W podciśnieniu i pełnym rynsztunku ochronnym. Reporterka TOK FM weszła do laboratorium, w którym wykrywa się koronawirusa. I zapytała o testy komercyjne

Najwyższy stopień ochrony, mnóstwo procedur i "pułapki", które mają sprawdzać czujność współpracowników. Reporterka TOK FM Małgorzata Waszkiewicz weszła do laboratorium, w którym przeprowadza się testy na koronawirusa. By wyobrazić sobie, jak to wygląda, posłuchaj jej reportażu.
Zobacz wideo

Pierwszy krok to wymaz. Pracownicy szpitali lub ratownicy medyczni pobierają materiał z nosogardła pacjenta. Widzieliśmy ten obrazek na wielu zdjęciach pojawiających się wciąż w mediach. Potem oznaczają próbkę, która trafia do sanepidu. Tam materiał jest katalogowany i rozdzielany do poszczególnych laboratoriów. Jednym z nich jest Instytut Łukasiewicza - PORT Polski Ośrodek Rozwoju Technologii we Wrocławiu.

Laboratorium. Tu się wykrywa koronawirusa

Do tego laboratorium wstęp mają tylko diagności. Panuje tam reżim sanitarny: wejście tylko w kombinezonach, goglach, rękawiczkach i maskach. Laboratoria są oddzielone od korytarza śluzą, w większości pomieszczeń panuje dodatkowo podciśnienie, które chroni osoby poza laboratorium. Naukowcy pracują w specjalnych komorach laminarnych.

W Campusie Pracze, w covidowym laboratorium, pracuje 12-osobowy zespół diagnostów. Są to doświadczeni biolodzy, biotechnolodzy, immunolodzy, chemicy i analitycy medyczni. Wszyscy to ochotnicy. - To wyjątkowy czas. Ja na co dzień pracuję z wirusami. Zgłosiłam się, bo mam kwalifikacje i mogę to dobrze zrobić. Skoro potrzebna jest pomoc, to pomagam - mówi dr Agnieszka Węgrzyn, immunolog, kierownik Medycznego Laboratorium Diagnostycznego PORT.

Laboratorium bada wymazy pobrane od pacjentów szpitalnych oraz osób w izolacji i kwarantannie. Wspiera w ten sposób sanepid, który dostarcza mu próbki do testów. - Najpierw wykonywana jest izolacja materiału genetycznego wirusa. Potem testy molekularne. To najbardziej wiarygodna z dostępnych obecnie metod - tłumaczy immunolog.

Dziennie mogą wykonać ponad 200 testów. Cały proces, od momentu dostarczenia próbek do wydrukowania wyników, trwa 6-7 godzin.

Posłuchaj całego reportażu Małgorzaty Waszkiewicz:

Komercyjne testy na koronawirusa. Czy to ma sens?

- Przyjdzie czas, gdy każdy będzie mógł zrobić sobie komercyjny test, na własną rękę. Mam jednak duże wątpliwości. Uważam, że test należy robić wtedy, gdy są uzasadnione powody - mówi dr Andrzej Dybczyński, dyrektor Instytutu Łukasiewicza - PORT.

- Dlaczego? - dopytuje reporterka reporterka TOK FM.

- A gdybym zaproponował Pani zrobienie testu? Pobralibyśmy od pani wymaz, zapłaciłaby pani 500 lub 600 złotych, nasi diagności zaczęliby analizować materiał. Co by pani robiła w tym czasie?

- Czekałabym.

- Gdzie? Tu? - dopytuje dyrektor.

- No pewnie w domu, po drodze zrobiłabym zakupy na obiad - odpowiada reporterka.

- W tym czasie zaraża się pani w sklepie koronawirusem, a my dostarczamy pani negatywny wynik testu - wyjaśnia absurd tej sytuacji Andrzej Dybczyński.

Na argument, że przecież wykonujemy testy na grypę, szybko pada kontrargument. - Pytanie kiedy i dlaczego je robimy. Czy dlatego, że mamy powody? Czy może dlatego, że jesteśmy ciekawi, boimy się lub mamy na to pieniądze? - pyta retorycznie dyrektor.

Czy komercyjne testy na koronawirusa mogą się więc stać maszynka do zarabiania pieniędzy, opartą na ludzkim strachu? - Gatunek ludzki ma wiele różnych słabości. Historia uczy, że jest w stanie zarabiać pieniądze na wszystkim - kwituje Andrzej Dybczyński.

A już w niedzielę 17 maja - o godzinie 7.20 - w Radiu TOK FM rozmowa z dr Matyldą Kłudkowską, Wiceprezeską Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych, m.in. na temat testów i reportażu Małgorzaty Waszkiewicz

DOSTĘP PREMIUM