Koronawirus we Włoszech. "Złapał przyczółek w Europie i zaraża"

Zdaniem dr. Pawła Grzesiowskiego z Centrum Medycyny Zapobiegawczej i Rehabilitacji w Warszawie Polacy powinni być mentalnie przygotowani na pojawienie się koronawirusa w naszym kraju. - Wyobraźmy sobie, że na przykład jutro Warszawa czy każde inne miasto dostaje podobny sygnał, jak we Włoszech. Nagle wszyscy zostajemy w domach, nie idziemy do pracy, dzieci nie idą do szkoły, zaczynamy żyć w mieście zamkniętym. To się może wydarzyć - ostrzegał.
Zobacz wideo

Z powodu koronawirusa we Włoszech zmarło już siedem osób, a około 270 jest zarażonych. Prowadzący Pierwsze Śniadanie w TOK-u Piotr Maślak zastanawiał się, czy tak szybkie rozprzestrzenienie się wirusa w europejskim kraju, oznacza, że pojawienie się zachorowań w Polsce jest tylko kwestią czasu. 

- To trudne pytanie, ponieważ nie wiemy wszystkiego o ognisku we Włoszech. Nie wiemy, którędy wirus się tam rozprzestrzenił - odpowiadał dr Paweł Grzesiowski z Centrum Medycyny Zapobiegawczej i Rehabilitacji w Warszawie. Ekspert zwrócił uwagę, że jeszcze kilka dni temu, liczba osób zarażonych we Włoszech nie odbiegała od sytuacji w innych krajach europejskich. Jak tłumaczył, wcześniej ogniska choroby powstawały, ponieważ do europejskiego kraju przyjeżdżał ktoś, kto był wcześniej w Chinach. - W tej chwili w ciągu trzech dni liczba przypadków (we Włoszech - red.) z 20 wzrosła do ponad 150. Widać, że gdzieś wirus przełamał już tę barierę zachorowań wyłącznie dotyczących osób, które były w Chinach. Chorują już ludzie, którzy tam nie byli - podkreślał dr Grzesiowski.

Wśród osób zakażonych, które zdiagnozowano we Włoszech, są takie, które - jak zapewniają - nie miały kontaktu z ludźmi podróżującymi do Chin.  - Znaczyłoby to, że wirus złapał przyczółek w Europie i zaraża - stwierdził gość TOK FM. 

Koronawirus we Włoszech. W jaki sposób doszło do rozprzestrzenienia się wirusa?

Ekspert próbował odtworzyć sposób, w jaki we Włoszech doszło do tak gwałtownego rozwoju zachorowań. - Gdybyśmy próbowali sobie wyobrazić, co się wydarzyło, to pewnie gdzieś koło środy ubiegłego tygodnia musiało zarazić się kilka lub kilkanaście osób, które rozjechały się w różnych kierunkach, w tych kilku prowincjach włoskich. I w tej chwili już od tych osób zaraziły się nowe. Pytanie, czy Włosi są w stanie zastosować tak drastyczne metody jak Chińczycy - zastanawiał się specjalista. Przypomnijmy, że 11-milionowy Wuhan, gdzie pojawiły się pierwsze przypadki zachorowań, już od ponad miesiąca jest miastem zamkniętym. A to nie jedyny przypadek wdrożenia radykalnych rozwiązań przez chińskie władze.

Dr Paweł Grzesiowski zwrócił również uwagę, że wiele osób wybrało się do Włoch na urlop. - W tej chwili ci ludzie wracają do swoich krajów. Czy nie doszło do przeniesienia wirusa w takich okolicznościach? Gdyby tak było, to każdego dnia do Polski mógł ten wirus już dotrzeć, wraz z powracającymi, chociażby z wakacji - stwierdził. 

Ekspert nie ma wątpliwości, że powinniśmy zachować czujność, ale nie panikować. Jego zdaniem musimy być po prostu "przygotowani mentalnie" na pojawienie się koronawirusa w Polsce.  - Wyobraźmy sobie, że na przykład jutro Warszawa czy każde inne miasto dostaje podobny sygnał, jak we Włoszech. Nagle wszyscy zostajemy w domach, nie idziemy do pracy, dzieci nie idą do szkoły, zaczynamy żyć w mieście zamkniętym. To się może wydarzyć - mówił, podkreślając jednocześnie, że wyobrażenia niektórych o tym, że choroba wywoływana przez koronawirusa jest tak ciężka jak ospa, są zdecydowanie przesadzone.

Koronawirus. Problemem będą zablokowane szpitale

Dr Paweł Grzesiowski przypominał, na grypę corocznie umiera w Europie kilkadziesiąt tysięcy osób. Ale zaznaczył równocześnie, że nowy wirus jest około 15 razy bardziej niebezpieczny.  - Raz, że nie ma szczepionki, dwa, że częściej wywołuje zapalenia płuc - wyliczał. I tłumaczył w rozmowie z Piotrem Maślakiem, że tak naprawdę co innego jest największym problemem. - Około 1/4 chorych może mieć stan, który wymaga hospitalizacji. Tego się najbardziej obawiamy. Że szpitale się "zatkają". System ochrony zdrowia nie będzie w stanie przyjąć nagle 2-3 tysięcy chorych z zapaleniem płuc; osób, które będą miały szanse na przeżycie, jeśli udzieli się im dobrej pomocy. (...) Tu jest ten lęk, że jeśli duża liczba chorych trafi nagle na oddziały intensywnej terapii, to po kilku dniach będziemy musieli ogłosić to, co Chińczycy na początku, że brakuje miejsc w szpitalach - przestrzegał. I podkreślił, że jego zdaniem problem ten jest obecnie zmartwieniem wszystkich rządów. 

Całej rozmowy posłuchaj wygodnie dzięki aplikacji TOK FM. Pobierz i testuj przez dwa tygodnie za darmo.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM