"Chory nie może się dopchać, żeby przetoczyć mu krew". Koronawirus nie sprawił, że inne schorzenia zniknęły

W zalewie informacji o koronawirusie i w natłoku liczb mówiących o kolejnych przypadkach zakażeń zapominamy, że mamy również inne problemy ze zdrowiem. Nierzadko bardzo poważne. - Miałem sprawę chorego, który nie może się dopchać do tego, żeby mu przetoczyć krew, a jego hemoglobina jest już na pograniczu wskazań życiowych - mówił w TOK FM prof. Wiesław Jędrzejczak.
Zobacz wideo

W Polsce zanotowano już kilkaset przypadków zakażenia koronawirusem, który nie schodzi z czołówek mediów. Zagrożenie zdominowało życie wszystkich - ze względu na zamknięte szkoły, ograniczenia w ruchu, kontrole na granicach, ograniczenie funkcjonowania urzędów, kin, teatrów, restauracji... Jednak goście audycji OFF Czarek w TOK FM podkreślali, że wciąż chorujemy też na inne dolegliwości, a choroby przewlekłe nie zniknęły z dnia na dzień. Tymczasem pacjenci, których dotykają, borykają się z coraz większymi problemami.

- Rocznie mamy w Polsce 70 tys. udarów mózgu. Taki pacjent powinien się znaleźć w szpitalu w ciągu 3 godzin, żeby w ciągu 4,5 godziny można było zastosować - jeżeli to jest udar niedokrwienny - leczenie trombolityczne, które rozpuści skrzep - tłumaczył prof. Jerzy Kotowicz, neurolog, rektor Mazowieckiej Uczelni Medycznej. 

- Kiedy nie będzie już karetek, bo będą zajęte przewożeniem chorych z koronawirusem, to pacjenci z udarem nie dostaną jedynego skutecznego leczenia. Mówię również o innych przypadkach - wskazywał. Jako przykład podał chorych z padaczką. - Gwarantem tego, że nie będzie napadów, jest stały poziom leków we krwi. Prywatne przychodnie postanowiły zamknąć się na czas najczęściej dwóch tygodni. Ludzie, którzy mają padaczkę, nie mają skąd wziąć recept - tłumaczył. Podobny problem dotyczy też innych chorób, np. choroby Parkinsona.

Duże sieci prywatnych przychodni na swoich stronach apelują, by korzystać z telemedycyny i ograniczyć pojawianie się w placówkach. Zapewniają, że również przez internet można uzyskać e-receptę i e-zwolnienie. Jednak eksperci, z którymi rozmawiał Cezary Łasiczka, zwracają uwagę, że nie w każdym przypadku ta droga się sprawdzi. Zwłaszcza jeśli chodzi o chorych, co do których trzeba zdecydować o tym, jak dalej ich leczyć lub w ogóle zdiagnozować.

- Codziennie liczymy nowych zarażonych koronawirusem, natomiast co robić z innymi pacjentami, którzy wymagają nowej diagnostyki, bo nagle zachorowali albo potrzebują dalszego leczenia? Większość placówek się w tej chwili zamyka. Prywatne placówki w Warszawie, dentyści nie przyjmują, rehabilitanci także, sanatoria. Wydawało mi się, że jak jest problem epidemiologiczny, to w pierwszym szeregu walki są przedstawiciele służby zdrowia, a nie że oni uciekają ze względu na trochę wyolbrzymiony strach przed zarażeniem siebie i swoich najbliższych. Trudno jest człowiekowi choremu zrozumieć, dlaczego placówka, do której chodził, jest zamknięta - mówił prof. Kotowicz.

TU ZNAJDZIE SIĘ REKLAMA

Parawojenny tryb działania

Dlatego eksperci apelowali, by "zdjąć koronę z koronawirusa". Inaczej coraz częściej będziemy mieli do czynienia z sytuacjami takimi, jaką opisał prof. Wiesław Jędrzejczak, hematolog, onkolog kliniczny z warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. - Miałem sprawę chorego, który nie może się dopchać do tego, żeby mu przetoczyć krew, a jego hemoglobina jest już w granicach 7 gram na dcl, więc na pograniczu wskazań życiowych. To są problemy niezależne od potrzeb pacjentów związanych z zakażeniem koronawirusem. I muszą zostać zabezpieczone - tłumaczył. 

Jego zdaniem, sytuacja, w jakiej znalazła się służba zdrowia, jest czymś zupełnie nowym, zwłaszcza dla młodszego pokolenia lekarzy. Prof. Jędrzejczak użył określenia "parawojenny tryb działania". - Czyli ona [służba zdrowia - red.] ma zabezpieczyć daną populację pod względem wszystkich potrzeb, które w tej populacji istnieją. A to jest sposób działania, do którego ci ludzie nie byli kształceni, ani nie mieli z nim kontaktu. W odróżnieniu od ludzi z naszego pokolenia - tłumaczył. Jak dodał, jako absolwent Wojskowej Akademii Medycznej, miał zajęcia z zabezpieczania epidemii. 

Wszystkiego brakuje

Inna kwestia jest taka, że personelu medycznego zwyczajnie zaczyna brakować, a zadań przybywa. Ktoś musi chociażby segregować pacjentów tak, by chorzy z koronawirusem nie mieszali się z innymi. - W Szwecji skierowano do tego personel lotniczy, aktualnie bezrobotny - wskazał prof. Jędrzejczak. Kolejna sprawa to przeniesienie pacjentów ze szpitali wyłączonych do leczenia zakażonych i przemianowanych na zakaźne. - Te szpitale muszą przekazać gdzieś swoich pacjentów. To musi być zrobione w sposób zorganizowany, bo to są zwykle chorzy przewlekle, którzy muszą mieć ze sobą całą dokumentację, a nie tylko imię, nazwisko i PESEL - tłumaczył z kolei prof. Kotowicz.

A już kolejną sprawą jest wyposażenie oddziałów w odpowiednie materiały, przede wszystkim środki ochrony osobistej. - Siostra oddziałowa w klinice, w której pracuję, powiedziała, że dostała 200 maseczek. To liczba niewspółmierna do bieżących potrzeb, bo tam jest odwrotna izolacja, chorzy po przeszczepach - tłumaczył prof. Jędrzejczak. - To jest kompromitacja gospodarki rynkowej. Maseczka to cztery sznurki i kawałek materiału. Dlaczego nie można w ciągu kilku dni zarzucić miliardami sztuk całego kraju? Nie rozumiem tego - zastanawiał się.

- Będziemy mieć więcej chorych z koronawirusem, ale to wciąż jest kilkaset osób w stosunku do 38 mln ludzi - to jest istotnie bardzo mała liczba. Pamiętajmy, ilu w Polsce jest chorych przewlekle. Pierwsze miejsce zajmują choroby sercowo-naczyniowe - wskazywał prof. Kotowicz. W Polsce na niewydolność serca choruje ok. 700-800 tys. osób. Według statystyk, co 9 minut ktoś umiera właśnie na serce. Eksperci pytani, co się stanie, jeżeli trwający teraz stan się przedłuży, nie mieli wątpliwości. - Czeka nas katastrofa jeśli chodzi o choroby przewlekłe - stwierdził prof. Kotowicz.

Posłuchaj całej rozmowy Cezarego Łasiczki:

DOSTĘP PREMIUM