Lekarz ze szpitala MSWiA w Warszawie: Dramatyczne wybory się pojawią, gdy zapełnią się miejsca na OIOM-ie

Szpital przy ul. Wołoskiej to jedna z placówek jednoimiennych, w całości został zamieniony na miejsce leczenia chorych z koronawirusem. Pojawiły się informacje, że w placówce już nie ma miejsc, choć do szczytu zachorowań daleko. Lekarz, z którym rozmawiał reporter TOK FM, mówi, że mają luksus stosowania procedur i odpowiednio dużo sprzętu, a personel szkoli się z obsługi respiratorów.
Zobacz wideo

Lekarz z którym rozmawialiśmy, pracuje na jednym z oddziałów zajmujących się chorymi z COVID-19. Woli pozostać anonimowy.

Lekarz: Pewnie pan dzwoni zapytać o te pogłoski, że u nas nie ma miejsc dla chorych na COVID?

Michał Janczura TOK FM: Też. Słyszałem, że to stan przejściowy, ale nie mam pojęcia, co to znaczy.

Dokładnie tak jest, to stany przejściowe. To wszystko wynika z tego, że musimy się dostosować do liczby chorych. Mamy ekipy remontowe u siebie, które muszą postawić śluzy. Fizycznie są więc stawiane ściany działowe, potem to trzeba jeszcze zatwierdzić. Mówiąc obrazowo, szpital jest podzielony na dwie części. Diagnostyczną i drugą dla zakażonych. Teraz ta diagnostyczna jest zmniejszana, a coraz bardziej powiększamy część zajmowaną dla osób z potwierdzonym zakażeniem. Stąd chwilowe przestoje na przystosowanie.

To ile jeszcze jest miejsc?

Nikt tego dokładnie nie oceni z perspektywy jednego oddziału, ale myślę, że na razie szpital jest obłożony w około 60 procentach. Choć, jak mówiłem, te miejsca dla chorych są systematycznie uwalniane. Chciałbym jeszcze jedno podkreślić. To, że oddział miał np. sto miejsc przed epidemią, nie oznacza, że teraz można tam położyć sto osób.

Z czego to wynika?

Z wielu powodów, ale taki najprostszy, to choćby dostęp do tlenu. Załóżmy, że oddział ma 50 miejsc. Tylko połowa ma dostęp do tlenu, bo w normalnych warunkach, gdy osób z dolegliwościami płuc było kilka, to absolutnie wystarczało. Dziś musi być to zabezpieczone, bo choroba tego wymaga. 800 miejsc, o których się mówi w szpitalu w normalnych warunkach, to dzisiaj fikcja.

Rozumiem, że na razie nie stajecie przed tymi najgorszymi wyborami, kogo podłączyć pod respirator, a kogo nie? 

Na razie nie, ale musi pan wiedzieć, że pierwsze dramatyczne wybory się pojawią, gdy się zapełnią miejsca na oddziale intensywnej terapii. A do tego dojdzie, to jest więcej niż pewne. Tak się stało we wszystkich krajach, które osiągnęły określony poziom chorych. Ci chorzy będą musieli być leczeni na oddziałach, które nie są w pełni dostosowane. Jak respiratory zaczną zjeżdżać do nas na oddziały zachowawcze... Powiem tak: ja już zacząłem robić sobie szkolenie z obsługi respiratora, choć to nie wynika z mojej specjalizacji, bo nie jestem anestezjologiem. Wszyscy je sobie robimy i będziemy musieli sobie jakoś radzić. Tak jak w tych memach - jak nie chcesz, żeby ginekolog obsługiwał twój respirator, to zostań w domu.

Widzicie, co się dzieje w innych szpitalach - personel zdziesiątkowany, narzekający na brak sprzętu. Ile u was osób zachorowało?

Nic nie wiem o takim przypadku, choć wszystkiego mogę nie wiedzieć. Na początku nasze pielęgniarki strasznie się bały, a ja im mówiłem: zobaczycie, jeszcze będziemy zadowoleni, że jesteśmy w szpitalu jednoimiennym. Trochę się to potwierdza. Sprzętu nam wystarcza, jesteśmy przeszkoleni i chyba najważniejsze: każdego pacjenta traktujemy jak zakażonego od samego początku. Pewnie w innych szpitalach ze względu na brak sprzętu nie mogą sobie na to pozwolić.   

Czyli co, jest sprzęt, są procedury i da się?

Tak, myśmy zostali postawieni w wygodnej pozycji.  To nie wynika z tego, że my jesteśmy mądrzy, a ci z innych szpitali nie. My dostajemy taką liczbę pacjentów, jaką możemy przyjąć, nikt nam chorego nie położy na korytarz, a wiemy, jak to wygląda gdzie indziej. To nie jest wina ludzi, tu się ujawnia niedofinansowanie służby zdrowia.

Macie już kilkuset pacjentów. Jest jakaś polska specyfika przechodzenia koronawirusa?

Nie ma żadnej polskiej specyfiki. Potwierdza się, że osoby starsze przechodzą zakażenie zdecydowanie ciężej, ale reguły nie ma. W naszym szpitalu zmarł 37-latek, o którym tak mówiło się głośno. Wszyscy w szpitalu mocno to przeżywali. Prawdopodobnie nie miał innych chorób. Umiera młody facet i nawet lekarzom dobitnie to pokazuje, że to z czym walczą, jest niebezpieczne.

Osoby otyłe, palące papierosy gorzej przechodzą chorobę?

Jeśli chodzi o palenie papierosów, to tak. Jeśli chodzi o otyłość, to taka już patologiczna może mieć znaczenie, ale nie jestem w stanie powiedzieć, czy jest jakaś zależność między wagą pacjenta a śmiertelnością.

Jak personel sobie radzi?

Wie pan, staramy się być dla siebie mili i na razie to wszystko działa. Najgorsza jest rozłąka z rodziną. Ja musiałem wysłać bliskich za miasto. Niektórzy się izolują w miejscach zapewnionych przez szpital. Jeszcze inni nie mieli wyboru i wracają do domów, bo muszą zająć się bliskimi. Wydaje mi się, że też dlatego każdy inaczej to znosi, ale atmosfera na razie jest dobra.

A pacjenci w izolacji?

Osoby, u których stwierdzono koronawirusa, nie są same na salach. Leżą zazwyczaj po dwie osoby. Technologia pomaga. Mają telefony i kontakt z rodzinami. Z nami też kontaktują się za pomocą telefonów, wiele rzeczy tak ustalamy, a jak jest potrzeba, to oczywiście wchodzimy do środka. Był też w szpitalu jeden pacjent z zapędami na "covidcelebrytę"(śmiech) wrzucał jakieś filmiki do sieci. Ludziom to pomaga. Muszę przyznać, że pacjenci są zdyscyplinowani, poza tym karygodnym przypadkiem osoby, który wyszła ze szpitala po alkohol. Ciężko mi o tym mówić, bo nie wiem, jak do tego doszło. Pozostaje mieć nadzieję, że nikogo nie zaraził.   

Posłuchaj w Aplikacji TOK FM:

DOSTĘP PREMIUM