"Wszyscy wiedzą, kto i skąd". O układach i przekrętach w "pewnym samorządzie" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"W powszechnej opinii samorząd nam się udał. (...) Ale, jak każda sfera polityczna, i ta ma swoją wersję nieoficjalną, niezbyt nawet skrywaną, bo przecież z daleka (czytaj: ze stolicy) widać niewiele" - pisze w książce "Lokalsi. Nieoficjalna historia pewnego samorządu" Andrzej Andrysiak. Autor, który po wielu latach pracy w naczelnych mediach stolicy, został wydawcą tygodnika "Gazeta Radomszczańska", opisuje w wydanej przez Krytykę Polityczną książce układy, przekręty, zamiatanie spraw pod dywan, łamanie kręgosłupów oraz mechanizmy rządzące samorządem.
Zobacz wideo

Premiera książki odbędzie się 31 maja, ale już dzisiaj prezentujemy jej fragment. Mamy też dla Państwa rozmowę z autorem książki:

Piramida

W. najpierw traci 6,5 miliona, potem nazwisko, imię i wolność. Ludzie mówią, że to sprawiedliwość. 

Z tymi milionami to pewnie tak nie do końca, bo jak niby przepuścić taką furę pieniędzy, ale z nazwiskiem jest jasno. Sąd skazał, podawać nie można. Ten w drugiej instancji dodał, żeby o imieniu też nie wspominać, no to śmieją się ludzie, bo trzy razy wybrali W. na radnego sejmiku, dwa razy na posła startował, to co, teraz zapomnieli? Głupi by nie zapamiętał. Widzieli, jak prowadził spotkanie kandydata Andrzeja Dudy w Radomsku, gdy ten w 2015 roku w kampanijnym amoku kursował po kraju, widzieli go z Antonim Macierewiczem i z Januszem Wojciechowskim, co kiedyś był zwykłym europosłem, a potem wielkim komisarzem europejskim. A teraz "W."? Co za "W."? Przecież wszyscy wiedzą, kto i skąd. I ilu oszukał.

Ale sąd się wypowiedział, więc zostańmy przy "W.". Niech ma. Rocznik 1967. Z rodziny poważanej. O starym W. (i jak to tak, obraza przecież, zacny człowiek, a teraz bez nazwiska?) ludzie do tej pory wspominają. Od zawsze z PSL, nie ma go już na świecie, gdyby wiedział, co syn zmajstrował, toby wstał z grobu i skórę mu złoił.

Tak mówią.

Bo młody tak dobrze się zapowiadał. Szybko szedł. Najpierw z PSL, potem zgadał się z Wojciechowskim, a to nie byle jaka persona. Prezes Najwyższej Izby Kontroli między 1995 a 2001 rokiem, wicemarszałek Sejmu do 2004, prezes PSL i poseł do europarlamentu czterech kadencji. Z okręgu piotrkowskiego. Tutaj właśnie wypatrzył W. Gdy w 2006 roku ludowcy Wojciechowskiego wyrzucili, bo już za bardzo był wpatrzony w PiS, pociągnął go za sobą. Przez kanapową partyjkę PSL "Piast" wprost w objęcia sprawiedliwości. I prawa.

W. do polityki jest stworzony. Konferencje, negocjacje, układanie list, rozmowy, podchody, ryba w wodzie lepiej się nie czuje niż on w polityce. Zwłaszcza że ambitny. Od 2006 przez prawie trzy kadencje radny sejmiku wojewódzkiego, ale myśli wyżej. W 2007 startuje do Sejmu, wtedy jeszcze z "Piasta", w 2011 już z PiS. Gdyby cztery lata później w ostatniej chwili nie zdjęli go z listy w wyniku frakcyjnej wojenki, pewnie byłby już pan poseł pełną gębą.

Dziś nikt się do W. nie przyznaje. Kogokolwiek z ważnych pytać, pojęcia nie ma, kto i zacz, ale w pierwszej dekadzie nowego stulecia każdy jeden widzi w nim ważną personę. Nie dość, że polityk poważany, to jeszcze biznesmen majętny. W samochodach robi, dokładniej w poleasingowych i komorniczych, odbieranych tym, co przeholowali. W pożyczki wchodzi. Żaden tam komis, od razu pełen pakiet, samochód plus oferta kredytowa. Zgaduje się z Jackiem Zacharewiczem, prezesem, który postawił na nogi Bank Spółdzielczy, rozumie biznes i w firmie W. widzi szansę na zarobek. Wielu z prawej strony długo W. nie może wybaczyć tych wspólnych interesów, bo Zacharewicz z Platformy. Co tam "z", on jakby cała Platforma, uczynił ją silną w Radomsku i przez lata trzymał twardą ręką.

Ale dochodzi tam między nimi do niejasności na tle biznesowym i Zacharewicz kończy znajomość w wielkiej awanturze, a jego bank kredytowanie.

Ale nic to, interes W. i tak dobrze idzie. W finansowanie wchodzi Getin Bank. Na mieście jest nawet moda na kupowanie u W. Rozwija się, już nie tylko samochody, na poważnie wchodzi w pożyczkowy interes. Firma Kredyty.pl buduje rozpoznawalność, on otwiera biuro w Łodzi, a w maju 2004 sprawia sobie gazetę. "Po Prostu Informacje" -  tak ją tytułuje. Wiele tam do poczytania nie ma, ale jest dużo o jego firmach. I o polityce. Felietony pisze Wojciechowski.

W. tak się w mediach rozsmakowuje, że pięć lat później przejmuje od wydawcy Macieja Konrada Ziembińskiego lokalny tygodnik "Komu i Czemu". Ziembiński to dziennikarski pistolet, człowiek z lewa, w Polsce Ludowej związany z aparatem partyjnym, naczelnik, a przez jakiś czas dyrektor domu kultury. W nowych czasach wymyśla sobie, że zostanie dziennikarzem śledczym. Ludzie gazetę czytają, ale on w tych śledztwach trochę się gubi, trochę naciąga, nie sprawdza, więc włóczą go po sądach i gnębią wyrokami. Tu musi zapłacić, tam przeprosić, zdrowie już nie to, wiek także, więc gazetę sprzedaje.

W. przejmuje tytuł razem z redakcją. Któregoś dnia Ziembiński po prostu oznajmia dziennikarzom, że nie jest już właścicielem. Pracownicy słyszą, że od teraz piszą dla W.

Na początku piszą jeszcze jak chcą, bez nacisków, ale potem już jak trzeba. Raz przyłożą temu, raz tamtemu, w zależności od tego, jak wieją polityczne wiatry. W. komentuje też na łamach, tak po dziennikarsku, przecież wydawca. A że polityk jednocześnie? Nie pierwszy on, nie ostatni. 

Ludziom jednak coś nie odpowiada, bo gazeta nie idzie dobrze. Nawet jak W. "Komu i Czemu" wkłada do środka "Po Prostu Informacje" i sprzedaje razem. W. obniża cenę o połowę, a gdy to nic nie daje, przechodzi na wydawanie bezpłatne. Potem nieregularne, w zależności od sytuacji politycznej i wyborów.

Pierwszy okres biznesu dla jego pracowników jest bardzo dobry. Organizuje im wspólne wyjazdy, wycieczki, integruje zespół. Prawdziwy menedżer, żaden tam powiatowy biznesmen. Ale nagle wszystko się zmienia. Przestaje płacić w terminie. Najpierw opóźnienia są małe, potem pracownicy muszą się o wypłatę prosić. To upokarzające. Słyszą: nie mam pieniędzy. Sytuacja nabrzmiewa, niektórzy zbierają się do odejścia, grożą sądem. To działa. W. znów płaci. A potem nie. Żyją jak na huśtawce. Do wściekłości doprowadza ich styl życia szefa. Twierdzi, że nie ma na wypłaty, a jedzie na zagraniczne wczasy. Niby nie ma, ale ma za to mandat radnego wojewódzkiego, wiele może, nie ma co iść z nim na udry. Kto idzie, może oberwać.

Jak ten chłopak, co przyszedł do biura ogłoszeń gazety. 18-latek, chciał dać reklamę o sprzedaży psów. Poszedł do redakcji na Reymonta, naprzeciwko dworca PKP, tam spotkał syna W., z którym był kilka lat wcześniej na zimowisku. Jakiś tam konflikt musiał wtedy zajść między chłopakami, bo teraz rachunki wyrównał ojciec. I strzelił młodego.

Chłopak złożył prywatny akt oskarżenia, W. najpierw zaprzeczał, ale potem przeprosił, on i syn, za "niewłaściwe zachowanie", i zapłacił zadośćuczynienie.

Nerwy W. ma wtedy już okrutne, bo za oceanem świat się sypie, kryzys dopadł największe banki, krąży widmo recesji, a to się odbija na jego interesie. W 2007 roku w Stanach bankrutują dwa fundusze hedgingowe banku Bear Stearns i nagle cały światowy system finansowy wali się jak domek z kart. Mało nie wywraca się taka potęga jak Goldman Sachs, upada bank Lehman Brothers, a co dopiero jego Kredyty.pl. Getin Bank, na którym wisi pożyczkowa i samochodowa działalność, wypowiada umowę na pośrednictwo finansowe i W. zostaje bez ruchu. A żyć trzeba i poziom utrzymać.

Biegli rewidenci, którzy później będą na zlecenie prokuratury badać jego finanse z tamtego okresu, ustalą, że już w 2011 roku stracił płynność finansową. Miał 2,5 miliona złotych kredytów i nikłe przychody.

Ale miał też coś jeszcze: silne nazwisko i głowę na karku.

Pomysł jest prostacki, ale skuteczny. Banki słabo przędą, oprocentowanie lokat żałosne, więc on wejdzie w tę niszę. Zarzuca rynek reklamami. Własne środki lokuj z głową. Firma Factor, rok założenia 1995. Oferta: 11,11 procent lub 17,28 procent.

Gotówka płynie wartkim strumieniem. Przecież to nie firma krzak, działa od lat, no i własność W., osoby poważanej, umocowanej politycznie i z PiS. Świetny procent daje, słyszał pan? Aż żal nie skorzystać. Byłem, rozmawiałem, pełna kultura. Odsetki wypłacane w cyklu comiesięcznym lub na koniec roku. Umowa bez drobnych druczków, na jednej kartce, w kilku paragrafach. W. te pieniądze inwestuje, chyba w złoto. Nazywa to pożyczką inwestycyjną.

Powinien prościej: akcja ratunkowa finansów osobistych W.

Do Factora płynie już nie strumień, ale rzeka pieniędzy. Klientom na początku W. wypłaca odsetki jak należy (choć zwykle dopisuje je do rachunku na papierze), ci są zadowoleni, że ich majątek rośnie. Pieniądze od nowych klientów finansują wcześniejsze odsetki. Piramida rośnie jak się patrzy.

W. bryluje politycznie, pokazuje się z kim trzeba, w PiS pnie się coraz wyżej, zostaje pełnomocnikiem w okręgu radomszczańskim, ma wpływ na kształt list wyborczych. Znów ma pieniądze i perspektywy.

I wszystko by szło zaplanowanym torem, gdyby nie donos. Dziennikarz jakiś, podobno ogólnopolski. Zobaczył reklamę, policzył procenty, a że już po Amber Gold było, to go tknęło. Puścił informację do Komisji Nadzoru Finansowego.

Choć może jeszcze wcześniej trzeba sięgnąć, do wyborów w 2015 roku? W. rozdaje karty w radomszczańskim PiS, dobre miejsce na liście ma zaklepane, a tu zjawia się Milczanowska, PiS przejmuje i znienacka strąca go z listy.

Tak, to chyba będzie odpowiednie miejsce na początek opowieści o upadku.

*

Pierwszy klient zjawia się w redakcji "Gazety Radomszczańskiej" jesienią 2017 roku. Redaktor naczelny Janusz Kucharski, który działalnością W. zajmuje się od jakiegoś czasu, sadza go przy stole, wyjmuje notatnik, długopis, włącza dyktafon i próbuje zrozumieć. Mężczyzna jest roztrzęsiony, mówi z prędkością karabinu maszynowego, zdania się plączą, słowa gubią. Zaraz wybuchnie. Był w innych redakcjach w mieście, zbyli go. W. to ważna persona, boją się wejść mu w paradę, pan się nie boi? Słyszałem, że już pan pisał.

Ano pisałem, potwierdza Kucharski, i pokazuje mężczyźnie zszywki gazety. W lutym ujawnił, że Komisja Nadzoru Finansowego wpisała firmę W. na listę ostrzeżeń publicznych. To zestawienie podmiotów, w sprawie których komisja złożyła zawiadomienie do prokuratury o możliwości popełnienia przestępstwa. Zarzuciła Factorowi przyjmowanie wkładów bankowych bez zezwolenia. W., radny Sejmiku Województwa Łódzkiego z PiS, członek komisji budżetu i finansów (tu Kucharski zawsze się śmieje, bo nieodmiennie i wciąż go to bawi), wykazywał te pożyczki w swoim oświadczeniu majątkowym. W tym za 2015 rok było ich 44.

Miesiąc później opisał, że W. po cichu złożył mandat. Decyzji nie ogłosił publicznie. Nie podał powodów. Gdy Kucharski zadzwonił z prośbą o komentarz, usłyszał od W., że on to teraz osoba prywatna i nie musi się wypowiadać. Sprytne. Rozmówcy Kucharskiego z radomszczańskiej i łódzkiej polityki twierdzą, że złożył mandat przez KNF i dochodzenie, które prowadzi prokuratura. Miał nadzieję, że dzięki temu jakoś się wywinie. Jak sam zrezygnował, to nie musiał składać kolejnego oświadczenia. Znaczy teoretycznie musiał, ale jedyną sankcją za niezłożenie jest utrata mandatu. A tego już nie ma. Sprytne, nie?

To teraz niech pan mówi, Kucharski odkłada zszywkę i słucha. Mężczyzna wyjmuje plik dokumentów, gładzi kartki. Opowie. Wszystko, jak prokuratorowi, jak na spowiedzi.

Trafił na reklamę gdzieś w 2015. Ten procent to było coś. Żaden bank tyle nie dawał. Ogłoszenia były w gazetach (a były, niestety, nawet krótko u nas; zdjęliśmy, gdy się zorientowaliśmy, wtrąca Kucharski), w skrzynkach ciągle znajdował ulotki, zainteresował się. Dorobił się jakichś tam oszczędności, pieniądze powinny na siebie zarabiać, to normalne, że chciał je dobrze zainwestować.

To nie tak, że liczby go skusiły. Chodziło o człowieka. W. był kimś, widywał go na uroczystościach, czytał o nim w gazetach. Odpowiednia osoba.

Skusił się. Przyjął go sam W., zaprosił do gabinetu, zapewnił, że to pewne pieniądze, a sprawa prosta. Klient pożycza Factorowi sumę, a Factor co miesiąc wypłaca odsetki. Obaj będą zadowoleni. Można W. wierzyć, bo nikt na rynku nie oferuje takich warunków.

Przeczytał umowę, podpisał, wpłacił pieniądze i spokojnie wrócił do domu. Miało być na wesele córki. Kosztuje, wiadomo, dodatkowy grosz byłby jak znalazł. No i na start córce się przyda. Kto by nie skorzystał?

Na początku wszystko było, jak należy. Co miesiąc w kasie odbierał odsetki, zgodnie z umową. Ale skoro dobrze działało, to czemu nie mogło lepiej? Podpisywał kolejne umowy, odsetki też wpłacał z powrotem. Do tej pory wpłacił 382 tysiące.

Ile? Kucharski wlepia oczy w mężczyznę, słyszał o tysiącach, dziesiątkach, ale taka kwota? Nie tknęło pana?

Ano nie tknęło. Najpierw wpłacał w kasie, potem przelał dwa razy po 100 tysięcy. Działało, ale 1 lutego 2017 roku W. wezwał go do biura. Poszedł, a tam pełno ludzi. Wzywał ich kolejno do gabinetu, tam podsuwał aneks do umowy. W nim stało, że Factor zobowiązuje się do zwrotu wpłaconej kwoty z odsetkami na koniec trwania umowy. Ale odsetki wynoszą już tylko 2,5 procent, a nie 14, jak wcześniej, a koniec umowy to ostatni dzień grudnia 2020 roku.

Nogi się pod nim ugięły. W. go naciskał, albo podpisze, albo nie odzyska pieniędzy. Każdemu to powtarzał. Podpisał, W. powiedział mu przecież wprost: niczego nie dostaniesz. To był ohydny szantaż. Drżała mu ręka, gdy podpisywał, ale co mógł zrobić?

Potem połączył fakty. Następnego dnia "Gazeta Radomszczańska" napisała o tej prokuraturze i Komisji Nadzoru Finansowego. W. musiał wiedzieć, że napisze. Kucharski potwierdza: wiedział, dzwoniłem do niego z prośbą o komentarz kilka dni wcześniej.

DOSTĘP PREMIUM