Dr Grzesiowski o rozstaniu z uczelnią: Jak w Chinach. Człowiek zgłasza problem? Zajmijmy się człowiekiem, nie problemem

My, medycy i naukowcy, nie możemy teraz zachowywać się koniunkturalnie. Trzeba mówić, jak jest. Jeśli nie będziemy tego robić w obawie przed niewygodnymi komentarzami pod naszym adresem, to ucierpi na tym całe społeczeństwo - mówił w TOK FM dr Paweł Grzesiowski.
Zobacz wideo

Znany epidemiolog dr Paweł Grzesiowski poinformował w środę, że Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego zakończyło z nim współpracę. Lekarz wielokrotnie na łamach mediów krytycznie odnosił się do niektórych działań rządu w walce z pandemią. Sama uczelnia, która podlega resortowi zdrowia, zapytana przez reportera TOK FM o przyczyny zakończenia współpracy z doktorem, odpowiedziała, że powodem jest wygaśnięcie dotychczasowej umowy.

Czytasz? Zacznij SŁUCHAĆ! Teraz możesz zrobić to za 1 zł

Sam Grzesiowski o rozstaniu z uczelnią opowiadał w TOK FM. Podkreślił, że nie chce, żeby przybrało to "osobisty wymiar", bo zależy mu nie na rozliczeniach, ale na naświetleniu sytuacji, w jakiej znaleźli się wszyscy medycy w Polsce. Wielu z nich boi się opowiadać publicznie o tym, co dzieje się obecnie w szpitalach. Inni zgadzają się rozmawiać z mediami, ale tylko anonimowo. 

Dr Grzesiowski zachęcał ich jednak, by znaleźli w sobie odwagę. - My, medycy i naukowcy, nie możemy teraz zachowywać się koniunkturalnie. Trzeba mówić, jak jest. Jeśli nie będziemy tego robić w obawie przed niewygodnymi komentarzami pod naszym adresem, to ucierpi na tym całe społeczeństwo – przekonywał.

Stwierdził, że rozumie, że na władzach CMKP mogła ciążyć "jakaś presja". - Bo człowiek zatrudniony w ich instytucji wypowiada się niekorzystnie pod adresem władz, ministerstwa, które poniekąd utrzymuje szkołę. W tym kontekście trochę rozumiem dyrekcję, że nie chciała się narażać. Jednak z drugiej strony to pokazuje, jakie jest podejście. Typowe jak w Chinach - jeśli człowiek zgłasza problem, to zajmijmy się człowiekiem, a nie problemem. To nie jest dobre podejście – ocenił dr Grzesiowski.

Gość TOK FM przyznał, że naciski na medyków, by milczeli, mogą być uzasadniane tym, "żeby nie siać paniki, czy histerii". - Jednak nikt nie wynosi do mediów informacji o pacjentach umierających na chodnikach. Jeśli kierowca karetki opowiada, że przez cztery godziny nikt nie chciał przyjąć pacjenta do szpitala, to są fakty. I o nich rozmawiamy, a nie o emocjach, które temu towarzyszą - tłumaczył.

Jak mówił dr Grzesiowski, w obecnej sytuacji epidemicznej trudno jest przedstawiać pomysły, które szybko mogłyby przynieść poprawę. – Działamy jak przy trzęsieniu ziemi. Do wstrząsu już doszło, mamy ofiary i musimy zapanować nad tym, co się dzieje, czyli sprawnym odbieraniem pacjentów z karetek, segregacją chorych. Codziennie do szpitali trafia 10-15 autokarów pełnych chorych, z tego jeden pełny trafia na respiratory – mówił lekarz.

Jego zdaniem, zapewnienia rządu często mają się nijak do rzeczywistości. - Mam informację z jednego ze szpitalu w Warszawie, który stał się covidowy. Tam nagle z 30 łóżek, zrobiło się 300, ale żadne nie jest czynne, bo potrzebna jest przebudowa. Dlatego w danych statystycznych dotyczących wolnych łóżek jest pełna życzeniowość - opowiadał dr Grzesiowski.

A jak jest w przypadku respiratorów? Rząd oficjalnie zapewnia, że mamy ich duże rezerwy. - W to nie wątpię. Ale fundamentalne pytanie jest takie: ile z nich może przyjąć pacjentów? A to zupełnie inna historia. Mam przed oczami sytuację z poranka, gdy chora na COVID-19 straciła przytomność, a dyspozytor z pogotowia mówił, że karetka może do niej przyjechać za sześć godzin, właśnie przez koronawirusa. Tak wygląda sytuacja na Mazowszu - podkreślał dr Grzesiowski.

Grzesiowski dodał, że w ciągu ostatniej doby odebrał wiele sygnałów i głosów, żeby się nie poddawał i nadal "robił swoje". W czwartek okazało się, że prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Andrzej Matyja powołał go na eksperta NRL ds. walki z COVID-19.

DOSTĘP PREMIUM