Przeszli przeszczep. "Obiecałem sobie, że jeśli przeżyję, to spiszę swoje doświadczenia dla innych biedaków"

Książkę "Ku pokrzepieniu wątrób, trzustek, nerek i serc" napisało czterech autorów, wśród nich dwóch ekonomistów - wykładowców Uniwersytetu Marii Curie - Skłodowskiej w Lublinie. Przekonują, że choroba i przeszczep nie oznaczają wyroku - to proces i operacja, których zakończenie ratuje i przedłuża życie.
Zobacz wideo

Głównym pomysłodawcą książki był profesor Zbigniew Pastuszak, ekonomista, dyrektor Instytutu Nauk o Zarządzaniu i Jakości, wcześniej dziekan. Był rok 2016, gdy dowiedział się, że jest chory. Okazało się, że będzie potrzebował przeszczepu wątroby. - Nie chorowałem, nie miałem jakichś niepokojących objawów. Poza tym, że znajomi mówili mi, że jestem pięknie opalony. A ja przecież nie byłem na wyjeździe do ciepłych krajów. To mnie rzeczywiście zastanowiło - opowiada. Tak zaczęło się życie z chorobą, która ostatecznie doprowadziła do przeszczepu.

"Patrząc wtedy z mojego niewygodnego łóżka na I piętrze Kliniki Chirurgii Ogólnej i Transplantacyjnej (...), pomyślałem, że nie jestem ani pierwszym, ani też - niestety - ostatnim człowiekiem, który ma poważny problem zdrowotny. Nie wiedziałem, czy przeżyję (po całkowitym uszkodzeniu wątroby pacjent może przeżyć ok. 70 godzin), a jeśli przeżyję, to w jakiej kondycji będę, co z rodziną, pracą, kredytami, itd. Ale obiecałem sobie, że - jeśli będę mógł - moje doświadczenia spiszę, aby choć trochę pocieszyć innych biedaków, którzy będą przeżywać to, co ja i moja rodzina" - czytamy w książce*.

Książka, która powstała, pokazuje, jak przejść przez chorobę, nie załamać się i wyzdrowieć, na ile się da. Autorzy opisują swoje doświadczenia z perspektywy pacjentów, który nie do końca wiedzą, co ich czeka.

Pierwszy przeszczep nie doszedł do skutku

W przypadku profesora Zbigniewa Pastuszaka sytuacja była poważna, bo parametry wątrobowe okazały się bardzo mocno przekroczone. Mimo to, jako organizator dużej konferencji w Neapolu, zdecydował się na nią pojechać. - Nie wyobrażałem sobie, by mogło mnie tam nie być - opowiada. Wyszedł ze szpitala na własne żądanie, a lekarze wpisali w dokumentach - jak mówili, dla prokuratora - że pacjent odmawia leczenia. Nie odmawiał, chciał się leczyć, ale... za dłuższą chwilę. Wrócił z konferencji słaby, z jeszcze większymi problemami zdrowotnymi i niemal natychmiast wylądował w szpitalu.

Pierwszy zaplanowany u profesora przeszczep nie doszedł do skutku - okazało się, że organ został zdyskwalifikowany. "Rzadko przeżywamy taki rodzaj rozczarowania. Nagły spadek poziomu endorfin w organizmie. Jeszcze przed chwilą buzowały, zapewniając, że jutro obudzisz się zdrowy, a tu bach! Trzeba uzbroić się w cierpliwość i czekać. Czekać oczywiście na dawcę, czyli czekać na czyjąś śmierć i pozytywną decyzję jego rodziny" - pisze profesor.

Oczekiwanie trwało dwa tygodnie. W końcu okazało się, ze jest. "Grupa krwi się zgadza, inne parametry też. Telefon do rodziny z radosnymi wieściami, kilka godzin oczekiwania i... dyskwalifikacja. Takie sytuacje powtórzyły się jeszcze raz lub dwa (...) Ciągłe oczekiwanie w szpitalu wypala człowieka. Jednak organizm jest tak skonstruowany, że nie pozwala żyć przez wiele dni na najwyższych obrotach, gdy każde otwarcie drzwi do szpitalnej sali przyspiesza bicie serca. W końcu przychodzi zmęczenie i człowiek nabiera przekonania, że trzeba popłynąć z falą, spokojnie czekać na rozwój wypadków". W końcu dawca się znalazł, przeszczep się udał, profesor ma się świetnie, wrócił do normalnej pracy. Publikuje, uczy studentów.

Więcej czasu dla siebie i rodziny

Drugi z autorów, dr Roman Asyngier, to też ekonomista, z tego samego wydziału na uczelni w Lublinie. W jego przypadku nie chodziło jednak o wątrobę, a trzustkę. Czuł się coraz gorzej, ból stawał się nie do zniesienia, a lekarze nie do końca wiedzieli, co się dzieje. - Tak naprawdę diagnozowanie mnie trwało dziewięć miesięcy. Odczuwałem ból, wyniki się pogarszały i chyba codziennie, coraz bardziej zdawałem sobie sprawę, że sytuacja jest naprawdę niedobra - mówi nasz rozmówca. - Ale starałem się traktować to, jako coś co utrudnia mi życie, ale nie może całkowicie mi go zdezorganizować. Dlatego normalnie pracowałem, prowadziłem zajęcia ze studentami. I dopiero po kilku miesiącach, pod koniec wakacji zdałem sobie sprawę, że dłużej się tak nie da - opowiada Roman Asyngier. W jego przypadku - obyło się bez przeszczepu, choć sytuacja była bardzo poważna. Dziś wrócił do zdrowia.

"Pracuję, jak też pracowałem przed chorobą, tzn. dużo. Postępując zgodnie z własnym sumieniem czuję jednak, że priorytety są inne niż przed chorobą. (...) Ma więcej czasu dla siebie i dla rodziny. Weekendowe wypady na Polesie albo Roztocze realizujemy niezmiennie, gdy tylko aura na to pozwala. Apogeum wypadów zawsze przypada na wiosnę, gdy kwitnie najwięcej rzadkich kwiatów w rezerwatach(...) W góry, jak jeździliśmy, tak jeździmy, wspaniale spędzając czas" - czytamy w książce, w rozdziale dr. Romana Asyngiera.

"Cieszę się, że ta książka powstała. Pacjenci i ich bliscy znajdą w niej praktyczne porady ma trudny czas, prawdziwe pokrzepienie i otuchę, a dla personelu medycznego będzie ona innym spojrzeniem na bliski i jednocześnie odległy świat chorego człowieka" - napisała dr Dorot Miszewska - Szyszkowska, lekarz transplantolog, nefrolog.

* Fragmenty z książki: "Ku pokrzepieniu wątrób, trzustek, nerek i serc, czyli jak zachorować, przejść przez chorobę i wyzdrowieć, na ilę się da". Autorzy: Zbigniew Pastuszak, Roman Asyngier, Kamila Belczyk - Panków i Artur Popek.

DOSTĘP PREMIUM