"Trumnę niosły aktywistki, aktorki i polityczki, co było niezwykłe". O buntowniczkach z Afganistanu [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Zaraz po tragedii Mahbubie zaproponowano, żeby dołączyła do specjalnej komisji, która miała zebrać materiały pomagające wyjaśnić, jak doszło do śmierci Farchunde. Poczuła się zaszczycona i z radością zabrała się do pracy. Swój udział w tej grupie uznała za objaw czystych intencji władzy" - pisze w książce "Buntowniczki z Afganistanu" Ludwika Włodek. Opowiada w niej jaką drogę musiały przejść Afganki, aby stać się znanymi polityczkami, artystkami, działaczkami. Prezentujemy jej fragment.
Zobacz wideo

Książka Ludwiki Włodek "Buntowniczki z Afganistanu" ukazała się nakładem Grupy Wydawniczej Foksal. Poniżej prezentujemy jej fragment. 

Do Stanów nie jeździ, jest zbyt zawiedziona USA, zbyt zawiedziona światem. Chce po prostu być w Afganistanie i pomagać, ile się da.

- Pomagać mojemu narodowi - jak mówi.

Afganistanem też zresztą jest zawiedziona, ale ma poczucie, że do niego nie może się po prostu odwrócić plecami.

Najbardziej druzgocącym wydarzeniem była dla niej śmierć Farchunde Malikzode 19 marca 2015 roku.

Farchunde była młodą, zaledwie 27-letnią, bardzo wierzącą kobietą. Została skatowana przez tłum rozwścieczonych mężczyzn z powodu fałszywie rzuconego na nią oskarżenia, że podpaliła Koran. Umarła na oczach setek ludzi, w tym uzbrojonych policjantów, w samym centrum Kabulu, na starym mieście, w pobliżu zabytkowego meczetu Szoh Do Szamszire. Każda minuta jej cierpienia została nagrana dziesiątkami telefonów komórkowych. Filmy z tego potwornego zajścia wciąż krążą po internecie.

Zaczęło się od tego, że Farchunde na początku marca odwiedziła meczet (nie, jak piszą media, zabytkowy Szoh Do Szamszire, a położone obok niego, mniejsze i mniej okazałe mauzoleum) i zobaczyła, że trwa tam w najlepsze handel amuletami i wróżbami, zwanymi w Afganistanie tałiz. Starała się wytłumaczyć zgromadzonym w meczecie i na dziedzińcu prostym kobietom, żeby nie korzystały z usług wróżbity, krytykowała też meczetowego dozorcę, który na ten proceder przyzwalał i najprawdopodobniej dzielił się zyskiem ze sprzedawcą tałizu.

Po kilkunastu dniach wróciła do meczetu i jeszcze raz próbowała nakłaniać proste, często niepiśmienne kobiety, żeby nie kupowały wróżb. Samego sprzedawcy amuletów akurat tego dnia nie było, ale do rozmowy wtrącił się dozorca. Farchunde zarzuciła mu, że zezwalając na takie praktyki w meczecie, okłamuje ludzi i postępuje grzesznie. Islam bowiem nie uznaje żadnych tego typu magicznych zabobonów.

Mężczyzna usiłował się jej pozbyć, ale ona nie ustępowała. Na dowód, że karteluszki zapisane wersetami z Koranu, które mają przepowiadać ludziom przyszłość i odganiać złe licho, nie są świętym słowem bożym, wzięła kilka takich zużytych już papierków walających się na ziemi przed meczetem i podpaliła. A wtedy dozorca głośno krzyknął, że jego rozmówczyni pali Koran. Hasło natychmiast zostało podchwycone przez tłum, bo bezczeszczenie Koranu dla muzułmanów jest wielkim grzechem. Na Farchunde rzuciło się kilku ze stojących na dziedzińcu meczetu mężczyzn, ci, co stali dalej, nawet nie widzieli całej sceny, ale jak tylko usłyszeli, że jest draka i trzeba ukarać jakąś grzeszną niewiastę, pospieszyli tym pierwszym na pomoc.

Do meczetu weszli policjanci i próbowali wyprowadzić Farchunde na dach, ale jeden z napastników dosięgnął ją deską. Spadła i już nie była w stanie ani uciec, ani schronić się przed atakującym ją coraz większym tłumem. Policja, początkowo próbująca powstrzymać lincz strzałami w powietrze, po kilku minutach przerwała swoje wysiłki i zaczęła biernie obserwować całe zajście. Kobieta przez kilkanaście minut była bita, obrzucana kamieniami, szarpana za włosy. Zdarto z niej czador i chustę, spadły jej buty. Symbolem jej cierpienia na zawsze stała się otoczona rozwichrzonymi włosami, zbroczona krwią twarz, z której wybijają się śmiertelnie przerażone oczy.

Na koniec ktoś przyczepił chyba jeszcze żywą, ale nieprzytomną Farchunde do przedniego zderzaka terenowej toyoty. Samochód ciągnął jej umęczone ciało przez kilkaset metrów.

Następnie wrzucono je do koryta rzeki Kabul. Woda płynęła tylko wąską strużką pośrodku, resztę wypełniały kępy rzadkiej trawy i śmieci. Ciało Farchunde wylądowało na jednej z takich łach. Choć już nie żyła, napastnicy nadal nie dawali jej spokoju i jeszcze ją podpalili. Jej ubrania były mokre od krwi, nie chciały się palić. Mężczyźni, żeby mieć pożywkę dla ognia, zaczęli zdejmować własne chusty.

Wszystko odbyło się przy wtórze okrzyków Allahu akbar - Bóg jest wielki, zaledwie kilkanaście minut piechotą od Argu, afgańskiego pałacu prezydenckiego.

Początkowo media podały informację, że Farchunde Malikzode była wariatką. Najprawdopodobniej plotka wzięła się stąd, że kiedy już nie żyła, wezwano jej nieświadomą niczego rodzinę na komisariat, mówiąc im, że Farchunde jest oskarżona o spalenie Koranu. To przesłuchujący ich policjant zasugerował, żeby utrzymywali, że dziewczyna nie była przy zdrowych zmysłach, aby "sprawa nie wymknęła się spod kontroli" [1]. Szybko się jednak wyjaśniło, że była dobrze wykształconą i posiadającą pełnię władz umysłowych kobietą. Skończyła studia, odebrała też staranne wykształcenie religijne. Była bardzo pobożna, prowadziła zajęcia z Koranu dla dzieci.

Prezydent Aszraf Ghani obiecał publicznie, że zrobi wszystko, żeby pojmano i osądzono sprawców. Obiecał też zadośćuczynienie rodzinie ofiary. Wydawało się, że władze państwowe traktują sprawę tego morderstwa z najwyższą starannością.

Śmierć Farchunde wstrząsnęła Afganistanem. Tradycyjnie w pogrzebach kobiety prawie nie uczestniczą. Tymczasem 22 marca 2015 roku jej trumnę niosły znane aktywistki, aktorki i polityczki, co samo w sobie było niezwykłym wydarzeniem. Przez kilka następnych dni w całym kraju odbywały się demonstracje domagające się sprawiedliwości. Niektóre z protestujących kobiet miały twarze pomalowane na czerwono, co do złudzenia przypominało zalaną krwią twarz samej Farchunde.

- Wszystko odbyło się bardzo dziwnie - powiedziała mi Mahbuba. - Prezydent zadeklarował, że osobiście dopilnuje wyjaśnienia tego morderstwa. Tymczasem to, co faktycznie się wydarzyło, to jak pokpiono tę sprawę, jak ją zlekceważono, sprawiło, że straciłam jakiekolwiek zaufanie do tego rządu.

Poczułam się nie tylko zawiedziona, ale zdradzona. Skoro ja się tak czułam, to jak mogła się czuć rodzina Farchunde? Jak mógł się czuć cały naród afgański? Przecież wszyscy to widzieli. Najpierw te obietnice wyjaśnienia, a potem mataczenie. Prawdziwi sprawcy nawet nie zostali postawieni w stan oskarżenia, aresztowano i sądzono zupełnie przypadkowych ludzi. Takie rzeczy nie dzieją się bez konsekwencji.

Zaraz po tragedii Mahbubie zaproponowano, żeby dołączyła do specjalnej komisji, która miała zebrać materiały pomagające wyjaśnić, jak doszło do tragedii. Poczuła się zaszczycona i z radością zabrała się do pracy. Swój udział w tej grupie uznała za objaw czystych intencji władzy. "Kobieta taka jak ja, niepowiązana z żadną partią polityczną, a powszechnie znana z uczciwości i zaangażowania na rzecz kobiet, została wybrana przez rząd do tego zadania" - myślała i czuła, że to dobrze wróży wyjaśnieniu całej sprawy.

Optymizmem napawały ją także inne osoby powołane do komisji. Była wśród nich między innymi posłanka Szinkaj Karuchil, wybitna działaczka na rzecz praw kobiet, był szyicki duchowny, członek afgańskiej Rady Ulemów, ciała zrzeszającego najwyższe religijne autorytety w państwie.

- Tworzyliśmy naprawdę zacne grono - wspominała Mahbuba.

Zaczęli działać prawie od razu po zabójstwie. Robili wywiady, zbierali świadectwa, oglądali zdjęcia i nagrania z wydarzenia. Konfrontowali to, co udało im się zebrać, z naocznymi świadkami. Rozmawiali na przykład z policjantami, którzy tego dnia mieli dyżury w okolicy. - Widziałam na zdjęciu tego samego mężczyznę, z którym potem rozmawiałam. Mówiłam mu: proszę zobaczyć, przecież to pan, ta sama ręka, ten sam zegarek, ta sama pałka. A on mi odpowiadał, prosto w oczy, że to nie on, że niby miał dyżur tego dnia, ale w momencie zabójstwa akurat go tam nie było.

Po niecałych dwóch tygodniach pracy komisja została zaproszona do złożenia raportu do pałacu prezydenckiego. Obecni byli prezydent Ghani i pełniący wówczas funkcję szefa egzekutywy doktor Abdullah. Obaj wszystkiego dokładnie wysłuchali i obiecali dołożyć wszelkich starań, by winni zostali osądzeni, a rodzina zamordowanej otrzymała odpowiednie wsparcie.

Niestety tak się nie stało. Ghani i Abdullah byli oburzeni morderstwem i od początku je potępiali. Jednak w najwyższych szeregach władzy było co najmniej kilka osób, które na początku pochwaliły przykładne ukaranie rzekomej grzesznicy. Wśród nich znaleźli się wiceministerka informacji Simin Gazal Hasanzode i rzecznik kabulskiej policji Haszmat Stonekzoj.

Także w wielu stołecznych meczetach imamowie odprawiający następnego dnia po zabójstwie piątkowe modły wyrażali zadowolenie, że ta, która podpaliła Koran, została zabita [2].

Kiedy na początku maja ruszyła rozprawa, zebrane przez komisję dowody w ogóle nie były brane pod uwagę. Korzystano jedynie z wyników śledztwa przeprowadzonego przez policję. Ale też wątpliwe, by sędzia w ciągu paru dni - od początku procesu do wydania wyroku - był w stanie zapoznać się z kilkoma tysiącami stron akt. Przed sądem stanęło 49 mężczyzn, w tym 19 policjantów.

Zapadły cztery wyroki śmierci: dla dozorcy meczetu, dla agenta służb specjalnych, który zaraz po zajściu pochwalił się na Facebooku, że miał honor zadać Farchunde decydujący cios, dla jednego z kierowców, którzy wjeżdżali samochodami na słaniającą się już na nogach ofiarę, i dla pomocnika w pobliskim sklepie optycznym, który obrzucał Farchunde kamieniami, w tym takimi, które jemu samemu trudno było unieść. Ośmiu mężczyzn zostało skazanych na 16 lat. Jedenastu policjantów dostało wyjątkowo niską karę. Musieli przez rok pracować na tym samym stanowisku co dotąd i nie wolno im było podróżować [3].

Farchunde została oficjalnie uznana za męczenniczkę za wiarę, przyznano, że nie tylko nie zamierzała spalić Koranu, ale na dodatek słusznie wystąpiła przeciw tałiz.

Niestety kilku biorących jak najbardziej czynny udział w zajściu mężczyzn w ogóle nie zostało postawionych w stan oskarżenia. Między innymi kierowca toyoty, która ciągnęła ciało po ziemi, i kilku innych, których twarze są łatwo rozpoznawalne na nagraniu, w tym znany zapaśnik amator, posta bardzo popularna na kabulskiej starówce.

- Wydaje mi się, że ktoś z rządu dał im parasol ochronny. Niedługo po zajściu jakby rozpłynęli się w powietrzu, nawet nie próbowano ich szukać - podejrzewała Mahbuba.

Nikt nie był zadowolony z wyroku. Z jednej strony, biorąc pod uwagę, jaki wielki tłum atakował Farchunde i jak dobrze wszystko zostało udokumentowane, choćby na amatorskich filmikach robionych telefonami komórkowymi przez świadków, a często także przez samych sprawców, skazanie tylko 12 cywilnych osób wydawało się kpiną. Kary dla policjantów, którzy ewidentnie nie dopełnili swojego podstawowego obowiązku, też były śmiesznie niskie. Z drugiej strony w czasie procesu nie dochowano procedur. Każdemu z oskarżonych sędzia dał na wypowiedź dosłownie kilka minut. Większość z nich nie miała adwokatów, a nawet tych nielicznych obrońców nie powiadomiono o początku rozprawy. Ci, którzy się nie stawili, dowiedzieli się o niej z mediów.

Sąd apelacyjny obradował za zamkniętymi drzwiami. W lipcu ogłosił swój werdykt: jeden wyrok śmierci zamieniono na 10 lat więzienia, bo sprawca okazał się niepełnoletni, a pozostałe trzy na 20 lat więzienia. Uniewinniono sprzedawcę amuletów, który wykazał, że nie było go na miejscu zdarzenia, i jednego z policjantów [3]. Sąd najwyższy utrzymał wyrok sądu apelacyjnego [4].

Rodzina Farchunde musiała wyjechać z kraju. Zamieszkała w Tadżykistanie. Nad rzeką Kabul, koło miejsca, gdzie podpalono ciało Farchunde, stanął obelisk upamiętniający jej męczeńską śmierć. W kilku miejscach w pobliżu meczetu Szoche Do Szamszire afgańscy artyści namalowali murale z jej podobiznami [5].

[1] https://www.bbc.com/news/world-asia-32394188?fbclid=IwAR2KyU4YoZ9Ex2vRJDIudYlsOmeosrGcdmhgfGxaKSnefT8_QSEKEbxa6EU, [dostęp 18.11.2021].

[2] https://www.bbc.com/news/magazine-33810338, [dostęp 17.11.2021].

[3] https://www.nytimes.com/2015/12/27/world/asia/flawedjustice-after-a-mob-killed-an-afghan-woman.html?auth=login-google1tap&login=google1tap, [dostęp 17.11.2021].

[4] https://www.nytimes.com/2016/03/09/world/asia/afghanistan-

-farkhunda.html?searchResultPosition=2, [dostęp 11.02.2022].

[5] Co ciekawe, murale istnieją do dziś. Talibowie, w przeciwieństwie do wielu innych murali, tych akurat nie zamalowali. Za sprawdzenie tego dziękuję Jagodzie Grondeckiej. 

Posłuchaj:

DOSTĘP PREMIUM