Radiolog pilnie poszukiwany. Rośnie liczba badań, ale nie ma kto ich opisywać

W całym kraju szybciej dostaniemy się na badanie rezonansem magnetycznym czy tomografię komputerową, za to na wyniki trzeba czekać dłużej. Wszystko przez braki kadrowe.
Zobacz wideo

Od 1 kwietnia w całym kraju minister zdrowia zniósł limity na badania obrazowe - czyli rezonans magnetyczny i tomografię komputerową. Pacjenci zadowoleni, eksperci bili brawo, placówki zacierały ręce, bo taka decyzja oznaczała, że można przyśpieszyć badania, zmniejszyć kolejki i ktoś im za wszystkie procedury zapłaci. Zmiana jest bez wątpienia potrzebna, ma jednak nieoczekiwane skutki. Niestety, sytuacja wygląda lepiej jedynie w oficjalnych stanowiskach.- To, że robi się więcej badań, nie oznacza, że radiologów przybyło. Niestety brakuje nam osób, które mogłyby takie badania opisywać - mówi w rozmowie z TOK FM Piotr Gołaszewski, dyrektor śródmiejskiego centrum klinicznego przy Szpitalu Bródnowskim w Warszawie

To oznacza, że choć maleje grupa osób czekających na badanie, to systematycznie wzrasta liczba tych oczekujących na wynik. Ich jednak w kolejkach już nie widać. Bo jak się okazuje, w Narodowym Funduszu Zdrowia nikt nie prowadzi statystyki dotyczącej oczekiwania na opis.

Statystyki to nie wszystko

Tylko na Mazowszu we wrześniu wykonano o ponad trzy tysiące rezonansów więcej niż w marcu. To oznacza, że kolejka pacjentów "stabilnych" (wg. NFZ to taki pacjent, który 'nie znajduje się w stanie nagłym i nie został zakwalifikowany do kategorii medycznej "przypadek pilny"') skróciła się z 6 miesięcy do niewiele ponad 4 (ze 181 dni w marcu do 127 we wrześniu). 

- Zakładaliśmy, że zwiększy się liczba wykonywanych badań i ich dostępność dla pacjentów. To się udało osiągnąć - mówi wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński.

Tyle, że w wielu placówkach, szczególnie tych mniejszych, które zwiększyły liczbę badań, oczekiwanie na opis może trwać nawet do dwóch miesięcy. To oczywiście skrajny przypadek ze szpitala powiatowego w centralnej Polsce, ale to obrazuje, jak statystyki dotyczące kolejek mogą mieć mało wspólnego z rzeczywistością. - To, że zniesiemy limity na badania to nie znaczy, że będziemy zdolni szybciej stawiać diagnozę - mówi doktor Małgorzata Gałązka-Sobotka z uczelni Łazarskiego i dodaje, że w istocie badanie kończy się dopiero z chwilą otrzymania przez lekarza opisu, bo na tym zależy medykowi. 

- Jeszcze kilka lat temu na opis czekało się dwa tygodnie. Dzisiaj, mam osobiste doświadczenia w tym zakresie, czeka się od czterech do pięciu tygodni - mówi Gałązka-Sobotka.

Dyrektor Gołaszewski ze Szpitala Bródnowskiego dodaje, że od jakiegoś czasu oczekiwanie na opis systematycznie wydłuża się, a próby pozyskania dodatkowych radiologów kończą się niepowodzeniem - Mamy kompletny brak chętnych do zespołu opisującego - mówi. 

Warto jednak zaznaczyć, że czas oczekiwania na opis wzrasta przy badaniach w trybie zwykłym. Badania "na cito' w większości placówek, z którymi kontaktował się nasz reporter, są opisywane dość sprawnie, a więc tu pacjenci mogą poczuć poprawę, bo i kolejki zmalały.

Są potrzebni, więc się cenią

Są pojedyncze placówki, które mocno nastawiły się na strumień pieniędzy z badań obrazowych. Tu nie tylko kolejki zmalały, ale i nie czeka się na opis. Kłopot polega na tym, że musiały zatrudnić za wszelką cenę specjalistów. I zapłacić im - czym nie chwalą się chętnie, bo boją się, że kolejni zażądają jeszcze więcej. - Chcą takich kwot, że zaczyna to być groteska, a dyrektorzy i tak prześcigają się w oferowaniu wyższych stawek - słyszymy w dyrekcji jednego z warszawskich szpitali.

Inny dyrektor prywatnej palcówki, która ma kontrakt z NFZ twierdzi, że radiolog na wejściu chce teraz 50 procent więcej, niż to, co zarabiał jeszcze kilka miesięcy temu.

Profesor Andrzej Urbanik kierownik Katedry Radiologii Collegium Medicum UJ w rozmowie z TOK FM przyznaje, że te oczekiwania - szczególnie młodych lekarzy - nie zawsze idą w parze z ich umiejętnościami i doświadczeniem. Zaznacza, że wśród radiologów wielu jest też starszych ludzi, którzy albo osiągnęli wiek emerytalny i nadal pracują, albo niebawem go osiągną. To oznacza, że sytuacja kadrowa może być jeszcze gorsza. 

Radiologa podkupię 

W Polsce jeszcze niedawno było mniej niż trzy tysiące radiologów. Tych sprawnych, doświadczonych zdecydowanie mniej. Braki sprawiają, że na rynku zaczęła się bitwa. - Ministerstwo nie posiada informacji na temat tego, ilu radiologów brakuje - to odpowiedzialność dyrektora szpitala. Takich informacji żaden z nich do ministerstwa nie przekazywał. Obowiązek zabezpieczenia personelu spoczywa na dyrektorze szpitala - mówi w rozmowie z TOK FM wiceminister zdrowia Janusz Cieszyński  

Dyrektorzy przebijają więc stawki. Jeden da 20 złotych więcej na godzinę. Inny da 50. Stawki oczywiście zależą od specjalisty i konkretnej sytuacji w danym regionie. Profesor Urbanik mówi, że prywatne podmioty starają się podbierać radiologów publicznym.

Szefowa grupy LuxMed Anna Rulkiweicz na antenie TOK FM w programie "EKG" zapytana o to, jakie są deficytowe specjalizacje lekarzy, na pierwszym miejscu wymienia właśnie radiologów. - Ten zawód przez wiele lat był niedoceniany i powstała nam luka – tłumaczyła i dodała, że potrzebni są ludzie, którzy będą badania opisywali zdalnie.

Radiolog na telepracy?

Resort zdrowia przyznaje, że sposobem na usprawnienie tego procesu jest teleradiologia. Obowiązują już przepisy, które umożliwiają dokonywanie opisów na odległość. Pacjent ma robione badanie. Lekarz dostaje plik z obrazem i z dowolnego miejsca robi opis. Tak można lepiej organizować pracę dla wielu podmiotów. 

- Umożliwiliśmy korzystanie z teleradiologii, ale to nie jest proces, który uda się wdrożyć z dnia na dzień. Warto zauważyć, że prywatne placówki szybciej dostosowały się do zmieniających się warunków, co może wskazywać, że istotna jest też wewnętrzna organizacja - przekonuje wiceminister Janusz Cieszyński.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM