Zboralski o grupie "trzymającej pytania na prawo jazdy": Nawarstwione sieci interesów

Jeśli urzędnicy biorą udział w przygotowaniu prawa, tworzą jakieś ciało, a potem w nim zasiadają i dodatkowo zarabiają, to jest to co najmniej nieetyczne - mówił w TOK FM Łukasz Zboralski, redaktor naczelny portalu brd24.pl.
Zobacz wideo

Portal brd24.pl w artykule "Projekt Forsa+ w resorcie infrastruktury. Jak działa grupa trzymająca pytania na prawo jazdy" ujawnił, że w Ministerstwie Infrastruktury od lat działa komisja ds. oceny i układania pytań egzaminacyjnych na prawo jazdy. Co ciekawe, urzędnicy z tego resortu sami brali udział w tworzeniu prawa, które komisję powołało, a potem dzięki zapisom w rozporządzeniu dodatkowo w niej zarobkowali.

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

O tym, jak funkcjonowała komisja, opowiadał w TOK FM Łukasz Zboralski, redaktor naczelny portalu. – W 2013 roku urzędnicy doszli do słusznego wniosku, że należy ujednolicić bazę pytań na egzamin na prawo jazdy. Bo one były porozrzucane w różnych instytucjach. Tylko nikt nie przypuszczał, że tworząc ustawę na ten temat, urzędnicy zapewnią sobie w niej pracę. Co więcej, ci sami urzędnicy później tworzyli rozporządzenie dotyczące zarobków w tejże komisji – opowiadał Zboralski.

Jak tłumaczył dziennikarz, w rozporządzeniu ustalono, że w komisji zasiadać będzie do 35 pracowników, a każdy miał dostawać pieniądze za przygotowanie pytania czy jego przetłumaczenie. W ciele tym znalazły się również osoby delegowane z resortu infrastruktury, na stanowiska przewodniczącego i sekretarza. – Mechanizm wynagradzania tych członków funkcyjnych jest najciekawszy. Oni dostawali pieniądze nawet nie za pytanie, tylko analizę jakieś części składowej zagadnienia. Na przykład: za każdy scenariusz wchodzący w skład pytań przewodniczący komisji dostaje 10 zł, a sekretarz – 4 zł. Za każdą wizualizację i opis tak samo – wyliczał Zboralski i dodawał, że dzięki temu takie osoby w komisji mogły zarobić znaczne kwoty. - Liczby scenariuszy, opisów oraz układanych i weryfikowanych pytań szły w tysiące. Przez 5 lat wydatki na wynagrodzenia z tej komisji to ponad 733 tysiące złotych – podkreślał gość TOK FM.

Zaznaczył, że sprawa jest rozwojowa, bo "to nie jedyna komisja w tym ministerstwie, która działa w taki sposób”. - Jestem na tropie kolejnych. Uważam, że jeśli urzędnicy biorą udział w przygotowaniu prawa, a potem zasiadają w ciele, które pozwala im dzięki temu zarabiać, to jest to co najmniej nieetyczne. (…) Dlaczego w Polsce tak trudno dbać o drogi? Po pierwsze, to strach polityków przed wyborcami, który trochę ustępuje. Po drugie, to niechęć urzędników do działania. A po trzecie widzimy, że jak poskrobiemy pod spodem to odkryjemy nawarstwione sieci interesów, które i w tej sferze nie pozwalają nam nic zmienić – podkreślał Zboralski.

Urzędnicy boją się konkretów

W tym kontekście dziennikarz recenzował też projekt nowego narodowego programu bezpieczeństwa ruchu drogowego. Jego zdaniem jest on rozczarowujący. - Pierwsze taki dokument to jeszcze czasy ministra Sławomira Nowaka. Zapisaliśmy, że chcemy np. zredukować liczbę ofiar i ciężko rannych wypadkach. Celów nie zrealizowaliśmy nawet w połowie. Teraz po 10 latach ten projekt pełen jest ogólnych sformułowań. Tak jak poprzedni. Po dekadzie nie możemy sobie pozwolić na ogólne dyrdymały, tylko czas przyjąć konkretne plany. Wiemy, co osiągnąć i jakie mamy narzędzia do tego - mówił Zboralski. 

Zapisano w nim między innymi, że trzeba powołać Narodową Agencję Bezpieczeństwa Transportu. - Już rząd PO-PSL wydał milion złotych na analizę Banku Światowego na temat BRD. Wskazano, że brakuje nam instytucji wiodących w tym zakresie. Od dekady się mówi o jej powołaniu i nic się nie dzieje. Przez lata nic w tej sprawie nie zrobiono - ocenił gość TOK FM. 

W jego ocenie w projekcie brakuje też konkretnych rozwiązań w sprawie np. nadzoru nad kierowcami, czy zmiany taryfikatora mandatów, których stawki są nieadekwatne do dzisiejszych zarobków. - Urzędnicy zajmują się bezpieczeństwem ruchu drogowego w sferach rządowych po prostu nie chcą zapisywać w tych planach konkretów, bo potem można byłoby ich łatwo z tego rozliczać - podsumował ekspert. 

DOSTĘP PREMIUM