"Nie dajmy się zwariować. Siedzenie w domach i niezdrowe jedzenie sprzyjałyby rozwojowi innych chorób"

- Kraje, które przeszły większe ognisko epidemiczne mają po 100, a nawet 200 tysięcy potwierdzonych zachorowań - mówi dr Paweł Grzesiowski. Dopytywany, czy nas też to czeka - odpowiada krótko: "no pewnie, tylko w perspektywie kilku miesięcy". Nie jest jednak przeciwnikiem znoszenia obostrzeń. - Jeśli będziemy to robić powoli, rozważnie, to zachoruje codziennie może 500 a nawet 700 osób, ale nie będzie kataklizmu, w którym zachoruje 10 tysięcy ludzi dziennie - dodaje.
Zobacz wideo

W wielu państwach Unii Europejskiej koronawirus jest już w odwrocie. W Polsce jednak wciąż trzyma się nieźle. Jak przekazała w ostatnim tygodniu dyrektor Europejskiego Centrum do spraw Zapobiegania i Kontroli Chorób Andrei Ammon - jesteśmy jednym z czterech państw Wspólnoty, w których epidemia utrzymuje się na stabilnym poziomie. Obok nas pozostaje Rumunia, Szwecja oraz wliczana wciąż do tego grona Wielka Brytania.

W Polsce liczba nowych potwierdzonych przypadków zakażenia koronawirusem lawiruje wokół 300. W czwartek (7 maja) wynosiła 324, w środę 311, w poniedziałek 313, ale we wtorek (5 maja) liczba nowych zachorowań sięgnęła aż 425. To drugi najwyższy przyrost dobowy od początku epidemii - po odnotowanych 19 kwietnia rekordowych 545 nowych przypadkach. Patrząc więc na liczby, nic nie wskazuje na to, by koronawirus planował szybko od nas odejść.

Dr Paweł Grzesiowski ekspert w dziedzinie profilaktyki zakażeń, w rozmowie z nami przypomina jednak, że w Polsce COVID-19 pojawił się później niż w wielu innych krajach. - Jesteśmy opóźnieni o miesiąc w stosunku do krajów Europy Zachodniej. Przez to, że w dużej mierze byliśmy zamknięci w domach, to wirus nie miał kogo zarazić. Teraz powoli wychodzimy z ukrycia i jeśli zaczniemy się gromadzić w zamkniętych pomieszczeniach, to ryzyko przenoszenia wirusa wzrośnie - mówi. Podkreśla, że liczba nowych przypadków na razie nie może spadać. - Przecież mamy w tej chwili dopiero początek tej fali. Kraje, które przeszły większe ognisko epidemiczne mają po 100, a nawet 200 tysięcy potwierdzonych zachorowań - podaje. Dopytywany, czy nas też to czeka - odpowiada krótko: "no pewnie, tylko w perspektywie kilku miesięcy".

Dr hab. Ernest Kuchar, pediatra i specjalista chorób zakaźnych z Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego zwraca z kolei uwagę, że w Polsce wciąż jest mniej zakażeń niż w kilku innych krajach o podobnej lub mniejszej liczbie ludności. Jako przykład podaje m.in. Portugalię (blisko 27 tysięcy zachorowań i 1105 ofiar*) czy Irlandię (ponad 22 tysiące zakażeń i ponad 1400 zgonów**). - Poza tym należy pamiętać, że rozszerzamy diagnostykę. Więcej wykrywamy z racji większej dostępności diagnostyki i testów - podkreśla.

Do tej pory w Polsce odnotowano 15200 zachorowań na koronawirusa i 756 zgonów***.

Szczyt miał być na przełomie kwietnia i maja

Jeszcze kilka tygodni temu część ekspertów i polityków przewidywała, że tak zwany szczyt zachorowań może nastąpić na przełomie kwietnia i maja lub w maju. Według dra Grzesiowskiego tak by było, gdyby wirus rozprzestrzeniał się między ludźmi w sposób zupełnie niekontrolowany. - Ale schowaliśmy się wszyscy przed wirusem w naszych domach i spowolniliśmy falę epidemiczną. O to przecież chodziło, żeby nie zabrakło miejsc w szpitalach i respiratorów - mówi.

Choć od pojawienia się pierwszego przypadku koronawirusa w Polsce (4 marca) minęło już ponad dwa miesiące - wciąż jesteśmy przed szczytem. Jak mówił ostatnio w wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" minister zdrowia Łukasz Szumowski - "wskaźnik zakażeń mamy obecnie na poziomie 1, czyli jedna osoba zakaża jedną osobę". - Oznacza to chwiejną równowagę. Albo znowu pójdziemy w górę, albo pójdziemy w dół - przewidywał. Mimo niepewnej sytuacji, rząd "luzuje" pewne ograniczenia. Już od kilku tygodni otwarte są parki i lasy. Teraz dodatkowo możemy już udać się na zakupy do galerii handlowych, bibliotek czy muzeów. Działają hotele, rząd wydał zgodę na otwarcie żłobków i przedszkoli. Nie było też - tak wyraźnego jak przed świętami - ostrzeżenia, by na majówkę zostać we własnym domu.

Rząd "luzuje" obostrzenia. Nie za wcześnie?

Dr Ernest Kuchar, pytany czy po "poluzowaniu" obostrzeń nowych zakażeń będzie więcej przyznaje, że "z tym trzeba się liczyć". I uprzedza, że choć zbliżające się lato sprzyja walce z koronawirusem i wszelkimi innymi chorobami przenoszonymi drogą kropelkową, to jesienią może nadejść tzw. druga fala COVID-19.

Z drugiej strony zaznacza, że gdyby pewne rządowe ograniczenia nie zostały złagodzone, ludzie i tak zaczęliby wychodzić z domu, bo obciążenie psychiczne spowodowane przymusową kwarantanną dla niektórych powoli robiło się nie do zniesienia.

- Poza tym, nie dajmy się zwariować, bo lekarstwo może okazać się gorsze od choroby. W Polsce umiera miesięcznie 30 tysięcy ludzi. Głównie umierają na choroby sercowo-naczyniowe i nowotwory. To jest średnio tysiąc ofiar dziennie, więcej niż na koronawirusa od początku epidemii - zaznacza nasz rozmówca. I przestrzega, że dalsze siedzenie w domach i brak ruchu - połączony z niezdrowym jedzeniem - sprzyjałby rozwojowi innych chorób, na przykład miażdżycy. - Dlatego to zamknięcie już dłużej nie mogło być kontynuowane - podsumowuje.

Dr Paweł Grzesiowski przewiduje, że przy rozważnym odblokowywaniu kolejnych dziedzin gospodarki i życia społecznego z zachowaniem procedur bezpieczeństwa, możemy ograniczyć liczbę zachorowań, ale ich nie unikniemy. - Teraz trzeba po prostu wyjść i powiedzieć ludziom: "Mamy opracowany plan, że dziennie będzie nie więcej niż 500 nowych zakażeń, a nasze szpitale mają tyle wolnych łóżek i tyle wolnych respiratorów. Nie zablokował się system ochrony zdrowia, wszystkim wam zdołamy pomóc". Oczywiście nie jesteśmy w stanie zapobiec wszystkim przypadkom, w tym śmierci, bo przebieg choroby wskazuje na to, że organizm ulega autodestrukcji, której nie umiemy powstrzymać. Ale tak czy inaczej możemy powiedzieć, że nikt nie zostanie bez pomocy - mówi. Jego zdaniem, takie postawienie sprawy dawałoby ludziom większe poczucie pewności, że ktoś panuje nad całą sytuacją i jeśli będzie trzeba, to wyjdzie i powie, że szpitale się zablokowały, więc znów musimy na pewien czas zamknąć się w domu.

Dr Grzesiowski sytuację z koronawirusem porównuje do powodzi. - Wiedzieliśmy że nadchodzi fala powodziowa, zamknęliśmy tamę, woda się spiętrzyła, a teraz tama trzeszczy w szwach, ale jakoś jeszcze funkcjonuje. Teraz musimy otworzyć śluzę i zacząć spuszczać wodę, żeby nasza tama nie pękła. Wiadomo, że ta woda coś zaleje, ale nie zniszczy całego kraju. Tak samo jest z epidemią. Jeśli powoli, rozważnie będziemy znosić obostrzenia, to zachoruje codziennie może 500 a nawet 700 osób, ale nie będzie kataklizmu, w którym zachoruje 10 tysięcy ludzi dziennie - wyjaśnia. Zastrzega też, że do tego konieczne są ścisła współpraca z epidemiologami, celowane badania przesiewowe, codzienna analiza sytuacji w całym kraju, aby jak najszybciej rozpoznać początek niekontrolowanej epidemii. - I wtedy konieczne będzie przywrócenie ograniczeń. Zamykanie i otwieranie śluzy to precyzyjna robota - podsumowuje.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

* dane z czwartku 7 maja

** dane z czwartku 7 maja

*** dane z piątku 8 maja

DOSTĘP PREMIUM