"Zemsta Zacheuszka". Jak Władimir Putin poradził sobie z jedną z rosyjskich telewizji [FRAGMENT KSIĄŻKI]

"Grozą powiało w lutym 2000 roku po jednym z programów "Kukły", którego bohaterem było stworzenie z bajki (...) zatytułowanej Zacheuszek Cynobrem zwany, z niejasnych przyczyn od dawna bardzo popularnej w Rosji. W "Kukłach" lalka przedstawiająca owo stworzenie miała postać Putina. Treść bajki okazała się skandalicznie aktualna" - pisze w książce "Wowa, Wołodia, Władimir" wybitna polska reportażystka Krystyna Kurczab-Redlich, której kandydatura została w 2005 roku zgłoszona do Pokojowej Nagrody Nobla. Poniżej prezentujemy fragment książki.
Zobacz wideo

"Zemsta Zacheuszka"

Nie do zniesienia, doprawdy, była dla pełniącego obowiązki prezydenta Władimira Władimirowicza telewizja NTW. Nie dość, że jej korespondenci - w miarę możliwości - pokazywali prawdziwe dramaty wojny w Czeczenii, nie dość, że przytaczali uzasadnienia amerykańskiej i szwajcarskiej prokuratury oskarżającej o korupcję Rodzinę i jej najbliższe otoczenie, to jeszcze psuli atmosferę programami "Itogo" (Razem) i "Kukły" autorstwa Wiktora Szendierowicza, najinteligentniejszego kpiarza nie tylko w NTW, lecz chyba w całej ówczesnej Rosji. Ciekawe skądinąd, że prezydent Jelcyn jakoś przez lata znosił to satyryczne dokuczanie, afery zaczęły się dopiero za czasów pełniącego obowiązki prezydenta - Putina.

Grozą powiało w lutym 2000 roku po jednym z programów "Kukły", którego bohaterem było stworzenie z bajki Ernsta Theodora Amadeusa Hoffmanna (tego od Dziadka do orzechów) zatytułowanej Zacheuszek Cynobrem zwany, z niejasnych przyczyn od dawna bardzo popularnej w Rosji. W "Kukłach" lalka przedstawiająca owo stworzenie miała postać Putina. Treść bajki okazała się skandalicznie aktualna: otóż zaklęcie rzucone z litości przez dobrą wróżkę sprawia, że okropny maleńki Zacheuszek oczarowuje wszystkich wokół i robi karierę na dworze pomimo brzydoty i paskudnego charakteru. Cokolwiek się dzieje w pobliżu niego, a jest dobre, przypisuje się jego zasługom, każda zaś jego niegodziwość (a niczego innego nie popełnia) wydaje się ludziom czymś wspaniałym. Zacheuszek staje się ulubieńcem władcy kraju i jego córki.

Tajemnica czarodziejskiego powodzenia tkwi w trzech cynobrowych włoskach na łysej głowie. W programie Szendierowicza te trzy włoski były czesane czarodziejskim telewizyjnym grzebieniem. To, co potem nastąpiło, mogłoby z powodzeniem służyć za kanwę komedii politycznej, gdyby nie zgoła niekomediowy epilog.

W jednej z petersburskich gazet ukazał się list, podpisany przez rektora Uniwersytetu Leningradzkiego i dziekana tamtejszego Wydziału Prawa, zarzucający programowi "Kukły", że wywołuje "uczucie oburzenia i protestu i może służyć za wymowny przykład nadużywania wolności słowa". Według profesorów macierzystej uczelni Putina ich ucznia "próbuje się zniesławić ze szczególną złośliwością i zacietrzewieniem, nie licząc się z jego czcią i godnością. A ponieważ dzieje się to podczas wypełniania przez niego obowiązków służbowych [to znaczy obowiązków prezydenta - przyp. aut.], działania twórców "Kukieł" podpadają pod artykuł 316 kodeksu karnego Federacji Rosyjskiej"[1].

Dobrze poinformowana dziennikarka "Nowej Gaziety", Ałła Bossart, podzieliła się kremlowską plotką, iż "po obejrzeniu Zacheuszka prototyp bohatera ponoć oznajmił: "Ja go zamknę!". No, nie autora przecież, mamy wszak wolność słowa, ale sprawcę całego tego kramu"[2]. A sam Szendierowicz we wspomnieniowej książce Zdies’ było NTW… (Tu było NTW…) dodaje, że dotarło do niego, iż "t a m (spojrzenie wzwyż) szczególnie się obrazili za to, że bohater programu był niewielkiego wzrostu. Poraził mnie poziom polemiki. Czy we wzroście sprawa? Co za przedszkole! Zaprzecz metaforze! Udowodnij, że nie jesteś karłem w polityce ani produktem reklamy! W końcu nie mnie żartować na temat wzrostu - nie jestem wyższy od prezydenta"[3].

NTW sprawiła Putinowi jeszcze o wiele poważniejszy kłopot. Poszło o wysadzanie domów we wrześniu 1999 roku. Szczególnie dużo informacji dotyczyło zamachu, który się nie udał: w Riazaniu. Dziennikarze "Nowej Gaziety" udowodnili, że przy ulicy Nowsiełowa 11/14 mieszkańcy udaremnili prawdziwy atak terrorystyczny, a nie - jak twierdziły władze - planowe ćwiczenia, i że wszystkie przesłanki prowadzą do wniosku, iż ten zamach miał być przeprowadzony przez funkcjonariuszy moskiewskiego FSB[4]. Do tych samych wniosków doszli amerykańscy dziennikarze z "Baltimore Sun" i "Los Angeles Times". Sprawa stała się głośna na Zachodzie. Pojawiło się mnóstwo pytań kłopotliwych dla byłego dyrektora FSB, obecnie kandydata na prezydenta.

Władza nie reagowała. No bo jakaż jest siła oddziaływania jednej gazety, w dodatku - jak na Rosję - niskonakładowej (około 115 tysięcy)? Niewielka, a internet w roku 2000 stanowił tam jeszcze raczej mało popularną nowość, a poza tym gazety dopiero się przymierzały do swoich internetowych wydań. Więc artykułami w "Nowej Gaziecie" mogła być poruszona najwyżej inteligencja w większych miastach. Jej wściekłym prychaniem nikt by się na Kremlu nie przejął, gdyby tropem kolegów z prasy nie ruszył dziennikarz telewizji NTW Nikołaj Nikołajew, który przygotował reportaż Niezawisimoje rassledowanije. Riazanskij sachar (Niezależne śledztwo. Riazański cukier). Emisję zapowiedziano na 24 marca 2000 roku. Dwa dni przed wyborami.

Wedle relacji Igora Małaszenki, jednego z ówczesnych dyrektorów NTW, 23 marca w gabinecie Władimira Gusinskiego, właściciela holdingu Media Most, do którego należała stacja NTW, pojawił się kremlowski posłaniec Walentin Jumaszew, pomysłodawca projektu "Putin na prezydenta". "Przywiózł przestrogę, »sami wiecie od kogo«: Jeśli Riazanskij sachar zostanie wyemitowany, Gusinski może zapomnieć o przyszłości swojego kanału. A Putin przecież zwycięstwo ma gwarantowane. Jeśli reportaż nie będzie zdjęty z anteny, nowy prezydent już się z NTW policzy!"[5].

Riazanskij sachar pokazano. Mówili mieszkańcy domu, mówili pracownicy riazańskiego FSB, którzy stwierdzili, że w podłożonych workach znajduje się heksogen, a nie cukier, mówił snajper, który rozbrajał prawdziwy zapalnik zegarowy, a nie jakieś mityczne "ćwiczebne" bateryjki. Tłumaczenia osób urzędowych wypadły na tym tle nieporadnie, wręcz śmiesznie.

Wszystko to się działo w pewnej decyzyjnej pustce: bo nowo wybrany (26 marca 2000), ale niezaprzysiężony prezydent to jeszcze jakby nie całkiem prezydent, Jelcyn natomiast najwyraźniej usiłował przyhamować niszczycielskie zapędy swojego następcy i wysłał do niepokornych posłańca z gałązką oliwną, trochę tylko nadpaloną władczym gniewem. Tak więc w maju 2000 roku, niedługo przed wiekopomną inauguracją, z jednym z dyrektorów Media Mostu skontaktował się "nie najmniejszy - jak określa go Szendierowicz - kremlowski urzędnik" i przekazał mu kartkę z warunkami, po których spełnieniu "najazd" na NTW miał się skończyć. Należało więc zmienić politykę informacyjną o Czeczenii, zaprzestać ataków na Rodzinę, a przede wszystkim, warunek główny, usunąć z "Kukieł" Pierwszą Osobę. "Tak właśnie było napisane"[6] - podkreśla Szendierowicz.

Autorzy kukłę Putina usunęli, ale akcję następnego programu umieścili przy krzewie gorejącym z napisem "GB" (powszechnie używany skrót od KGB), tłumacząc, że to Gospod’ Bog. Wszyscy zachowywali się tak, jak gdyby nic się w polityce nie zmieniło, jakby dyktatorskie zapędy nowego władcy były tylko przemijającymi atakami gorączki, które można wyleczyć starymi domowymi sposobami. W obronie NTW pojawiały się listy i petycje, ludzie wychodzili na demonstracje, na których łzy mieszały się z deszczem, w obronę stacji zaangażował się osobiście Gorbaczow.

Ale wszystko to były kadry starego filmiku o rosyjskiej demokracji. Dla Rosji napisano już zupełnie inny scenariusz. Scenariusz kłamstwa totalnego.

Kiedy w niedzielę 7 maja na Kremlu Władimir Putin kładł dłoń na konstytucji, przysięgając stać na jej straży, nie wyłączył przecież artykułu 29, który gwarantuje "swobodę myśli i słowa" oraz "swobodę masowej informacji", ze szczególnym podkreśleniem w punkcie numer 5, że "cenzura jest zabroniona".

Tymczasem już parę dni później, 11 maja, złamał tę przysięgę, kiedy pacyfikowano Media Most w samiutkim centrum Moskwy, tuż przy pomniku Jurija Długorękiego na placu Puszkinskim, rzut beretem od Kremla. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Rosjanie przywykli do bandyckich porachunków, tym razem jednak wielkie chłopy w czarnych kominiarkach, patrzący na świat przez wąskie szczeliny na oczy, z automatyczną bronią komandosów w rękach, reprezentowali państwo: policję podatkową. Ona torowała drogę pracownikom prokuratury. Kto wydawał rozkazy, nie wiadomo, ale akcja przebiegała sprawnie: część uzbrojonych pchała pod ścianę zaskoczonych, niestawiających oporu pracowników, każąc im podnieść ręce, a niektórych dotkliwie turbując, część rzuciła się po trofea do szaf i komputerów, ładując ich zawartość do furgonetki.

O co chodzi, prokuratorzy wyjaśniali dość mętnie. Co ma do tego prezydent Putin?

Jakiś czas później, gdy dziennikarze spotkali się z nim w sprawie zamkniętego w Butyrkach dyrektora finansowego Media Mostu, Szendierowicz poprosił, by prezydent się zainteresował, dlaczego prokurator Ustinow "nie zabójcę i gwałciciela, lecz ojca małego dziecka trzyma w więzieniu o zaostrzonym rygorze i tygodniami torturuje przesłuchaniami wyłącznie w nocy". Prezydent odpowiedział: "A pan, Wiktorze Anatolijewiczu, chciałby, byśmy wrócili do czasów prawa działającego »na telefon«? Prokuratura w Rosji to

zgodnie z konstytucją instytucja absolutnie niezależna. Nieprawdaż?". "I jego szare oczy - pisze Szendierowicz - rzuciły w moim kierunku niesłychanej czystości niebieski blask"[7].

Prezydentowi Putinowi nic do rosyjskiej prokuratury. A że generalny prokurator Ustinow niedawno otrzymał w prezencie od Administracji Prezydenta mieszkanie warte 400 tysięcy dolarów, to czysty przypadek. Gusinskiego aresztowano 13 czerwca 2000 roku pod zarzutem "oszustwa na poważną skalę" i osadzono w więzieniu Butyrki. Tam odwiedził go minister do spraw prasy Michaił Lesin. Rezultat wizyty? Gusinski podpisuje dokument o przekazaniu większościowego pakietu akcji swojego holdingu Media Most (w jego skład wchodził kanał NTW, a także kilka znakomitych tygodników i codziennych gazet) medialnemu oddziałowi Gazpromu (utworzonemu ad hoc chwilę wcześniej) i w zamian za to odzyskuje wolność. Oczywiste, że umowę podpisał pod przymusem, i to fizycznym. Była to więc umowa bandycka. A jej stroną było państwo. Gusinskiego wypuszczono po trzech dniach. Niedługo potem wyjechał z Rosji.

Pewnego kwietniowego dnia następnego roku dziennikarzomstacji, którzy przyszli do pracy, zastąpili drogę uzbrojeni i zamaskowani wysłannicy nowej władzy. Od tego czasu telewizja używająca logo NTW znajduje się wśród programów fałszujących rzeczywistość, a w czasie wojny na Ukrainie (w 2014 roku - red.) wyspecjalizowała się w donosicielskich quasi-dokumentach, sporządzonych na podstawie fałszywych, spreparowanych przez FSB oskarżeń. Za ich sprawą wielu ludzi trafiło do więzienia[8].

Od tamtej pory trwa też nieustający show, w którego centrum - wedle słów uczestniczącego w pracach

jednego z rosyjskich kanałów telewizyjnych angielskiego dziennikarza Petera Pomerancewa - "znajduje się sam prezydent, postać stworzona z niczego, szara glina uformowana przez siłę telewizji"[9].

DOSTĘP PREMIUM