Kto już teraz może przesiąść się do elektrycznego samochodu? "Jeśli masz dom, garaż, siłę i 30 km do pracy..."

W jakim tempie samochody elektryczne będą tanieć? Bo to, że będą, jest pewne. Na co zwracać uwagę, jeśli planujemy zakup takiego auta? Dziennikarz i ekspert branży motoryzacyjnej wyjaśnia.
Zobacz wideo

Pandemia koronawirusa w pewien sposób wywróciła świat do góry nogami. Przyspieszyła też trendy. Okazało się, że wiele firm przeszło na pracę zdalną i efektywność na tym nie ucierpiała. Ta mała rewolucja nie ominęła też motoryzacji. - Przejście z napędu spalinowego na elektryczny czy hybrydowy - choć pewnie nie w całości i nie od razu - dokona się dużo szybciej, niż myśleliśmy - ocenia Artur Włodarski, dziennikarz motoryzacyjny. Duży wpływ może mieć na to właśnie tryb zdalny, szczególnie jeśli chodzi o zakup nowych samochodów. - Oczywiście, jeśli przerodzi się to w nawyk. Amerykańskie badania pokazują, że hamulcowymi w rewolucji napędowej są dealerzy samochodów, bo według nich elektryki psują im biznes. Między innymi generują mniej zysku z serwisu, bo nie wymagają go aż tyle. Redaktorzy amerykańskich portali dzwonili do dealerów w czasie pandemii i okazało się, że ci nie mają o nich zielonego pojęcia, a jeśli już coś wiedzą, to konfabulują na ich temat - mówił gość TOK FM.

Jednakże samo przyspieszenie rewolucji nie oznacza, że elektryki w pełni zastąpią tradycyjne samochody. Zdaniem Włodarskiego jesteśmy dopiero na początku tego procesu. - Przez ponad 100 lat nikt nie był specjalnie zainteresowany tym tematem, bo tak naprawdę mieliśmy w brud taniego paliwa i lobbyści dbali, aby rewolucja nie następowała. Ostatnie 10 lat to przyspieszenie, ale jeszcze niedawno na Elona Muska i jego Teslę patrzono jak na wariatów. To wszystko jest nowa historia - przekonywał dziennikarz.

Wady nadal są

A skoro produkt jest w miarę nowy, to nadal musi się zmagać z pewnymi przypadłościami wieku niemowlęcego. Stąd na razie nie ma co spodziewać się tego, że świat przesiądzie się na elektryki. Podstawowa wada to zasięg. - Jest raptem 8 modeli samochodów, które teoretycznie są w stanie przejechać 400 km na jednym cyklu ładowania. Jednak z mojego doświadczenia wynika, że przy swobodniej jeździe, jak spalinówką, do tego poziomu dojeżdżają 4 modele. To ciągle za mało. Natomiast są nadzieje, bo jeszcze parę lat temu tylko jedna firma chciała udoskonalać akumulatory, a teraz robią to wszyscy, bo muszą, gdyż wiele marek ma takie auta w ofercie - prognozował ekspert.

Druga poważna wada to ceny. Koszt produkcji samochodu elektrycznego nadal jest o 20-25 procent wyższy niż spalinowej wersji. - Chodzi głównie o akumulatory, czyli 30 procent ceny pojazdu. Używa się w nich metali ziem rzadkich oraz litu, a to drogie minerały. Do tego trzeba przecież mieć nowe line produkcyjne i zatrudniać nowych fachowców, bo know-how ze spalinówek ma tutaj niewiele do rzeczy - wskazywał gość TOK FM. Wyższy koszt produkcji przekłada się też na wyższą cenę w salonie. - Widać to na przykładzie modeli, które mają zarówno wersję spalinową, jak i elektryczną. Te drugie są o 20-25 procent droższe w salonach - dodawał Artur Włodarski.

Jednak pewnym pocieszeniem w tej kwestii może być to, że w sprawie cen tendencja wygląda na spadkową. Bo jak zauważa gość TOK FM, maleją koszty produkcji akumulatorów. - W 2010 roku wytworzenie 1 kW/h energii kosztowało 1000 dolarów, teraz w 2020 to 130-150 dolarów. Najważniejsze, żeby ten koszt spadł do 100 dolarów - to według ekspertów magiczna granica, od której elektryki będą kosztować nie więcej niż konwencjonalne napędy. Myślę, że za 2 czy 3 lata będą na tym samym poziomie - wskazywał Włodarski.

Polska elektrykami nie stoi i długo stać nie będzie

A jak sprawa z samochodami elektrycznymi wygląda w naszym kraju? Jeszcze kilka lat temu premier Mateusz Morawiecki obiecywał, że do 2025 r. na polskich drogach będzie milion aut elektrycznych. Mówiono też o budowie polskiego auta na prąd. Według Włodarskiego cała historia polskiego samochodu elektrycznego w najlepszym wypadku obrośnie w anegdoty. Natomiast faktycznie, od końca czerwca można starać się o rządowe dopłaty do zakupu aut o niekonwencjonalnym napędzie. Zdaniem gościa TOK FM najwięcej skorzystać mogą na tym drobni przedsiębiorcy. - W programie "e-Van" można się starać o dopłatę 70 tys. zł na jeden pojazd i do 5 tys. zł na instalację własnego punktu ładowania. Tych pieniędzy powinno wystarczyć na 1000 pojazdów, choć mam nadzieję, że to będzie odnowione jakoś w przyszłym roku - podkreślał Włodarski. Na dopłatach mogą też realnie skorzystać taksówkarze. - W tym przypadku dopłata wynosi do 25 tys. zł, ale trzeba przejechać rocznie 48 tys. km. Myślę, że 1200 taksówkarzy będzie mogło skorzystać z tej pomocy - wyliczał gość TOK FM.

Najmniej korzystna jest oferta dla "statystycznego Kowalskiego". Ten może liczyć na dopłatę rzędu ponad 18 tys. zł i jest to tylko połowa kwoty, która pojawiła się w zapowiedziach. - Wybór mocno nam się zawęża i ja osobiście nic dla siebie bym nie znalazł według tych kryteriów - przyznał ekspert. Jednakże wskazał, komu w tej chwili najbardziej opłacałoby się przejście na elektryczny czy hybrydowy samochód. - Jeśli mieszkamy w domu z garażem, w którym jest siła i jeździmy po 30 km do pracy i z powrotem, to ma to rację bytu, bo podróżujemy w zasadzie za pół darmo. W takich warunkach zakup elektryka ma sens już teraz - podsumował Włodarski.

Posłuchaj całej rozmowy!

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM