Ekspert o koronawirusie: Zarażenie nie bierze się z brudu, tylko z kontaktu. I musi on być bliski

Wirusy są dużo starsze niż człowiek. W szybkim tempie potrafią przystosować się do nowego środowiska - mówił w TOK FM prof. Włodzimierz Gut, wirusolog.
Zobacz wideo

Epidemia koronawirusa zabiła już w Chinach co najmniej 213 osób, a zakażenia potwierdzono u prawie 10 tys., z czego ponad 1,5 tys. przypadków określono jako ciężkie. U ponad 15 tys. osób podejrzewa się zakażenie, a ponad 100 tys. osób poddano obserwacji. Wirus, którego pierwszy przypadek stwierdzono w 11-milionowym Wuhan, przedostał się do wszystkich prowincji i regionów ChRL, a także do kilkunastu krajów świata, w tym do Wielkiej Brytanii, Niemiec, Francji i Finlandii. Jak dotąd nie pojawiły się jednak doniesienia o zgonach poza Chinami kontynentalnymi.

Profesor Włodzimierz Gut, wirusolog i ekspert w Głównym Inspektoracie Sanitarnym, tłumaczył, w jaki sposób wirus może przenosić się między ludźmi. - To się nie bierze z brudu, tylko z kontaktu z zarażoną osobą. I ten kontakt musi być bliski. Przyjęto, że to nieco poniżej metr, około 90 cm, czyli jednego jarda – mówił prof. Gut. Opisywał też dokładnie, co służby zrobią w przypadku zgłoszenia zarażenia koronawirusem. - Okres jego wylęgania to około 5 dni. My przez 14 dni – dla bezpieczeństwa – przechowujemy takiego delikwenta w "zamrażarce", żeby nie wyniósł choroby na zewnątrz. Jeśli po wyjściu ktoś zachoruje, to wtedy my wchodzimy w kontakt ze wszystkimi, z którymi mógł się zetknąć. Po to są te dokumenty na lotniskach, w których podajemy, gdzie jedziemy i co zamierzamy robić w danym kraju - wyjaśniał ekspert.

Paweł Sulik dopytywał, czy chińskie władze robią dobrze, decydując się na odcięcie od świata Wuhan, gdzie epidemia wybuchła. Prof. Gut nie podjął się takiej oceny, natomiast zaznaczył, że to kwestia "kulturowa". - Izolacja zależy właśnie od akceptacji społecznej. Zbyt ostra panika może spowodować ucieczkę. Tak było podczas katastrofy w Bhopalu w Indiach [na skutek wypadku z fabryki pestycydów uwolnił się do atmosfery trujący gaz, który zabił kilkanaście tysięcy osób - red.] Najpierw pojawiły się informacje, że to dżuma i ponad dwa tysięcy lekarzy i policjantów zniknęło z miasta i rozjechało się po świecie. Gdyby to było faktycznie to, co podejrzewano, to byłaby to olbrzymia klęska – przekonywał ekspert.

Podał jeszcze jeden przykład z Chin z czasu epidemii SARS kilkanaście lat temu. - Wówczas dwóch osobników z innej grupy etnicznej uznało, że ich kwarantanna nie wynika z przyczyn zdrowotnych, a politycznych. Uciekli i roznieśli wirus na świat – mówił prof. Gut.

Wirus umiera wraz z nosicielem

Ekspert opowiadał też, w jaki sposób funkcjonują wirusy. Podkreślał, że są one żywe wyłącznie w żywym organizmie, a poza nim dość szybko giną. - Pamiętajmy przy tym, że wirusy są dużo starsze od człowieka. Szybko dostosowują się do kolejnych organizmów, jednak dość rzadko przełamują bariery międzygatunkowe. Jeśli tak się staje, to znaczy, że kontakt był bardzo długi – wskazywał prof. Gut. Przypominał także "starą zasadę" w kwestii wirusów. - One giną razem z gospodarzem, więc nie mogą być dla niego zbyt zabójcze. I z drugiej strony, jeżeli dla organizmu nie jest zabójczy, to znaczy, że kontakt był długi. Spójrzmy na liczby. Mamy około 10 tysięcy zarażeń, a w tej chińskiej prowincji mieszka 17 milionów ludzi. Ten koronawirus był tam od pokoleń i teraz zyskał szansę na wyjście na zewnątrz – przekonywał profesor.

Jego zdaniem każda populacja ma swoje choroby, z którymi nauczyła się żyć. - Podam przykład Odry. W Europie to choroba dzieci, a kiedy dotarła do Ameryki, to była zabójcza dla Indian, którzy nie mieli z nią wcześniej do czynienia. – podsumowywał prof. Włodzimierz Gut.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie:

DOSTĘP PREMIUM