grupka dzieci. Jedne w gumiakach, inne w klapkach. Wyżymają ubrania i składają do leżącej na brzegu miednicy. Choć woda w maju jeszcze lodowata, żadne się nie krzywi.

- Przywykły - stwierdza Iwan. - Pranie w potoku to dla nich chleb powszedni. Jak pasanie krów, robota w polu i w obejściu.

W 2008 roku życie w Libuchorze płynie własnym, niespotykanym nigdzie indziej rytmem. Pralka i lodówka to wciąż rzadkie urządzenia, a przyjemność oglądania telewizji mają tylko bogatsi gospodarze z bardziej nowoczesnej części wsi. Niemal wszyscy utrzymują się z hodowli bydła i uprawy ziemi, ale próżno znaleźć choćby jeden kombajn czy młockarnię.

- A co to, kosą i motyką robić się nie da? - puszy się Wasyl, pięćdziesięcioczteroletni Bojko z przerzedzoną siwiejącą czupryną. - I cepami młócimy, a jakże. Tak jesteśmy nauczeni. Przyjdzie czas, to się przestawimy.

Wasyl mieszka w chacie po rodzicach. Ma dwie miłości: pszczelarstwo i grę na sopiłce.
- I co, tak sam, bez baby? - pyta zaczepnie Iwan.
- Na co mnie baba?! Żeby mnie po gębie biła, jak samogonki chcę się napić?

Samogonka to wódka własnego wyrobu.

- Czekajcie, przyniosę.

Gospodarz zaciera ręce i idzie do półziemianki służącej za całoroczną lodówkę. Po chwili kładzie na stole plaster peklowanej słoniny i butelkę bimbru.

- Pijcie. Nie piecze? Ha! To tajemna receptura mojego dziada, nie do podrobienia.

Po półgodzinie podchmielony nieco mężczyzna wyciąga z kuferka drewnianą piszczałkę. Zaczyna grać rzewną melodyjkę.

- Pieśń pasterzy z gór - tłumaczy Ferenc. - Siedząc całymi dniami przy krowach, umilają sobie czas śpiewaniem.

- Dawniej bydło od maja do listopada stało na halach, taki był zwyczaj - opowiada Katarzyna Roszko. 
- Teraz świtem trzeba wyganiać, o zmierzchu przyganiać. Ode mnie prawie pięć kilometrów w jedną stronę.

Jest południe, więc kobieta z szesnastoletnią córką Galiną idą obrobić grunty. Wspinają się na szczyt stromego wzniesienia, taszczą wiadra i motyki.

- Ziemia u nas podła, ale zawsze coś w niej urośnie - mówi Katarzyna. - I swoje, nie kołchoźne.

Galina skończyła niedawno podstawówkę. Zastanawia się, co dalej.

- Może pójdę jeszcze do szkoły, do Sambora albo nawet do Lwowa. Jak nie zdam egzaminów, zostanę na gospodarce. Po świecie za pracą nie będę się włóczyć.

- Tylko nieliczni młodzi kształcą się w szkołach średnich, na studia idą wybrańcy losu - włącza się Iwan. – Pozostali nie wychylają nosa poza wieś, grzęzną na tym "końcu świata"…

Środkiem libuchorskiej drogi snuje się maciora. Waży pewnie z dwieście kilo. Co chwilę trze ryjem o glebę, jakby ją swędział. Nieopodal inny tucznik wącha końskie łajno. Obok ostrzyżony na zapałkę kilkuletni chłopiec w dresie i klapkach ćwiczy żonglerkę piłką. Ma na imię Petro i zwierza się, że chciałby kiedyś grać jak Andrij Szewczenko, najsłynniejszy ukraiński piłkarz. Na dowód swoich niemałych już umiejętności Petro kilkanaście razy z rzędu podbija futbolówkę głową.

- A te świnie czyje? - zagaduje przewodnik.
- Bo ja wiem? Połażą, nażrą się i wrócą do swojej zagrody. U nas wszędzie świniaki łażą po drogach, nikt ich nie pilnuje.

Od rana do popołudnia przejechały przez Libuchorę cztery samochody. Poza tym konne zaprzęgi, powożone nierzadko przez wyrostków. Jeden z nich transportował długie kłody drewna i jeszcze z tym ładunkiem forsował rzekę z nierównym kamienistym dnem.

- Drewno na naprawę chyży - domyśla się Iwan. - Będzie w sam raz na zabezpieczenie dachu. Bez tego kiczki [snopki słomy] się nie utrzymają, wiatr je rozsypie.

- Któż to do nas przyjechał? Polaki? - dziwi się Sofija Mikułynycz, stojąc w otoczeniu gromadki maluchów na progu chałupy. - Zachodźcie, poznajcie moją familię.

Mąż, dwóch synów, synowa, czworo wnucząt i piąte w drodze. Misza, pierworodny Sofiji, nie próżnuje - ledwo sześć lat po ślubie z Nastką, a już taki przychówek. Musi nowy dom stawiać - w tym trudno się pomieścić. Izba Mikułynyczów: długa ława, dwa szerokie łóżka z desek, stół, piec, półka na naczynia. Z obrazów na głównej ścianie patrzą poważnie w półmroku bizantyjscy święci. Pod powałą zawieszona na grubym sznurze kołyska - tu śpi najmłodszy synek Miszy.

- Mąż wystrugał - chwali się gospodyni. - U nas w Libuchorze od stuleci nic się nie zmieniło: sami robimy meble, sami sprzęt do pracy. Jest majster od kół do wozów, jest od beczek. Kuźnię mamy, bo bez koni ani rusz, no i w domu rodzimy dzieci. Akuszerka odbiera, a kiedy trzeba, pomaga felczer.

W okopconym saganie gospodyni gotuje na obiad ziemniaki. Omaści je masłem, doda śmietanę. Oprócz cebuli, czosnku i nabiału ziemniaki i inne warzywa są podstawą wyżywienia mieszkańców Libuchory.

- Mięso i kiełbasa tylko od święta. Za to jakie! Nasze wyroby najlepsze w okolicy.

Przy końcu wsi, nieopodal granicy lasu, mieszka samotnie Ołeksa Tyryniak. Siedzi w czapce i waciaku na klocku obok pieca, patrzy w okno. W półkurnej chałupie gliniana polepa, bambetel zamiast tapczanu. Ciemno, wilgotno. Gospodarz jest zakłopotany - nikogo się nie spodziewał. Siedemdziesiąt pięć lat, bez żony, bez potomstwa.

- Jakoś tak wyszło - ucina.

Ziemi ornej nie ma, nawet ogródka. Ma za to krowę, którą wypasa na łące za chałupą.

- Mleczna, mogłaby karmić więcej ludzi - ocenia z dumą.

Ołeksa nie jest rozmowny, unika odpowiedzi, nie chce wspominać o swoich losach. Wciąż tylko się uśmiecha i pewnie w tym uśmiechu tkwi jego tajemnica.

Iwan Ferenc odpowiada w rejonowym urzędzie turczańskim za kulturę. Przez mostek na potoku prowadzi do nowoczesnego jak na Libuchorę domu pokrytego eternitem. Tu mieszkają Łesia i Wasylinka, pierwszoplanowe postaci ludowego zespołu Libuchora.

- Łesia, wyciąg cymbały… - prosi Iwan. - Z górą sto lat mają, cudem się zachowały, a gdzie pojedziemy, wszędzie podziwiają.

Jarosława Fedorko, matka dziewcząt:

- Na cymbałach gra Wasylinka, ale ona teraz we Lwowie, w instytucie muzycznym. Łesia ukochała skrzypce. No, dawaj! Kołomyjkę!

I Łesia gra, od stóp do głowy odziana w strój bojkowski. Żeby pokazać odrębność i żeby goście zrozumieli, że w Libuchorze kultura to ważna rzecz. Mniej ważna tylko od modlitwy w cerkwi.

- A wiecie, gdzie seło Czarna koło Ustrzyk Dolnych? - zagaduje Jarosława. - Ja tam mieszkałam, dopóki nas w 1951 roku nie wygnali. Kto? A Polaki. Chociaż potem usłyszałam, że o wszystkim zadecydował batiuszka Stalin, wyrodny syn Gruzji.

Z kilkuset innymi mieszkańcami Czarnej trafiła aż pod Donbas.

- Jakiś czas później na potańcówce w Borysławiu poznałam przyszłego męża. Po nim moje donki [córki] talent wzięły. Ile on wesel objechał w Ukrainie, nie zliczę. Ale tułaczkę przypłacił życiem, serce nie wytrzymało…

Jarosława po wysiedleniu z Czarnej jeszcze w Polsce nie była. Posłała kiedyś Wasylinkę. Córka chodziła, wypatrywała matczynej chaty, znalazła tylko trawę i krzaki.

- To już inna wieś, inni ludzie. W cerkwi kościół, nie ma naszych swojaków.

Nad Libuchorą zapada zmierzch. Baby gonią bydło z gór, słychać pokrzykiwania i przeciągłe ryczenie.

- Jeszcze wrócę do mojej Czarnej - zamyśla się Jarosława. - Pójdę do rodzinnego gniazda, zmówię Ojcze nasz. I mogę umierać.

***

Dwanaście lat później, jesienią 2020 roku, samotny mężczyzna z chaty numer pięćset już nie żył, ale sama wioska niewiele się zmieniła. Nadal wiodła przez nią ta sama wyboista droga z dziurami głębokimi na ćwierć koła, na której kierowcy regularnie urywali tłumiki, wykrzywiali felgi, gubili kołpaki. Mosty na płynącym przez wieś potoku też wyglądały tak samo - nie załatano w nich ani jednej wyrwy, nie zbudowano bocznych barier. Były takie jak za czasów Sojuza i raczkującej ukraińskiej demokracji: brzydkie, toporne i przypominające tor przeszkód. Mknący przez nie młodzieńcy na motocyklach wydawali się z tego faktu nawet zadowoleni - stan nawierzchni dostarczał im wrażeń i mobilizował do doskonalenia umiejętności, ale zdarzało się, że któryś zanadto pewny siebie wylatywał poza tor i kończył popisy w potoku, czasami z małym uszczerbkiem na zdrowiu, kiedy indziej z połamanymi gnatami i koniecznością długiego pobytu w szpitalu.

Przed sklepem z napisem "Produkty" siedzieli mężczyźni i popijali piwo. Na pytanie, dlaczego dwunastokilometrowy trakt przez Libuchorę ciągle jest w opłakanym stanie, nie lepszym niż zaraz po wojnie, odpowiadali obojętnie, że wszystko przez władze. Nie te lokalne, lecz centralne. O tym, komu i kiedy przyznać pieniądze na remont, decyduje derżawa, czyli państwo. A derżawa daleko, w Kijowie, i nie chce pamiętać o takich zapadłych wioskach przy granicy z Polską. To dla niej zbyt odległy świat. Bliższy władzy obwodowej we Lwowie, która jednak ma ograniczone możliwości finansowe. Owszem, kiedy w 2012 roku Ukraina wraz z Polską organizowała piłkarskie mistrzostwa Europy, wyremontowano wiele dróg, lecz tylko tych głównych. Inne, w rejonie turczańskim czy starosamborskim, pozostały w większości nietknięte. Tylko gdzieniegdzie załatano dziury i fragmentami położono nową nawierzchnię.

Witalij, trzydziestopięciolatek, z dezaprobatą spluwa na bruk, bierze głębszy oddech i opowiada:

- I co oni zrobili, ci wszyscy prezydenci, premierzy. Przyszli, nakradli i poszli. Albo uciekli jak ten Janukowycz, niech go cholera. Piękna Julia z równie pięknym warkoczem też dużo gadała, wiele obiecywała, a wyszło, jak wyszło. Może najwięcej zmian zaistniało za Wiktora Juszczenki, on był bardzo otwarty na Zachód, marzył o Ukrainie w NATO i Unii Europejskiej, ale komuś to chyba przeszkadzało. Pewnego dnia coś zjadł, zachorował, a potem się okazało, że podobno próbowano go otruć. Winnych nie znaleziono, a Juszczenko już nie wrócił do zdrowia i aktywności. On również, trzeba to pamiętać, był najbardziej przychylny ukraińsko-polskiej współpracy. Razem z waszym Kwaśniewskim ponownie otwierali w 2004 roku odnowiony cmentarz Orląt we Lwowie. Oglądałem w telewizji, stali ramię w ramię jak brat z bratem, i przez tę chwilę czuło się, że te dwa słowiańskie narody mogą być sobie bliskie. A potem wszystko prysnęło jak bańka z mydła, wszystkie plany, projekty, zapowiedzi.

Po Juszczence Ukraina odeszła od demokracji: władza kradła na potęgę, oligarchowie położyli łapę na kraju, a horyzont przystąpienia Ukrainy do struktur europejskich mocno się oddalił. Deklaratywnie to owszem, Kijów jest za Europą, lecz więcej w tym czczej gadaniny niźli konkretów. Poroszenko dużo obiecywał, kreował się na prozachodniego, jednak niewiele zrobił. Ale i naród nie ma w sobie cierpliwości. Dwie zmarnowane rewolucje, setki ofiar, więc można zapytać: po co to wszystko? Polacy kiedyś zacisnęli pasa, wprowadzili reformy. Ukraińcy mają inną mentalność. W dużym stopniu postsowiecką, dlatego u nas jeszcze długo to się nie uda. A poza wszystkim Rosja nie pozwoli. Putin, dopóki rządzi, nie wypuści Ukrainy z orbity swych zainteresowań i wpływów.

DOSTĘP PREMIUM