Siedem godzin w karetce, bo łóżek w szpitalach brak. Ratownik: To wyzwanie jak z horroru

Zgłoszenie do wypadku. Cztery osoby ranne, jedna ciężko. Na miejsce jadą dwa zespoły, czterech ratowników. Wsparcia nie będzie. Zespół Pawła zaczyna reanimację. - Najbliższe szpitale zamknięte. Jedziecie osiemdziesiąt kilometrów - słyszą od dyspozytora.
Zobacz wideo

Piotr Barejka, TOK FM: Ratowników, którzy są na pierwszej linii frontu, widzimy w kombinezonach, z maskami na twarzach i goglami na oczach. Czego za maskami nie widzimy?

Paweł Gałuszka, ratownik medyczny: Strachu, frustracji, żalu, rozczarowania. Niektórzy nie widzą, że my też mamy bliskich.

Czego pan, jako ratownik, się boi?

Właśnie skończyłem dyżur i wróciłem do domu. Dwoiłem się i troiłem, żeby odpowiednio się zdezynfekować, bo mam trzymiesięcznego synka. Słyszałem od znajomych ratowników, że w jednym z miast zakaził się cały zespół. Ale nie pojechali do izolatoriów, tylko do domów, bo izolatoriów nie było. Mają ciężkie objawy, zakazili swoich bliskich. Na dodatek w tym mieście były tylko trzy ambulanse. Teraz jeden będzie wyłączony przez dwanaście dni, bo brakuje obsady.

Co jest najbardziej frustrujące?

Gdy jesteśmy w karetce, wieziemy pacjenta w ciężkim stanie, a w szpitalach nie ma miejsc. Wtedy dyspozytor też jest sfrustrowany, bo nie może się nigdzie dodzwonić, znaleźć wolnego łóżka. Przecież SOR nie otworzy się nagle dlatego, że gdzieś był wypadek i mamy pacjenta. To czasami walka z wiatrakami.

Często to się zdarza?

Co dyżur.

Który przypadek zapadł panu w pamięć?

Kilkanaście dni temu jechaliśmy do wypadku, w którym uczestniczyły cztery młode dziewczyny. Byliśmy w dwa zespoły, potem dojechał trzeci. Wiedzieliśmy, że nie możemy liczyć na większe wsparcie. Na dodatek wszystko to były zespoły podstawowe, gdzie pracuje po dwóch ratowników.

Na miejscu okazało się, że jedna z tych dziewczyn była w ciężkim stanie i wymagała reanimacji. Wtedy usłyszeliśmy od dyspozytora, że okoliczne szpitale, które mogły przyjąć pacjenta w tak ciężkim stanie, są zamknięte. Do najbliższego mieliśmy osiemdziesiąt kilometrów.

Ratujesz czyjeś życie, dyskutujesz z dyspozytorem, zastanawiasz, jak dowieziesz pacjenta do szpitala...

...w dodatku w ciasnej karetce. Wyjazd, który trwa sześć czy siedem godzin z pacjentem, który jest zaintubowany, wymaga tlenoterapii i farmakoterapii, to wyzwanie jak z horroru. Wtedy jeszcze byliśmy w środkach ochrony osobistej. Wiemy z doświadczenia, że w wypadkach biorą udział osoby, które powinny być w kwarantannach, a nawet mają potwierdzone zakażenia.

Na szczęście udało się wtedy znaleźć miejsca w szpitalach dla wszystkich rannych. Personel też stanął na wysokości zadania, uruchomiono w środku nocy bloki operacyjne. Ale to i tak jest rozpacz, bo nie mówimy o sytuacji, w której ktoś umiera na ciężką chorobę. Tylko o sytuacji nagłej, ranna zostaje młoda osoba, która ma całe życie przed sobą.

Wrócimy do uczuć. Był strach, była frustracja, kiedy pojawia się żal i rozczarowanie?

Często na końcu. Kiedy jedziemy z pacjentem kilkadziesiąt kilometrów, a po drodze okazuje się, że w międzyczasie właśnie ten szpital zamknięto. I znowu trzeba kombinować. Czasami nie wychodzi, bo przecież zdarzało się, że pacjenci umierali przed szpitalami.

Czy można jednym zdaniem powiedzieć, gdzie leży główna przyczyna tych problemów?

Największą bolączką całego systemu i ratownictwa medycznego, i opieki zdrowotnej jest brak personelu. Moim zdaniem to jest główna przyczyna, dlaczego szpitale się zamykają.

Ale przecież zamykane są nie tylko przez to.

Oczywiście, jeszcze są procedury i dezynfekcja. Wiele osób myśli, że my sobie wchodzimy do tych skafandrów, jedziemy w strefę skażoną, a potem wracamy do bazy i po prostu je ściągamy. Niestety to trwa godzinami. Samo ubranie się wymaga wsparcia drugiej osoby, zaizolowania wszystkich szczelin. Później dezynfekcja ambulansu również trwa.

Poza tym gdy przychodzi moment, w którym pacjent musi zostać ewakuowany do szpitala jednoimiennego, często jest przewożony przez cały SOR. W tym momencie SOR się zamyka, nie udziela pomocy pacjentom po zawałach, udarach i wypadkach. Epidemia paraliżuje działanie w sytuacjach, które wcześniej były codziennością. Dzisiaj są one olbrzymim wyzwaniem.

System nigdy wcześniej z czymś takim się nie zetknął. Poprzednie epidemie - SARS, MERS czy eboli - nas omijały. Byliśmy wyposażani w podstawowy sprzęt ochronny, po jednej sztuce na każdy zespół. I tak to gdzieś leżało, wszyscy wiedzieli, gdzie to jest, ale nawet mało kto umiał to założyć.

Na początku epidemii jedni klaskali medykom, a inni wypraszali ze sklepów, żeby nie przynieśli przypadkiem wirusa. Czy przez pół roku coś się zmieniło w podejściu do medyków?

Nic się nie zmieniło. Teraz jest jeszcze większa fala krytyki.

Naprawdę żadnej zmiany?

Pojawili się ludzie, którzy, nie wiem z jakich przyczyn, nie wierzą w epidemię, nie wierzą w to, co się dzieje. Wymaga się od nas, jako ratowników, pełnego zaangażowania w udzielanie pomocy, stosowania środków ochrony osobistej. Ale niektórzy pacjenci lekceważą nasze polecenia, nie współpracują.

Co tacy pacjenci mówią?

Mówią, że nie założą maseczki, bo ona chroni jak stringi w zimę, są śmiechy, że przyjechaliśmy jak klauni ubrani. Staramy się każdemu udzielić pomocy, tylko będzie to coraz cięższe, jeżeli nie weźmiemy się w garść. Jeszcze dajemy radę, ale nie wiem, jak będzie w najbliższych dniach.

DOSTĘP PREMIUM