"Wszystkich, którzy nie wierzą w koronawirusa, zapraszam do nas". To tam trafiają najcięższe przypadki

Profesor Mirosław Czuczwar z Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii w Lublinie przestrzega, nie ma co ulegać złudnej nadziei, że koronawirus szybko zniknie. - To są lata, a nawet dekady - twierdzi. I dodaje, że dziś najważniejsze to stosować się do określonych zasad.
Zobacz wideo

Był już moment, w maju, czerwcu, gdy pacjentów w ciężkim stanie na Oddziale Intensywnej Terapii praktycznie nie było. Dziś znowu są i wymagają pomocy - respiratora, czy terapii nerkozastępczych, u tych osób, u których wirus spowodował takie spustoszenie, że doszło do niewydolności wielonarządowej. To seniorzy, ale coraz częściej też młodsi pacjenci (40-50 lat). - Zapraszam do siebie do kliniki wszystkich tych, którzy nie wierzą w koronawirusa. Najgroźniejszy mit jest taki, że choroba nie istnieje, bądź jest czyimś wymysłem - mówi Mirosław Czuczwar, z Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Klinicznego przy ul. Staszica w Lublinie. 

Profesor mówi wprost: wirus jest i ma się dobrze

Wirus nie zniknął, jak twierdzą niektórzy. - Nie rozumiem ludzi, którzy publicznie demonstrują choćby niechęć do noszenia maseczek, czy organizują jakieś pseudonaukowe konferencje, że wirusa nie ma. Jeśli ktoś w to wierzy i tego słucha, to - przykro mi - to świadczy tylko o tej osobie - mówi z przekonaniem profesor.

Przyznaje, że przebieg zakażenia koronawirusem bywa bardzo ciężki, ale - jak tłumaczy - leczenie nie różni się zasadniczo od leczenia choćby najcięższych przypadków grypy. - Prawda jest taka, że strach, panika, ostracyzm społeczny - wynikają z efektu nowości. Jeśli stosujemy się do ogólnie przyjętych w epidemii zasad - unikamy dużych skupisk ludzkich, nie narażamy się na styczność z osobami chorymi, szczepimy się - to wirus przestaje być tak groźny - tłumaczy nasz rozmówca.

Obostrzenia są mało sexy?

- W pandemii jest jeden problem - wszystkie te obowiązujące obostrzenia są mało sexy. Każdy wolałby pójść na wesele czy na koncert, potem przyjąć cudowną tabletkę i być wyleczonym niż po prostu przestrzegać określonych zasad. A tu leku nie ma - i jeszcze długo nie będzie. Takie prace wymagają lat, a nawet dekad - dodaje profesor. Tłumaczy, że obecnie w przypadku Covid-19 dostępne są jedynie leki, które potrafią co najwyżej złagodzić objawy choroby.

- Problemem jest dziś hurraoptymizm na temat różnych doniesień medycznych. Że gdzieś pojawiła się przełomowa terapia, niesamowite metody, jakiś nowy superlek. Złudną nadzieją jest to, że w krótkim czasie zostanie odkryte panaceum. Bo to się jeszcze nigdy nie udało. Proces tworzenia jakiejkolwiek terapii to proces długotrwały, kosztowny, angażujący mnóstwo sił i środków - dodaje nasz rozmówca.

Na Oddziale Intensywnej Terapii - naprawdę ciężkie przypadki

To u profesora na Oddziale Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Klinicznego przy ul. Staszica w Lublinie leżał m.in. pierwszy na Lubelszczyźnie pacjent z koronawirusem. Jego stan był bardzo poważny. Pan Piotr spędził w szpitalu sześćdziesiąt dni, z czego 2,5 tygodnia w śpiączce

Pacjenci, którzy trafiają na ten oddział, to osoby, których stan zdrowia jest najpoważniejszy. - Większość chorych w czasie pobytu na oddziale nie jest w stanie się komunikować absolutnie z nikim. By mogli znieść np. podłączenie rurki do tchawicy, wymagane jest podanie im leków usypiających i przeciwbólowych - mówi profesor.  Rodzina nie ma z chorym kontaktu - ze względu na koronawirusa nie ma mowy o odwiedzinach, choćby na krótką chwilę.

Ale lekarze i na to znaleźli sposób. Wykorzystują nowoczesne technologie. Pan Piotr, który był pierwszym lubelskim pacjentem z koronawirusem, tuż po wybudzeniu mógł zobaczyć najbliższych. Profesor połączył go z rodziną za pomocą internetowego komunikatora. - To zawsze jest ogromna radość - po jednej i po drugiej stronie - słyszymy.

- Na razie nie wiemy, co będzie jesienią. Możemy śledzić sytuację, wprowadzać określone ograniczenia, ale najważniejsze jest to, co zrobią sami obywatele. Ja osobiście staram się nie prowokować wirusa - unikam dużych skupisk, noszę maseczkę, wakacje spędziłem w Polsce, z dala od ludzi, bez ścisku. Warto pamiętać, że wirus do rozprzestrzeniania się potrzebuje dużej grupy ludzi. Wystarczy jedna zakażona osoba - tłumaczy profesor Mirosław Czuczwar.

W wielu krajach Europy, m.in. w Czechach, Francji, na Ukrainie liczba zakażonych rośnie. W Polsce w środę było 600 przypadków. Eksperci przestrzegają jednak, że te liczby z każdym dniem mogą być wyższe.

DOSTĘP PREMIUM