"Jestem złą feministką, ale wolę być raczej złą feministką niż żadną". O płci, seksualności i rasizmie [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Ujawniam się światu jako zła feministka, i mam nadzieję, jako dobra kobieta - otwarcie piszę o tym, kim jestem, kim byłam, w czym się potknęłam i kim chciałabym zostać" - pisze Roxane Gay w zbiorze esejów pt. "Zła feministka", które ukazała się nakładem wydawnictwa Cyranka. Publikujemy jej fragment.
Zobacz wideo

Zawodzę jako kobieta. Zawodzę jako feministka. Swobodne przyjęcie przeze mnie etykiety feministki nie byłoby w porządku wobec dobrych feministek. Jeśli naprawdę jestem feministką, to raczej złą. Jestem jednym wielkim bałaganem, pełnym sprzeczności. Na wiele sposobów kiepsko radzę sobie z feminizmem, w każdym razie biorąc pod uwagę to, że jako kobieta postrzegam feminizm w dość specyficzny sposób.

Chcę być niezależna, ale chcę, żeby ktoś się o mnie troszczył, i chcę mieć osobę, która czekałaby na mnie, gdy wracam do domu. Mam pracę, w której jestem naprawdę dobra. Odpowiadam za to i owo. Zasiadam w komisjach. Ludzie mnie szanują i przyjmują moje porady. Chcę być silna i chcę być profesjonalistką, ale wkurza mnie to, jak ciężko muszę pracować, żeby traktowano mnie poważnie, żebym mogła liczyć na ułamek uwagi, jaką poświęcono by mi w innej sytuacji. Czasami w pracy czuję się tak przytłoczona, że mam ochotę płakać, więc zamykam drzwi do mojego gabinetu i pozwalam sobie na utratę panowania nad sobą.

Chcę brać na siebie odpowiedzialność, chcę, żeby mnie szanowano, chcę mieć kontrolę, ale chcę też w pewnych aspektach mojego życia całkowicie się poddać. Kto chce dorosnąć?

Kiedy jadę samochodem do pracy, słucham agresywnego rapu, bardzo głośno, nawet jeśli teksty poniżają kobiety i całą sobą odbieram je jako obraźliwe. Typowa piosenka Ying Yang Twins Salt Shaker? Fantastyczna. "Laska, kufrem trząś, aż rozboli".

Poezja.

(Wstydzę się swoich muzycznych wyborów).

Obchodzi mnie to, co ludzie pomyślą.

Moim ulubionym kolorem jest różowy. Kiedyś, kiedy chciałam być fajna, twierdziłam, że moim ulubionym kolorem jest czarny, ale tak naprawdę to różowy - wszystkie odcienie różu. Jeśli noszę jakieś dodatki, zazwyczaj okazują się one różowe. Czytam "Vogue’a", i to bynajmniej nie prześmiewczo, chociaż tak mogłoby się wydawać. Kiedyś na żywo komentowałam na Twitterze numer wrześniowy. Może tego po mnie nie widać, ale mam swoją rozpustną fantazję, w której moja garderoba pełna jest pięknych butów, torebek i zestawów ubrań. Uwielbiam sukienki. Latami udawałam, że ich nie cierpię, ale to nieprawda. Długie sukienki to jeden z najlepszych rodzajów ciuchów, jakie stały się ostatnio popularne. Mam swoje zdanie na temat długich sukienek! Golę nogi! No i znowu, wstyd mi za siebie. Skoro sprzeciwiam się nierealistycznym standardom urody narzucanym kobietom, nie powinnam potajemnie żywić sentymentu do długich sukienek i gładkich łydek, prawda?

Nie mam pojęcia o samochodach. Kiedy odwożę samochód do warsztatu, mówią tam do mnie w obcym języku. Mechanik pyta, co jest z samochodem nie tak, a ja bąkam coś w rodzaju: "No więc, słychać takie odgłosy, które próbuję zagłuszyć, włączając radio". Płyn do wycieraczek na tylnym oknie nie spryskuje już szyby. Tryska w powietrze. Nie mam pojęcia, jak sobie z tym radzić. Mam wrażenie, że to kosztowny problem. Wciąż dzwonię do ojca, kiedy mam pytania dotyczące samochodu, i nie jestem jakoś specjalnie zainteresowana tym, żeby zrobić coś ze swoją samochodową ignorancją. Nie chcę radzić sobie z samochodami. Dobre feministki, jak zakładam, są na tyle niezależne, że potrafią same poradzić sobie z awariami swoich pojazdów: są na tyle niezależne, żeby o to zadbać.

Mimo tego, co mogą sugerować moje felietony, bardzo lubię mężczyzn. Interesują mnie i na ogół marzę, żeby lepiej traktowali kobiety, bo wtedy nie będę już musiała tak często publicznie ich krytykować. A jednocześnie ciągle muszę znosić niestosowne nonsensy wygadywane przez mężczyzn, nawet jeśli lepiej się na czymś znam i lepiej sobie radzę. Uwielbiam diamenty i ślubne szaleństwo. Uważam, że niektóre prace domowe są upłciowione, przy czym na ogół przyjmuję takie założenie tam, gdzie mogę na tym skorzystać, ponieważ chodzi o obowiązki, o które nie dbam za bardzo - na przykład pielęgnacja trawnika, zabijanie owadów i wynoszenie śmieci to męska praca.

Czasami, a mówiąc szczerze, nawet bardzo często, udaję w seksie, bo tak jest łatwiej. Jestem fanką orgazmów, ale orgazm wymaga czasu, a w wielu przypadkach nie mam ochoty tego czasu poświęcać. O wiele za często facet w gruncie rzeczy naprawdę nie podoba mi się aż tak, żebym miała mu wyjaśniać, jak działa moje pożądanie. Po czym czuję się winna, bo siostry by tego nie zaaprobowały. Nie jestem tak do końca pewna, kim są siostry, ale idea siostrzeństwa jest dla mnie cichą zmorą, przypomnieniem, jak złą feministką jestem. Dobre feministki nie obawiają się siostrzeństwa, bo wiedzą, że zachowują się w sposób przez siostry aprobowany.

Kocham dzieci i chcę mieć dziecko. Jestem gotowa na pewne ustępstwa (nie ofiary), żeby to osiągnąć - konkretnie na urlop macierzyński i na to, żeby zwolnić z pracą i móc spędzić więcej czasu z dzieckiem, mniej pisać i być bardziej tu i teraz. Boję się, że umrę samotna, niezamężna i bezdzietna, dlatego że za dużo czasu poświęcam na rozwijanie swojej kariery i zdobywanie stopni naukowych. Przez takie myśli zdarza mi się nie spać po nocach, do czego się nie przyznaję, no bo przecież powinnam być wyzwolona. Gdybym była dobrą feministką, sukces, taki jaki odniosłam, powinien mi wystarczyć. Nie wystarczy. Nic z tego.

Ponieważ żywię tak wiele mocnych przekonań na temat równości płci, odczuwam dużą presję, żeby w życiu codziennym dorastać do określonych ideałów. Powinnam być dobrą feministką, która ma wszystko i ze wszystkim daje radę. W rzeczywistości jednak jestem kobietą po trzydziestce, która wciąż ma problem z samoakceptacją i ze swoją zdolnością kredytową. Od tak dawna powtarzałam sobie, że nie jestem tą kobietą - w pełni ludzką i mającą wady. Pracowałam jak mrówka, żeby być kimkolwiek, tylko nie tą kobietą, co było wyczerpujące, wytrącające z równowagi i w sumie trudniejsze niż proste uznanie, że jestem tym, kim jestem.

Mogę być złą feministką, ale żywo obchodzą mnie sprawy ważne dla ruchu feministycznego. Mam wyrobioną opinię w kwestii mizoginii, instytucjonalnego seksizmu, który stale stawia kobiety w niekorzystnym położeniu, w kwestii nierówności płacowych, kultu urody i chudości, powtarzających się ataków na swobody reprodukcyjne, przemocy wobec kobiet i tak dalej. Z równą energią angażuję się w walkę o równość i w zwalczanie przekonania, że istnieje coś takiego jak zasadniczy feminizm.

Jestem taką feministką, którą bulwersuje zwrot "właściwy gwałt" i politycy w rodzaju Todda Akina, kandydata z Missouri, który w wywiadzie potwierdził swoje zaangażowanie w walkę o niemal pełny zakaz aborcji. Powiedział: "Jeśli to właściwy gwałt, ciało kobiety ma swoje sposoby na to, żeby się zamknąć. Ale załóżmy, że może to nie zadziałało albo coś w tym rodzaju: myślę, że powinno się tu przewidywać jakiegoś rodzaju karę, ale ta kara powinna spotkać gwałciciela, a nie spadać na dziecko" - mieszanka pseudonauki i pobłażliwego kulturowego podejścia do gwałtu.

Bycie feministką, nawet złą, nauczyło mnie też, że feministyczne rzecznictwo można zastosować także w przypadku zjawisk mniej poważnych, jak na przykład lista czterdziestu najlepszych piosenek albo szczeniacki humor komika. Obecność tych drobnych artefaktów w naszej kulturze popularnej jest możliwa właśnie z uwagi na o wiele poważniejsze problemy, z jakimi się mierzymy. Grunt od dawna jest przygotowywany.

W pewnym momencie mojego życia wbiłam sobie do głowy, że feministka to kobieta określonego rodzaju. Kupiłam rażąco zmitologizowany obraz tego, kim są feministki - bojowe, nieskazitelne politycznie i osobiście, nienawidzące mężczyzn, pozbawione poczucia humoru. Dałam się przekonać do tego mitu, chociaż "na rozum" przecież wiedziałam lepiej. Nie jestem z tego dumna. Nie chcę już więcej nabierać się na ten mit. Nie chcę nonszalancko odrzucać feminizmu, co zrobiło już zdecydowanie za dużo kobiet.

Zły feminizm jest, jak się wydaje, jedynym sposobem, żebym mogła zarazem uznać się za feministkę i pozostać sobą, tak zatem piszę. Piszę na Twitterze o wszystkim, co mnie wkurza, i o wszystkich małych rzeczach, które mnie cieszą. Piszę na blogu o jedzeniu, które przyrządzam, kiedy próbuję lepiej o siebie zadbać, i z każdym nowym wpisem uświadamiam sobie, że odgruzowuję siebie po tych wszystkich latach, kiedy byłam zniszczona i pozwalałam sobie na to, żeby trwać w takim stanie. Im więcej piszę, tym bardziej ujawniam się światu jako zła feministka, i mam nadzieję, jako dobra kobieta - otwarcie piszę o tym, kim jestem, kim byłam, w czym się potknęłam i kim chciałabym zostać.

Nie ważne, jakie problemy mogę mieć z feminizmem, jestem feministką. Nie mogę i nie będę odmawiać feminizmowi znaczenia - odwrotnie: chcę podkreślać to, że jest niezbędny. Jak większość ludzi jestem pełna sprzeczności, ale zarazem nie chcę być traktowana jak gówno dlatego, że jestem kobietą.

Jestem złą feministką, ale wolę raczej być złą feministką niż żadną.

DOSTĘP PREMIUM