Cała Polska w żółtej strefie. Ekspert: Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zaczęto traktować koronawirusa poważnie

Wydaje mi się, że jest mało prawdopodobne, żeby nowe zasady zmieniły coś w naszym podejściu. Koronawirus przestał budzić ogólnospołeczne zainteresowanie. Tak to odbieram. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zaczęto traktować koronawirusa poważnie - przyznawał w TOK FM dr Ernest Kuchar.
Zobacz wideo

Od północy cała Polska znalazła się w jednej, wielkiej żółtej strefie. Wyjątkiem są czerwone strefy. Od dziś to między innymi Suwałki, Kielce i Koszalin - w sumie 32 powiaty i 6 miast, gdzie panują największe obostrzenia. Najważniejsza zmiana to obowiązek zasłaniania ust i nosa wszędzie, w całym kraju. Od teraz już nie tylko w sklepie czy komunikacji zbiorowej, ale także na ulicy - pod groźbą mandatu.  W czerwonych strefach bary i restauracje mogą być od teraz czynne tylko od godziny 6 do 22. W imprezach sportowych nie może brać udziału publiczność, a imprezy kulturalne mogą się odbywać tylko na świeżym powietrzu. W strefach żółtych takie wydarzenia są możliwe także w przestrzeniach zamkniętych. Ale tu liczba uczestników będzie ograniczona do maksymalnie jednej czwartej dostępnych miejsc.

Takiej okazji, by zacząć słuchać, jeszcze nie było! Wszystkie podcasty TOK FM za 1 zł

Zdaniem dr hab. nauk medycznych Ernesta Kuchara to rozwiązanie kompromisowe. – Rząd próbuje znaleźć złoty środek między zaleceniami zdrowotnymi, które oznaczałyby kolejny lockdown, a interesem różnych branż, które by na tym straciły. Wiadomo, że często takie kompromisy są ułomne i niezrozumiałe. Jednak w jakiś sposób jest to ruch w dobrym kierunku – ocenił specjalista chorób zakaźnych i kierownik kliniki pediatrii z oddziałem obserwacyjnym WUM.

Maciej Zakrocki, prowadzący Poranek w TOK FM, dopytywał, dlaczego w marcu, gdy zachorowań było znacznie mniej, zdecydowano się na lockdown, a teraz, gdy chorych można liczyć w tysiącach, takiej decyzji nie ma. – W marcu i kwietniu panowało ogólne przerażenie. Nie wiedzieliśmy, jak to wszystko będzie przebiegać. Panował duży niepokój w kwestii śmiertelności choroby. Dlatego lockdown był wyjściem z wielkim zapasem, natomiast pamiętajmy, że to nie był pomysł polski – podkreślał dr Kuchar.

Dodawał jednocześnie, że teraz Polacy oswoili się z chorobą, a cześć osób przestało w ogóle wierzyć w epidemię. – Przepełnione szpitale nie robią wrażenia. Wydaje mi się, że jest mało prawdopodobne, żeby nowe zasady zmieniły coś w naszym podejściu. Koronawirus przestał budzić ogólnospołeczne zainteresowanie. Tak to odbieram. Nie ma powrotu do czasów z marca, czy kwietnia. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby zaczęto traktować koronawirusa poważnie – przyznawał dr Kuchar.

Jego zdaniem, na tym etapie epidemii społeczeństwu przydałaby się jasna i optymistyczna perspektywa, która wlałaby w serca nadzieję. – Na przykład jakiś deadline, cel, do którego można dążyć. Gdyby powiedziano, że szczepienia będą powiedzmy w marcu, to moglibyśmy wtedy odliczać, że jeszcze kilka miesięcy musimy się męczyć, a potem będzie dobrze. Wiadomo, w tydzień społeczeństwa się nie zaszczepi. Natomiast, jeśli szczepionki otrzyma ochrona zdrowia czy osoby najbardziej wrażliwe, to reszta będzie mogła odetchnąć z ulgą – podkreślał gość TOK FM.

DOSTĘP PREMIUM