Zaczyna brakować łóżek dla chorych na Covid. "Jestem prawie pewien, że idziemy w kierunku scenariusza włoskiego"

- Jesteśmy na wojnie. To jest zaraza. I jeśli ktoś nie stosuje się do zaleceń, naraża innych na to, że mogą się zakazić i umrzeć, to powinien podlegać odpowiedzialności karnej za nieumyślne narażenie na utratę zdrowia lub życia innego obywatela Polski - mówi TOK FM dr Bartosz Fiałek, lekarz, specjalista w dziedzinie reumatologii i działacz społeczny w obszarze ochrony zdrowia.
Zobacz wideo

"Podkusiło mnie, żeby sprawdzić stan wolnych łóżek Covid w lubelskim przed jutrzejszym dyżurem" - napisał w czwartek wieczorem na Twitterze Jakub Kosikowski, lekarz rezydent z Lublina, zajmujący się m.in. leczeniem chorych na Covid-19. Szybko jednak dodał: "Mogłem sobie darować". Na załączonym przez niego obrazku widać, że liczba wolnych łóżek w niemal każdym szpitalu wynosi 0. Wyjątkiem jest placówka w powiecie biłgorajskim, która ma jeszcze pięć miejsc. Za to w szpitalach w samym Lublinie liczba wolnych łóżek dla pacjentów z koronawirusem to -1. Jak to możliwe? "To dostawka. Ostatnio miałem -4 u siebie" - pisze Kosikowski.

Sytuację w innych województwach jest podobna. Liczba zachorowań na Covid-19 rośnie w Polsce błyskawicznie. Podobnie jak liczba zajętych miejsc w szpitalach. W piątek 25 września wykorzystanych było 1995 łóżek, tydzień później (2 października) - 2702. W ostatni piątek (9 października) - już 4407. O ile początkowo liczby te rosły w granicach kilku-kilkunastu czy kilkudziesięciu dziennie, o tyle teraz różnice można liczyć już w setkach.

Co ważne - znajdujemy się dopiero na początku sezonu jesiennego, w którym jesteśmy znacznie bardziej podatni na infekcje. Co będzie za kilka tygodni? - Jestem prawie pewien, że idziemy w kierunku scenariusza włoskiego czy hiszpańskiego - mówi nam Bartosz Fiałek, lekarz, specjalista reumatologii i działacz społeczny w obszarze ochrony zdrowia. Pytany, czy za jakiś czas medycy w Polsce będą musieli wybierać, komu podłączyć respirator i ratować życie, a komu nie, odpowiada: "Oby tak się nie stało". - To by było tragiczne dla pacjentów, ich rodzin, ale przede wszystkim dla nas, pracowników ochrony zdrowia, że z powodów sprzętowo-lokalowych nie możemy pomagać naszym pacjentom - dodaje.

Wzrost liczby zajętych łóżek szpitalnych i respiratorów:

Na czwartkowej konferencji prasowej premier Mateusz Morawiecki podał, że "obecnie dostępnych jest ponad 9,5 tys. łóżek i 838 respiratorów dla pacjentów z COVID-19, z tego 8 października było zajętych 4138 łóżek i 296 respiratorów". W mediach społecznościowych szybko zaczęto zadawać pytania, gdzie te łóżka są, skoro ciągle słyszymy historie o przepełnionych szpitalach lub pacjentach przewożonych od jednej placówki do drugiej. Szpital Uniwersytecki w Krakowie już tydzień temu alarmował, że nie ma miejsc dla pacjentów z koronawirusem. W Radomiu łóżek dla zakażonych Covid-19 zabrakło ledwie 10 dni po przekształceniu Radomskiego Szpitala Specjalistycznego ponownie w lecznicę wieloprofilową (wcześniej przez kilka tygodni był szpitalem jednoimiennym). O trudnej sytuacji na bieżąco mówią też władze Warszawy.  

- W dużych ośrodkach, w Małopolsce czy na Mazowszu, gdzie przyrost chorych jest największy, tych łóżek faktycznie może brakować i brakuje. Natomiast są też województwa inne, na przykład lubuskie czy warmińsko-mazurskie, gdzie nie ma tak szybkiego przyrostu i tzw. łóżek covidowych jest więcej. Ale w skali kraju i tak jest to duży problem, bo wyobraźmy sobie, że chory z Krakowa musi jechać przez pół Polski, na przykład do Szczecina - wskazuje dr Fiałek. 

Skąd wziąć dodatkowe łóżka?

Rząd zapewnia, że podejmuje działania mające na celu zwiększenie liczby łóżek covidowych. Jak podał premier, w ciągu kilku dni będzie to dodatkowe "kilka tysięcy miejsc". Brzmi nieźle, choć pojawiają się nowe, ważne pytania. Po pierwsze - skąd te łóżka brać? Szerokim echem odbiła się ostatnio decyzja wojewody mazowieckiego Konstantego Radziwiłła, by cały oddział geriatrii w Szpitalu Wolskim w Warszawie zlikwidować i przekształcić w oddział zakaźny dla chorych zakażonych koronawirusem. Jak podaje "Gazeta Stołeczna", chodzi o liczący 36 łóżek oddział geriatryczny, który jest największym tego typu w Polsce i został w całości wyposażony przez WOŚP. 

Czy to na pewno dobra droga? - W mojej ocenie nie jest to dobre, że kosztem Covid-19 zabieramy możliwość leczenia pozostałym pacjentom. Inne choroby wraz z pojawieniem się koronawirusa nie zniknęły - stwierdza dr Fiałek, przekonując, że "geriatria jest bardzo istotna". Ostatecznie wojewoda decyzję zmienił, a nowe miejsca dla chorych na Covid-19 powstaną w szpitalach: Czerniakowskim, Grochowskim i dodatkowe na Wołoskiej.

"Jest nas za mało"

Kolejny ważny problem to brak personelu, który miałby te dodatkowe łóżka covidowe obsługiwać. - Lekarzy, pielęgniarek i innych pracowników ochrony zdrowia nie przybędzie od tego, że dostawi się nowy sprzęt. Co gorsza, my też co chwilę wypadamy na kwarantannę z powodu kontaktu z zakażonymi, więc istnieje poważne zagrożenie, że personelu medycznego wkrótce będzie jeszcze mniej - przestrzega nasz rozmówca. I przypomina, że przedstawiciele ochrony zdrowia alarmowali od lat, że jest ich za mało. - Pamiętam, jak każdy kolejny minister - najpierw Radziwiłł, potem Szumowski - mówił, że jest [nas] wystarczająco. Kłamstwo ma krótkie nogi i teraz to widać. Ministrowie byli przekonani, że nic złego się nie wydarzy, a tu nagle przyszedł SARS-CoV-2 i zweryfikował wszystkie te słowa - mówi lekarz. 

Dopytywany, co w takim razie teraz rząd może zrobić, by zastopować rozwój epidemii, dr Fiałek mówi, że niewiele. - Rząd miał tyle lat, żeby zająć się sprawami zdrowia publicznej i nadać priorytet ochronie zdrowia. Nie zrobiono tego. Teraz w ciągu dni, miesięcy czy nawet kilku lat nie jesteśmy w stanie ot tak poprawić polskiego funkcjonowania systemu opieki zdrowotnej - przekonuje. Jego zdaniem teraz "nadzieja przede wszystkim w obywatelach", którzy znów postawią na narodową kwarantannę i ściśle będą przestrzegać zasad sanitarnych, takich jak dezynfekcja, dystans społeczny i prawidłowe noszenie maseczek ochronnych 

Koronawirus w Polsce. "Oni wiedzą, że jest źle"

Zdaniem dr. Fiałka, wspomniana wcześniej czwartkowa konferencja premiera i ministra zdrowia pokazała, że do rządu w końcu dotarło to, jak niebezpieczna jest sytuacja. Że wirus nie jest "w odwrocie" - jak mówił jeszcze parę tygodni temu premier, ale na dobre się u nas rozpanoszył. - Oni [rządzący] mają przecież doradców. Widzą modele matematyczne, te same, które my widzimy, więc nie mogą już zakłamywać rzeczywistości, czy jeździć na Jasną Górę w nadziei, że dzięki modlitwie wirus odejdzie. Decydenci doskonale widzą, że mleko się rozlało i teraz - tak naprawdę - niewiele już mogą zrobić. Mogą oczywiście kupić sprzęt, ale lekarzy czy innych pracowników ochrony zdrowia już nie kupią - ocenia nasz rozmówca. 

Jedyne, co zdaniem lekarza rządzący jeszcze mogą i powinni zrobić, to znaczne zaostrzenie kar za nieprzestrzeganie zasad sanitarnych. W jego ocenie mandaty nie wystarczą. - Jesteśmy na wojnie. To jest zaraza. I jeśli ktoś nie stosuje się do zaleceń, naraża innych na to, że mogą się zakazić i umrzeć, to powinien podlegać odpowiedzialności karnej za nieumyślne narażenie na utratę zdrowia lub życia innego obywatela Polski - przekonuje. 

Lekarz ocenia, że jeżeli nie będzie się dyscyplinować nieodpowiedzialnych osób, za miesiąc skala epidemii w Polsce może być naprawdę tragiczna. Bardzo surowo ocenia tzw. koronasceptyków. - Dla mnie skandaliczne jest to, co oni mówią. Zupełnie tego nie rozumiem. Co oni chcą pokazać, że są silniejsi od natury? - dziwi się. - Później będą przyjeżdżać do nas do szpitali. Ja mam 31 października dyżur w SOR i co? Będę takich ludzi przyjmował? Oczywiście, że to zrobię. Udzielę im pomocy najlepiej, jak potrafię, z należytą starannością i aktualną wiedzą medyczną, ale  z drugiej strony w imię czego, jeśli oni teraz mają to wszystko gdzieś - podsumowuje.

DOSTĘP PREMIUM