"Łagodny przebieg pandemii wiosną był zasługą lockdownu. Teraz czeka nas coraz więcej odwoływania planowych zabiegów"

W kolejnych miejscach wojewodowie wydają polecenia odwoływania zabiegów planowych, więc personel, który miał się zajmować pacjentami operowanymi, będzie angażowany przy pacjentach w ciężkim stanie z COVID-19. O tym wszystkim mówiła Małgorzata Solecka, dziennikarka zajmująca się na co dzień służbą zdrowia.
Zobacz wideo

Gościem Jakuba Janiszewskiego w "Połączeniu" była Małgorzata Solecka, dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika "Służba Zdrowia".

- Ile właściwie jest miejsc respiratorowych? - pytał ją dziennikarz. 

- Oficjalnie mówi się, że mamy 11 tysięcy łóżek i 900 respiratorów. I że będzie więcej. Problemem nie są same respiratory czy łóżka na intensywnej terapii, ale jak szybko możemy powiększać tę bazę, żeby starczyło personelu - stwierdziła specjalistka od służby zdrowia. 

Przypomniała, że w kolejnych miejscach wojewodowie wydają polecenia odwoływania zabiegów planowych, więc personel, który miał się zajmować pacjentami operowanymi, będzie angażowany przy pacjentach w ciężkim stanie z COVID-19. - Natomiast mówimy o całej wydolności intensywnej terapii. Pula lekarzy i pielęgniarek, która będzie mogła być przesuwana, jest ograniczona, gdyż przynajmniej częściowo ten system niecovidowy też musi działać. Muszą być leczone zawały, pacjenci po wypadkach, udarach, koniecznych operacjach, nie wszystko da się odwołać - mówiła na antenie TOK FM. 

Takiej okazji, by zacząć słuchać, jeszcze nie było! Wszystkie podcasty TOK FM za 1 zł

- Brakuje lekarzy zakaźników i pielęgniarek. Nie jest to chyba niespodzianką? - zauważył też Janiszewski. 

- No nie jest. Chyba że dla ministerstwa zdrowia. Gdyby była świadomość tego, w jakim miejscu jest system ochrony zdrowia, to powinny zapaść inne, szybsze decyzje, a niektórych nie powinno się podejmować - odpowiedziała Solecka. 

Chodziło jej o całą operację likwidacji szpitali jednoimiennych, które nagle okazało się, że trzeba z dnia na dzień przywracać. 

- Zdecydował czynnik absurdalnego myślenia, że koronawirus, owszem, jest, ale okaże się on dla nas niegroźny albo wystarczająco mało groźny, żebyśmy nie musieli podejmować prawdziwych działań - tłumaczyła. Według niej to myślenie wzięło się z bardzo łagodnego przebiegu epidemii na wiosnę. - Zupełnie zapomniano, że za ten przebieg odpowiada lockdown. To był ogromny koszt tego, że w zasadzie nie odczuliśmy epidemii - dodała. Dlatego właśnie "przeciętny Polak jeszcze teraz może nie doświadczać tego, że ktoś z jego znajomych się zakaził, zachorował, znalazł się w szpitalu".

Zdaniem dziennikarki "zmiana na stanowisku ministra zdrowia nastąpiła w fatalnym momencie, w najgorszym możliwym".  

DOSTĘP PREMIUM