Rekordowa liczba zakażeń. "Jeśli nic z tym nie zrobimy, za dwa tyg. będziemy mieć 5 tys. przypadków dziennie"

- To nie jest tak, że zaczęliśmy się zarażać na ulicy, przypadkowo w sklepie, tylko mamy w tej chwili znacznie większe nasilenie krążenia wirusa w społeczeństwie i jeśli z tym nic nie zrobimy, to za dwa tygodnie będziemy mieli pięć tysięcy przypadków dziennie - przestrzegał w TOK FM immulonog dr Paweł Grzesiowski. Jak zaznaczył, wówczas z pewnością zostanie zablokowany system opieki zdrowotnej.
Zobacz wideo

W piątek Ministerstwo Zdrowia poinformowało, że badania laboratoryjne potwierdziły zakażenie koronawirusem u kolejnych 1587 osób. To rekordowa liczba zakażeń odnotowanych w ciągu doby w naszym kraju. Rzecznik resortu zdrowia Wojciech Andrusiewicz skomentował dane oceniając, że "jest to wynik naszego powrotu do normalności, do codziennego funkcjonowania w otaczającej nas rzeczywistości". 

Z takim stwierdzeniem zdecydowanie nie zgodził się na antenie TOK FM dr Paweł Grzesiowski immunolog, prezes Fundacji Instytut Profilaktyki Zakażeń. - Uważam, że jest to po prostu absurdalne wytłumaczenie tej całej sytuacji. W tej chwili bardzo gwałtownie wzrosła liczba zachorowań w tzw. małych grupach, czyli nie mamy dużych ognisk epidemicznych, więc wirus przeniknął po prostu do społeczeństwa - stwierdził ekspert, wyjaśniając, że jako miejsca zakażeń widzi głównie szkoły, transport miejski czy spotkania towarzyskie. - To  wszystko powoduje, że wirus zaczyna się znacznie szybciej przenosić - podkreślił. 

Nie słuchasz podcastów? To dobry czas, by zacząć. Dostęp Premium za 1 zł!

Prowadząca program Karolina Lewicka dopytywała więc, czy winni są po prostu obywatele, którzy przestali przejmować się obecnością wirusa i nie stosują maseczek ani nie zachowują dystansu. 

- Niekoniecznie, dlatego że są środowiska i są miejsca, gdzie my nie jesteśmy w stanie pracować cały czas w maskach i dystansie. Weźmy chociażby szkoły, które są miejscem, gdzie dzieci mogą przenosić wirusa całkowicie bezobjawowo i być może właśnie te liczne małe ogniska zachorowań jedno- czy dwuosobowe, wręcz punktowe zachorowania są wywołane zakażeniem od dzieci - wyjaśniał specjalista, podkreślając, że wciąż czekamy na dokładne dane, które mówiłyby, skąd wzięły się zakażenia. - Bo przecież te dane są w systemie, tylko czekamy, żeby ktoś je ujawnił - podkreślił.

Dr Grzesiowski zaznaczył także, że obecnie w kilkudziesięciu szpitalach są kilku- lub kilkunastoosobowe ogniska. - Wiemy, że zakłady pracy również dostarczają zakażeń. Więc to nie jest tak, że myśmy po prostu zaczęli się zarażać na ulicy, przypadkowo w sklepie, tylko mamy w tej chwili znacznie większe nasilenie krążenia wirusa w społeczeństwie i jeśli z tym nic nie zrobimy, to za dwa tygodnie będziemy mieli pięć tysięcy przypadków dziennie - przestrzegł, dodając, że wówczas z pewnością zablokowany zostanie system opieki zdrowotnej. 

Co można zrobić, aby zaradzić sytuacji?

Andrzej Duda oznajmił w piątek, że "jest wzrost zachorowań, ale cały czas panujemy nad tą pandemią, nie ma dzisiaj żadnego zagrożenia wybuchem, jest wzrost, który był przewidywany i prawdopodobnie możemy się spodziewać, że do połowy października mogą być jeszcze wzrosty, tak mnie informowano, a spodziewamy się od połowy października wypłaszczenia".

- Ja kompletnie nie rozumiem, jaki miałby być mechanizm tego wypłaszczenia. Wiemy, że w tej chwili wskaźnik reprodukcyjności wirusa wynosi ok. 1,5, co oznacza, że każde 100 osób zaraża 150. Jak się to ma w ciągu trzech tygodni wypłaszczyć samoczynnie, nie bardzo rozumiem - skomentował słowa prezydenta gość TOK FM. 

Aby odpowiednio zarządzać epidemią, według specjalisty zmienione powinny zostać zasady określania czerwonych stref, do których obecnie nie mają szansy zakwalifikować się powiaty wielkomiejskie. - To są miasta, gdzie mamy duże zagęszczenie ludności i żeby Warszawa stała się strefą czerwoną trzeba dwóch tysięcy zachorowań dziennie. Bo mamy bardzo dużo ludzi na małej powierzchni, dlatego ten powiat nie osiągnie przez długi czas granicy 12 zakażeń na 10 tysięcy - argumentował. Dr Grzesiowski uważa więc, że do oceny sytuacji w powiatach wielkomiejskich powinien być wprowadzony inny algorytm decyzyjny, a strefa żółta lub czerwona wprowadzona szybciej niż w reszcie kraju. 

W jego opinii problematyczny jest również obecny system testowania. Od 9 września lekarze rodzinni kierują na testy tylko osoby mające wszystkie cztery objawy zakażenia koronawirusem jednocześnie. - 1 procent zakażonych według naszych obliczeń ma naraz gorączkę, kaszel, utratę węchu oraz duszność. Więc jeśli w ten sposób blokujemy tak naprawdę dostęp pacjentom do badań, to jaki jest sens? Przecież te osoby nie będąc przebadane dalej mogą wychodzić z domu, nie są w izolacji (...), a więc będę zarażać. To jest zupełnie moim zdaniem irracjonalne rozwiązanie - zaznaczył. 

Jego zdaniem nietrafiony jest także pomysł skrócenia kwarantanny z 14 do 10 dni oraz brak przeprowadzenia testu na koniec kwarantanny. - Wylęganie wirusa trwa do 14 dni. Czyli mamy margines czasowy pewnej grupy osób, których wylęganie będzie dłuższe i one jako zakażone wyjdą do społeczeństwa. (...) Więc albo wróćmy do kwarantanny 14-dniowej, albo róbmy na koniec skróconej kwarantanny test - podkreślił. 

Czy warto wprowadzić restrykcje w skali kraju? -  Robienie teraz jakiegoś pseudo lockdownu w całym kraju kompletnie nie ma sensu. Wirus od początku wędruje skokami. Są powiaty o dużym zagęszczeniu zakażeń, a obok powiaty praktycznie bez nich. A więc robienie na całą Polskę  jednego lockdownu nie ma sensu. Musimy zarządzać tą epidemią na poziomie powiatowym, tylko musi to być to odpowiedzialne i reaktywne w stosunku do zagrożeń - przekonywał.

DOSTĘP PREMIUM